logo
Piątek, 25 lipca 2014 r.
imieniny:
Jakuba, Krzysztofa, Walentyny – wyślij kartkę
Szukaj w
 
Posłuchaj Radyjka
kanał czerwony
kanał zielony
 
 
Facebook
 
Drukuj
A
A
A
 
Artur Sporniak
Czy zakaz stosowania sztucznej regulacji poczec mozna racjonalnie uzasadnic?
 


Nauke o antykoncepcji sprecyzowal Pawel VI w ogloszonej 35 lat temu encyklice "Humanae vitae". Oparl ja o zasade, gloszaca "nierozerwalny zwiazek - którego czlowiekowi nie wolno samowolnie zrywac - miedzy dwojakim znaczeniem tkwiacym w stosunku malzenskim: miedzy oznaczaniem jednosci i oznaczaniem rodzicielstwa" (nr 12). Z zasady tej papiez wyprowadzil kryterium oceny stosunku seksualnego: "rzecza konieczna jest, aby kazdy akt malzenski zachowal swoje wewnetrzne przeznaczenie do przekazywania zycia ludzkiego" (nr 11). Katechizm Kosciola Katolickiego powtórzy to kryterium w nieco innym sformulowaniu: "kazdy akt malzenski powinien pozostac sam przez sie otwarty na przekazywanie zycia" (nr 2366). Zastosowanie tego kryterium do konkretnych przypadków doprowadzilo papieza do wniosku, ze "odrzucic nalezy wszelkie dzialanie, które - badz to w przewidywaniu zblizenia malzenskiego, badz podczas jego spelniania, czy w rozwoju jego naturalnych skutków - mialoby za cel uniemozliwienie poczecia lub prowadziloby do tego" (nr 14).

Stanowisko Kosciola katolickiego wobec antykoncepcji jest jednoznaczne. Pawel VI okreslil je w slynnej encyklice "Humanae vitae", która wedle zasad wykladni róznego typu nauczania papieskiego nalezy traktowac jako autorytatywny wyklad absolutnie wiazacej i nieodwolalnej ("HV" nr 25) nauki o normach moralnych. Papiez podal w dokumencie szereg racji przemawiajacych za negatywna ocena antykoncepcji, lecz podkreslil: "Rozumiecie przeciez, ze takie posluszenstwo (tj. szczere, wewnetrzne i zewnetrzne - przyp. red.) wiaze nas nie tyle ze wzgledu na racje, któresmy wyzej przytoczyli, ile raczej ze wzgledu na swiatlo Ducha Swietego, którym ciesza sie szczególnie Pasterze Kosciola w nauczaniu prawdy" (nr 28). Na Ducha Swietego powoluje sie Pawel VI jeszcze kilkakrotnie (np. numery 4, 6, 18, 29, 31). Nauke zawarta w Encyklice okresla jako "niewzruszona", której "Nastepca Piotra razem z bracmi w episkopacie katolickim jest wiernym strózem i tlumaczem" (nr 31).

Od ogloszenia encykliki (25 lipca 1968) jest ona przedmiotem coraz to nowych krytyk i polemik. Chociaz charakter papieskiego dokumentu i konsekwentne podtrzymywanie zawartej w nim doktryny przez Jana Pawla II stawia w delikatnej sytuacji teologów i w ogóle katolików, którym trudno te nauke Kosciola przyjac i jej bronic, dyskusja o moralnej ocenie dzialan antykoncepcyjnych trwa i z pewnoscia nie jest bezowocna. Powracanie do tej problematyki wydaje sie konieczne, bo wciaz dla wielu wierzacych trudnosc stanowia nie tyle same wymagania (wielu trudnych wymagan Kosciola nikt nie kwestionuje, nawet jesli ich nie spelnia), co zrozumienie ich zródel i znaczenia. Chodzi wiec o lepsze zrozumienie doktryny Kosciola, której ani nie zamierzamy, ani nie mamy prawa kwestionowac. Sluzy temu dialog z tymi, którym przy najlepszej woli, naprawde trudno te doktryne

Ks. Adam Boniecki

 
Ps. Za tydzien "Antykoncepcja w konfesjonale" - rozmowa z o. Ksawerym Knotzem, kapucynem, duszpasterzem rodzin. 
 
