logo
Sobota, 18 listopada 2017 r.
imieniny:
Klaudyny, Romana, Tomasza, Karoliny – wyślij kartkę
Szukaj w
 
Posłuchaj Radyjka
kanał czerwony
kanał zielony
 
 
Facebook
 
Drukuj
A
A
A
 
Wojciech Dudzik OP
Całkiem poważne święta
Miesięcznik W drodze
 


O ile widok niemowlaka zawiniętego w pieluchy nie dziwi nikogo, o tyle niemowlę śpiące w żłobie budzi zainteresowanie. Chciałbym więc napisać o żłobie – drogowskazie w szukaniu Pana Jezusa.
 
Miałem napisać „ciepły tekst o Bożym Narodzeniu”. Żaden problem. Wystarczy umiejętnie połączyć okoliczności zewnętrzne z zakrytą dla większości tajemnicą Wcielenia i gotowe. Okoliczności zewnętrzne? Że tak nam ciemno w tym grudniu i zimno i że wszyscy zmęczeni jesteśmy i zabiegani, że porządki, zakupy i koniec roku w pracy i trzeba siedzieć po godzinach. Ten opis przeważnie wychodzi nam w mistrzowski sposób. Listę można jeszcze uzupełnić o remonty w centrum, korki po południu, no i że drogo. Trudniej opisać, o co chodzi z tą tajemnicą. Jakby brakowało finezji w nazywaniu czegoś o wiele większego przecież i trwalszego. Bo czy wystarczy napisać, że „Bóg się rodzi”, że „poszli, znaleźli”, i to wszystko w ciepłych kolorach, przyjemnym świetle i w dodatku „dla nas i dla naszego zbawienia”? Idealnie dopasowane rozwiązanie, by nie napisać: pocieszenie dla ludzi dobrej woli spragnionych pokoju, najczęściej w wersji świętego spokoju od wszystkiego. Jak widać, nie za bardzo potrafię pisać „ciepło” o Bożym Narodzeniu. Chciałbym więc popełnić kilka akapitów o „poważnym Bożym Narodzeniu”, biorąc sobie do serca, że Ewangelia jest dobrą i jeszcze do tego nowiną, a zatem „od śmiertelnej powagi zachowaj mnie, Panie!” i pozwól umiejętnie ubrać w słowa to, co we mnie rodzi lektura historii Twoich narodzin.
 
W rękach ludzi
 
Zanim jednak o narodzinach, chciałbym przytoczyć zdanie wypowiedziane przez Pana Jezusa w ostatnim dniu Jego ziemskiego życia. Jest to fragment dialogu między Nim a Piłatem. „Ja się na to narodziłem i na to przyszedłem na świat, aby dać świadectwo prawdzie” (J 18, 37) – odpowiada Pan na pytanie o to, czy jest królem. Zupełnie na marginesie warto w tym miejscu dodać, że na najstarszym znanym nam i zachowanym do dzisiaj skrawku papirusu zawierającym słowa Ewangelii znajduje się właśnie to zdanie. Świadectwo, którego żaden upływ czasu nie może osłabić i strącić do przepaści zapomnienia. Czytamy więc słowa, które niejednego z nas – księży odczytujących na liturgii w Wielki Piątek opis Męki Pańskiej – poruszają do samych trzewi. Taka w nich moc i siła przekonania.
 
O czym Pan Jezus mówi? Przede wszystkim o celu swoich narodzin, a więc przyjścia do naszego ziemskiego i cielesnego wymiaru. O jakiej prawdzie chciał zaświadczyć? Jaka prawda potrzebowała aż tak dosadnego i niepozostawiającego cienia wątpliwości dowodu? Im dłużej o tym myślę, tym intensywniej stają przed moimi oczami obrazy niemowlaka całkowicie zależnego od rodziców, a także dorosłego Chrystusa wydanego w ręce ludzi, stojącego przed Piłatem z rękami związanymi, zupełnie zależnego od jego wyroku. Bóg wydany w ręce ludzi, zależny od ich dobrej woli. To jest prawda, o której przyszedł zaświadczyć nasz Pan. Stawia ona do góry nogami mój obraz Boga, w którego rękach jest przecież wszystko, o czym tylko zdołam pomyśleć. Ten obraz jest wyobrażeniem o Kimś nieznoszącym sprzeciwu, surowo i precyzyjnie karzącym mnie za lekkie przewinienia, o ciężkich nawet nie wspominając. Ten Bóg, o którym właśnie tak lub bardzo podobnie sobie myślę, stoi przed poganinem, puszącym się kawałkiem ziemskiej władzy, i z podniesioną głową mówi, że jest Królem, narodzonym, by dać świadectwo o pokorze Boga. Bo jak inaczej nazwać takie wydanie się ludziom? Ten sam Ewangelista pisze o Słowie, które „przyszło do swojej własności, a swoi Go nie przyjęli” (J 1,11). Czy Ten, do którego wszystko należy, nie mógł przyjść inaczej? Mógł, ale najwyraźniej nie chciał. Wybrał zależność, możliwość odrzucenia i skazanie na ludzki kaprys. To wszystko brzmi bardzo poważnie, unosi się nieco ponad naszymi głowami.
 