Jednoczesnie Pawel VI potwierdzil moralna dopuszczalnosc korzystania z okresów nieplodnosci, czyli tzw. naturalnego planowania rodziny (NPR). Zdaniem papieza istnieje "istotna róznica" miedzy takim postepowaniem a stosowaniem antykoncepcji. "W pierwszym wypadku malzonkowie w sposób prawidlowy korzystaja z pewnej wlasciwosci danej im przez nature. W drugim zas stawiaja oni przeszkode naturalnemu przebiegowi procesów zwiazanych z przekazywaniem zycia". "Jest prawda - pisze Pawel VI - ze w obydwu wypadkach malzonkowie przy obopólnej i wyraznej zgodzie chca dla slusznych powodów uniknac przekazywania zycia i chca miec pewnosc, ze dziecko nie zostanie poczete. Jednakze trzeba równoczesnie przyznac, ze tylko w pierwszym wypadku malzonkowie umieja zrezygnowac ze wspólzycia w okresach plodnosci (ilekroc ze slusznych powodów przekazywanie zycia nie jest pozadane); podejmuja zas wspólzycie malzenskie w okresach nieplodnosci po to, aby swiadczyc sobie wzajemna milosc i dochowac przyrzeczonej wzajemnej wiernosci. Postepujac w ten sposób daja oni swiadectwo prawdziwej i w pelni uczciwej milosci" (nr 16).

 

Klopoty z argumentacja

Czy ta nauka jest spójna? Narzuca sie pytanie, w jakim sensie stosunek seksualny podejmowany celowo w okresach nieplodnych zachowuje "swoje wewnetrzne przeznaczenie do przekazywania zycia"? Przeciez sama natura wyklucza wówczas poczecie, a malzonkom o to wlasnie chodzi.

Mozna to wyjasnic nastepujaco: okresy plodnosci i nieplodnosci stanowia fragmenty jednego procesu zachodzacego w ukladzie rozrodczym kobiety. Celowosc tego procesu jest oczywista: jest nia prokreacja. Jesli malzonkowie wspólzyja jedynie w okresach nieplodnych, nie naruszaja celowosci samego procesu zachodzacego w ciele kobiety. Korzystaja jedynie z naturalnych okolicznosci stwarzanych przez ten proces. Wydaje sie, ze w ten wlasnie sposób nalezy rozumiec owo "otwarcie na przekazywanie zycia ludzkiego". Z kolei antykoncepcja hormonalna ingeruje w sam proces - zmienia jego funkcjonowanie i likwiduje naturalna celowosc, zas srodki mechaniczne stwarzaja sztuczne bariery podczas stosunku seksualnego, równiez naruszajac jego naturalna celowosc.

Nie jest to jednak dokladny opis tego, co dzieje sie w ciele kobiety. Przesledzmy to jeszcze raz z punktu widzenia celowosci ukladu rozrodczego. W okresach nieplodnych natura sama przeszkadza poczeciu - uklad rozrodczy chroni kobiete przed ciaza. Jego funkcja zatem zmienia sie. Po co? Zacytujmy encyklike: "Bóg tak madrze ustalil naturalne prawa plodnosci i jej okresy, ze juz same przez sie wprowadzaja one przerwy pomiedzy kolejnymi poczeciami" (nr 11). Chodzi wiec o odpowiedzialne rodzicielstwo. Dopiero ono jest wlasciwym perspektywicznym celem ukladu rozrodczego. Cele chwilowe: sprzyjanie poczeciu i blokowanie poczecia, sluza tylko temu, by umozliwic czlowiekowi odpowiedzialne rodzicielstwo. Gdyby kobieta, tak jak mezczyzna, byla caly czas plodna, pogodzenie wspólzycia seksualnego wyrazajacego jednosc malzonków z odpowiedzialnym rodzicielstwem nie byloby mozliwe.

Zastosujmy powyzsze rozróznienie do kryterium i zasady podanych przez encyklike. Jesli wezmiemy pod uwage cele chwilowe, to oczywiscie nie kazdy akt malzenski pozostaje "sam przez sie otwarty na przekazywanie zycia", zas natura w pewnych okresach sama "rozdziela" obie funkcje stosunku seksualnego - jednoczaca i rodzicielska. Gdy natomiast odniesiemy sie do celu perspektywicznego, to okazuje sie, ze antykoncepcja go nie narusza. Malzonkowie, stosujacy z waznych powodów antykoncepcje, reguluja proces rozrodczy po to, by lepiej dostosowac go do celu, który ma realizowac - odpowiedzialnego rodzicielstwa. Zlo antykoncepcji udaloby nam sie ukazac dopiero wówczas, gdybysmy potrafili powiedziec, dlaczego nie wolno regulowac natury ludzkiej, by lepiej w dzisiejszych warunkach zycia realizowala swoje wlasne cele.

Zauwazmy ponadto, ze owo "otwarcie na przekazywanie zycia" przy stosunkach seksualnych podejmowanych konsekwentnie tylko w okresach nieplodnych, pozwala calkowicie wykluczyc rodzicielstwo. W skrajnym przypadku doprowadza wiec do swego zaprzeczenia.

Nie wiadomo takze, na czym dokladnie mialoby polegac zlo antykoncepcji: czy na tym, ze plodnosc jest naruszana z zewnatrz, czyli nienaturalnie, czy tez na tym, ze jest po prostu naruszana? Mozna by to rozstrzygnac, pytajac katolickich moralistów, jak zinterpretowaliby taka hipotetyczna sytuacje. Wiadomo, ze czlowiek przy odpowiednim treningu moze sila woli i skupieniem uwagi wplywac na niektóre procesy biologiczne zachodzace zwykle w jego ciele niezaleznie od woli i swiadomosci, np. moze sam regulowac cisnienie krwi (prowadzono takie treningi dla nadcisnieniowców). Zalózmy, ze kobieta po odpowiednim treningu potrafilaby wplywac sila woli na owulacje i w zaleznosci od potrzeb niekiedy wstrzymywalaby ja. Wydaje sie to calkiem mozliwe, gdyz psychika ma znaczny wplyw na cyklicznosc owulacji (np. stres ja opóznia lub calkowicie wstrzymuje). Bylaby to metoda naturalnej i zarazem czynnej ingerencji w plodnosc, czyli przypadek posredni miedzy NPR a antykoncepcja. Czy taka ingerencja bylaby moralnie dobra czy zla? Jesli zla, znaczyloby to, ze zlo antykoncepcji polega na samej ingerencji w plodnosc. Jesli natomiast dobra, zla antykoncepcji trzeba byloby doszukiwac sie w sztucznym, zewnetrznym ingerowaniu w plodnosc.

 

Wstrzemiezliwosc jako warunek milosci

Pawel VI laczy zasade zachowania obu funkcji stosunku seksualnego z miloscia. Pisze: "jezeli zatem zostana zachowane te dwa istotne elementy stosunku malzenskiego, a wiec oznaczanie jednosci i rodzicielstwa, to wtedy zatrzymuje on w pelni swoje znaczenie wzajemnej i prawdziwej milosci" (nr 12). Nie wyjasnia jednak blizej tego zwiazku. Charakteryzujac milosc malzenska, stwierdza jedynie, ze milosc z natury jest plodna - "nie wyczerpuje sie we wspólnocie malzonków" (nr 9). Mozna jednak od razu dodac, ze milosc z natury nie moze byc bezmyslnie plodna, musi sie realizowac w odpowiedzialnym rodzicielstwie. Wiemy juz, ze malzonkowie dla slusznych powodów nie tylko moga chciec "uniknac przekazywania zycia", ale moga nawet pragnac pewnosci, "ze dziecko nie zostanie poczete". Zdaniem papieza, samo takie pragnienie nie jest sprzeczne z miloscia (pod warunkiem waznych racji).