Co mam zrobić z takim bezbronnym Bogiem? Dokładnie to samo, co się robi z zależnym od rodziców niemowlakiem, albo przykutym do łóżka starszym współbratem. Zaopiekować się. Brzmi to może poetycko, ale przecież wyczuwamy, o co chodzi. Moja opieka to moja miłość, oddany komuś czas, kiedy go karmię, podaję mu rękę, poprawiam kołdrę, kiedy cierpliwie słucham kolejny raz tej samej historii. Bóg nowonarodzony i Ten dorosły, sądzony przez Piłata, prosi w najprostszych słowach o miłosierdzie.
 
Jeden z milionów
 
W czytanym podczas pasterki opowiadaniu o narodzeniu Pana Jezusa z Ewangelii św. Łukasza nigdy wcześniej nie zwróciłem uwagi na wzmiankę o spisie ludności, od którego przecież cała historia się zaczyna. Czy to przypadek, że Chrystus urodził się właśnie wtedy, czy też jakaś ważna i zbawienna informacja dla każdego, kto czyta i chce uwierzyć w napisane słowo? Jestem pewny, że chodzi o tę drugą odpowiedź. Spis ludności daje w miarę obiektywny i dokładny obraz ludzkiej rzeczywistości. Podkreślam to „w miarę”, bo czy jakiekolwiek liczby i statystyki są w stanie objąć świat naszych spraw? Bóg pojawia się więc na tym naszym świecie po to, by dać się zapisać, by dołączyć w pierwszej kolejności do potomków króla Dawida, a szerzej to ujmując, do wszystkich potomków pierwszego Adama. Chce być między ludźmi. Nawet jeśli jest ich w Betlejem tak wielu, że nie ma w gospodzie miejsca dla rodzącej kobiety.
 
Bez trudu można znaleźć w internecie informację, że w czasach Augusta jego imperium zamieszkiwało 56 milionów ludzi. Tylko o kilka milionów mniej niż we współczesnej nam Italii. Kategorie „mało”, „dużo” gubią się w dystansie, jaki dzieli nas od tamtych czasów. Ważne jest więc to, że narodzony na ziemi Bóg nie boi się stać cyfrą, jednym z zapisanych milionów, po to by jak najbardziej przybliżyć się do nas, którzy już właściwie wszystko przekładamy na cyfry. Widzę w tym zbiegu wydarzeń – rozporządzeniu Augusta i czasie rozwiązania, jaki nadszedł dla Maryi, wyraz solidarności Boga ze mną i Jego szacunek dla tego, co ziemskie. Przychodzi akurat wtedy, by od urodzenia być zapisanym – być policzonym między ludźmi.
 
Przypominam sobie werset z pieśni o Słudze Jahwe z Księgi proroka Izajasza: „W nagrodę przydzielę Mu tłumy, i posiądzie możnych jako zdobycz, za to, że Siebie na śmierć ofiarował i policzony został pomiędzy przestępców” (53,12). Proszę się nie obrażać, że prorok mówi tu o przestępcach, a ja piszę, że właśnie ten werset pasuje do policzenia Jezusa między ludzi. Nasza niezbyt ciekawa sytuacja w grzechu nie czyni z nas przecież klaunów, którzy tylko udają, że się przewracają, brudzą i wpadają na niezauważoną ścianę. To zdanie proroka opisuje dobrze naszą kondycję, ale także świadomość Tego, który wie, do kogo przyszedł, między jakich ludzi się wcielił i za kogo w końcu oddał swoje bezcenne życie.
 
Odwiązanie
 
W pasterkowej Ewangelii jest jeszcze jeden szczegół, który od wielu lat przyciąga moją uwagę. Anioł ogłaszający pasterzom nowinę o narodzinach Zbawiciela „dziś”, podpowiada im, że znakiem rozpoznawczym Mesjasza będą pieluszki i żłób służący za kołyskę. O ile widok niemowlaka zawiniętego w pieluchy nie dziwi nikogo, o tyle niemowlę śpiące w żłobie budzi zainteresowanie. Chciałbym więc jeszcze napisać o żłobie – drogowskazie w szukaniu Pana Jezusa. On go sobą wypełnił, jest więc jak pokarm, jest jak owoc ziemi, którym karmią się zwierzęta. Czy ta podpowiedź anioła odnosi się też do nas, czy dotyczy tylko tamtej sytuacji? Mam szukać Boga w jedzeniu? Oczywiście powiedzenie „niebo w gębie” nie jest bezsensowną zbitką wyrazów, a to, co mam na talerzu, jest wciąż Bożym darem.
 
Spróbujmy jednak pójść inną drogą. Wytycza ją pewne miejsce w Ewangelii św. Łukasza, kiedy Chrystus uzdrawia kobietę osiemnaście już lat pochyloną ku ziemi. Uzdrowienie ma miejsce w szabat, co wywołuje oburzenie zebranych w synagodze Żydów. Właśnie wtedy, broniąc swojego gestu miłosierdzia, Jezus mówi: „Obłudnicy, czyż każdy z was nie odwiązuje w szabat wołu lub osła od żłobu i nie prowadzi, by go napoić?” (13,15). Podobieństwo wymienionych przez Pana zwierząt z tradycyjnym wyposażeniem naszych szopek możemy uznać za przypadkowe bądź też celowe. Żłób jest tu nie tyle naczyniem, w którym zwierzęta mogą znaleźć jedzenie, ile miejscem uwiązania, oddalenia od źródła wody, przeznaczenia do ciężkiej pracy, przed którą ratuje tylko błogosławieństwo dnia szabatu. Mały Jezus, dając się położyć w żłobie, jest w miejscu oznaczającym nasze przywiązanie. Do tego, żeby posiadać i żeby coś znaczyć – począwszy od zespołu, w którym pracuję, po grono rodzinne spotykające się na imieninach. Żłób, o którym mówi Jezus uzdrawiający pochyloną kobietę, jest też pośrednio obrazem każdego naszego pochylenia: ograniczonych horyzontów, znudzenia podobnymi do siebie dniami, tygodniami, latami i uroczystościami rodzinnymi, niemożnością wyprostowania się, by stanąć na własnych nogach i realizować swoje zamiary i pragnienia. Niemowlę w żłobie jest w samym środku tych naszych smutków i braków. Rozsadza je od wewnątrz. Jeśli słyszę dziś dobrą nowinę o Jego narodzeniu, to mogę doświadczyć upragnionej wolności. W przeciwnym razie grozi mi, że zostanę obłudnikiem, obruszającym się na Boga za Jego miłosierdzie, który nie dostrzega już w świecie światła, nadziei i rozwiązania, które przyniósł Zbawiciel.
 
Moje marzenie
 
Na koniec, pozwolę sobie na pisemne wypowiedzenie mojego marzenia. A marzy mi się przemiana. By ta szopka, którą pewnie w każdym kościele będziemy mogli w najbliższych dniach oglądać, zamieniła się w mój klasztor, moją celę, ulicę, przy której mieszkam, i miasto, którego odgłosy przeciskają się przez klauzurę. Żebym w moim niekoniecznie magicznym i błyskotliwym świecie miał takie miejsce wytchnienia i pokoju na ziemi, by zawsze był tam Pan Jezus i Matka Boża w towarzystwie wcale nie takiego starego świętego Józefa. Każdemu takiej szopki w życiu życzę.
 
 
Wojciech Dudzik OP 
W drodze 484bis/2013 (numer specjalny)
 
Zobacz także
Andrzej Derdziuk OFMCap
Kontakty z innymi ludźmi mogą być powodem poczucia krzywdy, tak rzeczywistej, jak też wyobrażonej. Zdarza się bowiem, że wypowiedziane bez złej intencji niewłaściwe słowo, mimowolny odruch lub pominięcie może kogoś urazić, dotknąć jego bolesnej rany. Przypadkowy adresat takiego zachowania czuje się pokrzywdzony i może mieć nawet słuszny żal do krzywdziciela, ale w istocie popełnia niesprawiedliwość, bo interpretuje zachowania bliźniego ze swojej ciasnej perspektywy subiektywnego widzenia sprawy.
 
Piotr Jordan Śliwiński OFMCap
Okazuje się, że chcąc podkreślić odmienność Boga, łatwiej o Nim mówić negatywnie, poprzez zaprzeczenie – jest On wtedy nie-skończony, nie-ograniczony, nie-ogarniony, nie-zmienny, niż pozytywnie, czyli poprzez przymioty –choć i to bywa możliwe: Bóg jest przecież wieczny, jedyny, prosty...
 
ks. Jan Hadalski SChr
 W czwartek po Niedzieli Zesłania Ducha Świętego po raz pierwszy przeżywamy nowe święto chrystologiczne Jezusa Chrystusa, Najwyższego i Wiecznego Kapłana. Dzień 23 maja jest więc w liturgii diecezji polskich dniem wyjątkowym...
 
 

NASZ SKLEP

___________________
 
 reklama