By wyjasnic ewentualna sprzecznosc antykoncepcji z miloscia malzenska, potrzebna jest zatem dokladniejsza charakterystyka tej ostatniej. Takiej analizy dostarczyl juz na osiem lat przed ogloszeniem encykliki "Humanae vitae" Karol Wojtyla w ksiazce "Milosc i odpowiedzialnosc". Ksiazka ta odpowiada wlasciwie na jedno pytanie: jakie warunki musza byc spelnione, by wspólzyjacymi malzonkami nie kierowal sam tylko poped seksualny, ale by to oni swiadomie nim kierowali? Dlaczego to pytanie jest wazne? Stosunek seksualny jest szczególnym spotkaniem osób - istot rozumnych i wolnych. Bezwolne uleganie popedowi powoduje, ze stosunek seksualny traci znaczenie spotkania miedzyosobowego. Jest jedynie wzajemnym uzywaniem siebie do zaspokajania potrzeby seksualnej, a to jest sprzeczne z godnoscia osoby i wyklucza milosc. Tylko wtedy mozemy sie przekonac, ze panujemy nad popedem, gdy potrafimy w pewnych okolicznosciach powstrzymac sie od wspólzycia. Ale to nie gwarantuje automatycznie, ze stosunek seksualny bedzie wyrazem milosci. Potrzeba ponadto podporzadkowania zmyslowosci i uczuciowosci wartosci samej osoby. Dzieje sie to m.in. poprzez czulosc, wrazliwosc, pragnienie dobra dla drugiego czlowieka. Wazna role odgrywa tutaj naturalny wstyd seksualny, który chroni osobe przed mozliwoscia "uzycia".

Znakomite analizy z kart "Milosci i odpowiedzialnosci" nie podaja jednak wyraznego kryterium, które pozwoliloby za kazdym razem dokladnie okreslic, czy juz w wystarczajacy sposób panuje nad popedem. Karol Wojtyla formuluje je dopiero pod koniec ksiazki. Pisze: "panowac nad popedem seksualnym to znaczy przyjmowac jego celowosc w stosunku seksualnym" (s. 206 - wszystkie cytaty pochodza z wydania z 1986 r.). Ta naturalna celowoscia jest "istnienie ludzkosci" (s. 122). I to jest wlasnie niezrozumiale. Poped, jako sila biologiczna, próbuje wplynac na wole. A wola normalnego czlowieka nie pozwala chciec i zarazem nie chciec tego samego - chciec i nie chciec poczecia. W jakim wiec sensie kierujemy sie celowoscia popedu, podejmujac wspólzycie w okresach nieplodnych po to, aby dziecko nie zostalo poczete?

Wyobrazmy sobie kochajace sie malzenstwo, które posiada juz np. czwórke dzieci. Oboje dbaja o kulture wspólzycia. Jedno okazuje drugiemu czulosc i wrazliwosc. Drugie odwdziecza sie pierwszemu, chetnie wspólzyjac. Maja poczucie, ze mimo stosowania antykoncepcji, stosunki seksualne zblizaja ich do siebie, przynosza radosc. Swoje opanowanie cwicza w tych licznych sytuacjach, w których okolicznosci wykluczaja lub utrudniaja wspólzycie (choroba dziecka, bardziej intensywna praca zawodowa, nieobecnosc wspólmalzonka itp.). Dodatkowo, by miec pewnosc, ze panuja nad popedem, sami narzucaja sobie okresy wstrzemiezliwosci, np. podczas wielkopostnych i adwentowych rekolekcji. Co jest niewlasciwego w ich postepowaniu?

 

Nieodparta potrzeba wspólzycia

Interesujaca praktyczna argumentacje za tym, ze antykoncepcja nieuchronnie godzi w milosc, przedstawia benedyktyn, z zawodu lekarz, o. Karol Meissner (ksiazka ""A tak juz nie sa dwoje, lecz jedno cialo". Rozmowy z narzeczonymi i mlodymi malzenstwami" oraz artykul "Plciowosc czlowieka a antykoncepcja - stanowisko lekarza"). Wychodzi on od oczywistej konstatacji: zadne malzenstwo nie siegaloby po antykoncepcje, gdyby bylo pewne, ze stosunek seksualny nie doprowadzi do poczecia. Drugie zalozenie stwierdza, ze NPR daje taka pewnosc. Stad wniosek: albo malzonkowie nie znaja NPR i ta niewiedza sklania ich do korzystania z antykoncepcji, albo malzonkami kieruje jedynie "nieodparta potrzeba seksualna", która jest sprzeczna z miloscia. Niewiedze latwo mozna pokonac. Pozostaje wiec niszczaca milosc niezdolnosc do powstrzymania sie od zaspokajania doznan seksualnych.

Rozumowanie to ma dwie zalety: nie odwoluje sie do nieuzasadnialnych racjonalnie przeslanek religijnych i jest rozumowaniem logicznie poprawnym, to znaczy wniosek jest prawdziwy, jesli prawdziwe sa przeslanki. Posiada takze wade. Zaklada milczaco, ze mówimy tylko o tych zyciowych sytuacjach, w których NPR daje sie bez zastrzezen zastosowac. Argumentacja o. Meissnera nie jest wiec uniwersalna, a to oznacza, ze nie zawsze sieganie po antykoncepcje laczyc sie musi z brakiem panowania nad popedem seksualnym.

Spróbujmy podac przyklady sytuacji, w której NPR jest znacznie utrudnione lub niemozliwe. Zwykle w takim kontekscie wspomina sie o rodzinach patologicznych, w których zona jest regularnie gwalcona przez meza. Nie jest to dobry przyklad, bo w tej sytuacji w ogóle nie moze byc mowy o milosci ze strony meza. Zona ma wiec prawo siegac po antykoncepcje (choc jest to rozwiazanie tylko dorazne; trwalym - choc nie zawsze od razu mozliwym - bylaby separacja). W ten sposób chroni przed przemoca swoja plodnosc, a wiec takze w jakims sensie siebie i swoja rodzine - kazde dziecko ma bowiem prawo poczac sie z milosci. Takie postepowanie byloby moralnie dopuszczalne, nawet wtedy, gdybysmy byli w pelni przekonani o zlu moralnym antykoncepcji. Zlo antykoncepcji byloby bowiem wówczas jedynie niechcianym, ale koniecznym skutkiem obrony plodnosci, podobnie jak uzycie sily w sytuacji tzw. obrony koniecznej (niektórzy katoliccy etycy wlasnie tak to interpretuja, np. ks. Tadeusz Slipko).

Zdarzaja sie wszakze sytuacje, które normalnym, kochajacym sie malzenstwom praktycznie uniemozliwiaja korzystanie z NPR. Rozwazmy najpierw taka okolicznosc: zona przechodzi operacje szyjki macicy, co w praktyce uniemozliwia rozpoznawanie okresu plodnosci przez obserwacje sluzu. Pozostaje jej tylko obserwacja wzrostu temperatury w trzecim okresie cyklu tzw. nieplodnosci poowulacyjnej. Jesli akurat wchodzi w okres klimakterium (stopniowej utraty plodnosci przed menopauza), jej cykle znacznie sie wydluzaja, co oznacza, ze wydluza sie przede wszystkim pierwszy okres cyklu, czyli tzw. nieplodnosc przedowulacyjna. Podejmowanie wspólzycia w tym okresie bez mozliwosci przewidzenia owulacji (na skutek braku zauwazalnej ilosci plodnego sluzu) moze spowodowac ciaze zagrazajaca w tym wieku zarówno zdrowiu matki, jak i dziecka. Odpowiedzialni malzonkowie beda wiec czekac na wzrost temperatury swiadczacy o pojawieniu sie owulacji. Temperatura jednak moze w ogóle nie wzrosnac, poniewaz niektóre dlugie cykle moga byc po prostu nieplodne. Skazuje to malzonków nawet na kilkumiesieczne okresy milczenia seksualnego. Dodatkowo frustrowac ich bedzie fakt, ze w dlugich cyklach nieplodnych mogli caly czas wspólzyc, ale o tym zawsze dowiadywali sie dopiero post factum.

Nie jest to zdrowa sytuacja. Wspólzycie seksualne spelnia w malzenstwie wazna role komunikowania milosci. W naszym przykladzie malzonkowie chca sobie poprzez wspólzycie seksualne komunikowac milosc, ale przez kaprys natury i zewnetrzne okolicznosci nie moga tego czynic. Wyobrazmy sobie, ze z kims, kto z nami mieszka pod jednym dachem, mozemy rozmawiac tylko przez kilka dni, np. po dwumiesiecznych okresach milczenia. Czy taka rozmowa zdolna bylaby spelniac podstawowe funkcje komunikacyjne? Nie bez powodu malzonków zacheca sie do nie unikania wspólzycia bez waznych przyczyn.

Wiele mlodych malzenstw boryka sie z innym problemem. W czasach duzego bezrobocia mlodzi ludzie podejmuja prace wymagajaca duzej dyspozycyjnosci. W sytuacji, gdy np. zona nie pracuje, a maz przebywa poza domem przez dluzszy czas i powraca do domu tylko na kilka dni, zharmonizowanie okresów nieplodnosci zony z mozliwoscia wspólzycia staje sie praktycznie niemozliwe. Przed malzonkami stoja wlasciwie tylko trzy mozliwosci: albo zastosuja antykoncepcje (musza sie wtedy liczyc z frustracja, która powoduje jej nienaturalnosc), albo zdecyduja sie na wspólzycie bardzo rzadkie. Frustrowac ich bedzie wówczas zarówno to, ze o wspólzyciu decyduja zewnetrzne okolicznosci, jak i przede wszystkim to, ze funkcja komunikowania milosci poprzez wspólzycie seksualne zostanie uposledzona. Trzecia mozliwosc wymaga heroicznego zdania sie na Boza Opatrznosc: maz rezygnuje z pracy. Tym samym jednak naraza rodzine - nie wiadomo na jak dlugo - na skutki bezrobocia.

Wszystkie te sytuacje skazuja na frustracje, wcale nie zwiazane z koniecznoscia zaspokajania "nieodpartej potrzeby seksualnej". Czy w takich przypadkach nie jest rzecza rozumna i odpowiedzialna rozwazyc, które frustracje sa najmniej grozne dla malzenstwa i rodziny? Karol Wojtyla w ksiazce "Milosc i odpowiedzialnosc" przyznaje, ze postepowanie zgodne z naturalnym planowaniem rodziny moze stawiac malzonków w sytuacjach trudnych. By te trudnosci nie powodowaly niszczacych frustracji, nie wystarczy sam zakaz: "nie wolno!". Rzecza konieczna jest, aby malzonkowie potrafili dostrzec wartosc, która chroni ów zakaz. Maja wiec pelne prawo pytac: "dlaczego?" (s. 177).

Dlaczego zatem nie wolno stosowac antykoncepcji? O. Meissner przypomina, ze nie przysluguje nam nieograniczone prawo do dysponowania wlasnym cialem. Wyjasnia to na przekonujacym przykladzie. "Czlowiek, któryby prosil lekarza o odjecie zdrowej reki, bo chcialby - przypuscmy - uzyskac jakies swiadczenia, nie moze liczyc na wykonanie tego, o co prosi. Pacjentowi bowiem nie przysluguje prawo takiego dysponowania swoim cialem" - argumentuje lekarz-zakonnik.

Argument ten jednak tylko pozornie da sie odniesc do antykoncepcji. Z prostej racji - analogia jest chybiona. Rece mamy na stale na wyposazeniu ciala, plodnosc zas kobiety cyklicznie sie zmienia. Gdybysmy chcieli znalezc pelna analogie, musielibysmy wyobrazic sobie nienaturalna sytuacje: nasze rece okresowo usychaja i odpadaja, jak liscie w jesieni, a na ich miejsce po pewnym czasie pojawiaja sie nowe, zdrowe konczyny. Zalózmy, ze nasze organizmy tak wlasnie funkcjonuja. Czy wtedy odciecie z waznych powodów zdrowej reki, ze swiadomoscia, ze na jej miejsce i tak odrosnie nowa, takze byloby czynem niemoralnym?

 

Mowa ciala

W adhortacji "Familiaris consortio" (z 1981 r.) Jan Pawel II powtarza nauke Pawla VI o dwóch nierozdzielnych funkcjach stosunku malzenskiego - jednoczacej i prokreacyjnej. W dokumencie tym pojawia sie jednak takze nowy element. Papiez proponuje, by zachowanie seksualne zinterpretowac jako specyficzny jezyk - "mowe ciala". Swój pomysl rozwinie nastepnie w gloszonych w 1984 roku katechezach srodowych na temat teologii ciala. Zaproponowana analogia wykorzystuje fakt, ze kazda sensowna wypowiedz - niezaleznie od intencji podmiotu - zawsze jest albo prawdziwa, albo falszywa. W naszym przypadku "mowa ciala" powinna wyrazac milosc malzonków. Z jakim wynikiem ten "lingwistyczny" test przechodza antykoncepcja i NPR?

Zastanówmy sie, co komunikuja malzonkowie swoim zachowaniem, jesli praktykuja z waznych powodów NPR. Mozna to "przetlumaczyc" tak: "Chce sie z toba kochac, poniewaz akurat jestes nieplodna" - "Chce sie z toba kochac, poniewaz akurat nie mozesz mnie zaplodnic". Brzmienie komunikatu malzonków stosujacych z tych samych waznych powodów antykoncepcje jest podobne: "Chce sie z toba kochac, poniewaz jestes nieplodna" - "Chce sie z toba kochac, poniewaz nie mozesz mnie zaplodnic". W obu sytuacjach milosc jest wyrazana przez stosunek seksualny warunkowo. Malzonkowie stawiaja sobie warunek - nieplodnosc. Róznica jest taka, ze w pierwszej nieplodnosc jest wyczekana, a wiec naturalna, w drugiej - czynnie spowodowana.

Czy stawianie warunków mozna pogodzic z miloscia? To zalezy od tego, czy warunek pozwala zaakceptowac osobe taka, jaka jest z natury. Istnieje subtelna, ale wazna róznica miedzy antykoncepcja a NPR i wlasnie zinterpretowanie zachowan seksualnych jako "mowy ciala" pozwala ja uchwycic. Czym innym jest bowiem nieakceptowanie plodnosci, czyli mozliwosci poczecia, a czym innym nieakceptowanie osoby jako istoty seksualnej (w przypadku zony - osoby okresowo plodnej i nieplodnej). Kochajac sie w okresach nieplodnych, akceptuje zone wlasnie taka, jaka w danej chwili jest, czyli akurat nieplodna. W innych chwilach, czyli w okresach plodnych, zachowuje seksualne milczenie. Takie zachowanie byloby dwuznaczne, gdyby milczenie seksualne oznaczalo nieakceptowanie zony jako osoby w danej chwili plodnej. Czy tak jest rzeczywiscie?

Zastanówmy sie, co oznacza niepodejmowanie wspólzycia np. w sytuacji, gdy zone boli przyslowiowa glowa? Czy nieakceptowanie jej jako osoby seksualnej? Wrecz przeciwnie, w ten sposób wyrazam szacunek dla niej, jako osoby, której seksualnosc uwarunkowana jest róznymi okolicznosciami i dlatego nie zawsze moze byc dla nas obojga "dostepna". Podobnie powstrzymujac sie od wspólzycia w okresie plodnym, wyrazam szacunek dla zony, której seksualnosc uwarunkowana jest w tym przypadku wymogami odpowiedzialnego rodzicielstwa. Tym samym "mowa" mojego zachowania jest obiektywnie prawdziwa, gdyz jest zdolna przez caly czas wyrazac milosc - szacunek i akceptacje. Uzywajac zas srodków antykoncepcyjnych, nie akceptuje zony taka, jaka jest ze swej natury, a wiec cyklicznie plodnej i nieplodnej.

Nauka o nie rozdzielaniu dwóch funkcji stosunku seksualnego nie jest w stanie tej róznicy ukazac.

 

*

Wydaje sie, ze jest to ten moment w nauczaniu Kosciola, który dostarcza intuicji pozwalajacych ocenic antykoncepcje. Przed malzonkami staje pytanie, czy antykoncepcja jest rzeczywiscie rozwiazaniem trudnych sytuacji? Innymi slowy, czy umozliwia okazywanie sobie milosci, która bylaby pelna wzajemna akceptacja? Tylko milosc moze bowiem byc ta wartoscia, która jest zdolna heroizm usprawiedliwic i nadac mu sens.
Na koniec warto zauwazyc jeszcze jedna wazna rzecz. Nikt nie ma prawa nakladac ciezarów nie do uniesienia. Nie wolno domagac sie heroizmu, gdy milosc jeszcze do niego nie dojrzala. Tylko malzonkowie maja mozliwosc, prawo i zarazem obowiazek oceniac swoja milosc. Kosciól moze jedynie podsuwac odpowiednie pytania, formulowac kryteria pomagajace znajdowac odpowiedz w konkretnych sytuacjach, nie jest jednak w stanie zastapic sumien dwojga kochajacych sie ludzi.


--------------------

. Nie wazylbym sie wdawac w polemike z Autorami i nie chce wywolac burzy na forum. Napisze tylko wiec jako jeden z czlonków Kosciola Katolickiego, ze ja tej argumentacji po prostu nie rozumiem. Karkolomny dla mnie jest wywód Ojca Meissnera, ze niechec do dzieci bierze sie ze stosowania antykoncepcji. Niechec do dzieci bierze sie z braku milosci, braku czesto niezawinionego i wyniesionego z domu. Z tego samego, doswiadczanego wczesniej braku milosci i nieumiejetnosci jej okazania moze sie brac i antykoncepcyjna moralnosc, która chyba i w przypadku NPR nawet moze miec miejsce. Moze brakowac milosci, a nie brakowac leków (przewaznie tak wlasnie jest) i wtedy wypelnianie nakazów koscielnych czy Boskich ma miejsce z obawy przed kara, a nie np. ze zrozumienia znaczenia aktu seksualnego. Bóg, dobry Ojciec, staje sie jeszcze jednym rodzicem z pasem w reku. Tak rodzi sie czlowiek, który "zabezpiecza sie" równiez, jak sadzi, tyle ze przed Bozym gniewem, i zamyka tak naprawde na Boza milosc i na te wlasnie "wyzsze wartosci" o których o.Meissner pisze. Do takich ludzi wlasnie mozna równiez, i to dobitnie, odniesc slowa z artykulu O.Meissnera: "Lekaja sie czegos, co jest istotne dla plci (...). W gruncie rzeczy nie akceptuja siebie jako istot plciowych, jako meza i zony." Jesli do tego dodac, ze lek wzmaga tylko potrzebe akceptacji i bliskosci, takze tej intymnej, chwili zapomnienia o nim, to mamy niestety bledne kolo. Lek staje sie czesto jak nieuswiadomiona obsesja, jednym jedynym kryterium wyborów moralnych. Tworzy sie rytual pozorów opartych na strachu, na mechanizmie spodziewanej za posluszenstwo nagrody, a nie na milosci, która daje i nie pragnie otrzymac. W takiej wlasnie rodzinie moze braknac i czesto brakuje prawdziwej milosci, a jest tylko zimne spelnianie wymagan, ich stawianie innym i bezlitosne ezgekwowanie. I tak to trwa z pokolenia na pokolenie. Mysle, ze prawda w calej tej dyskusji lezy gdzies posrodku i chyba juz kiedys o tym pisalem. Zalozenie nie jest bledne: akt seksualny powinien byc aspektem milosci. I jego znaczenie religijne i jego chrzescijanska interpretacja jest tez jak najbardziej sluszna. Tyle tylko ze zamiast stawiac wylacznie wymagania, warto zaczac wychowywac do milosci. Trzeba mówic o tym, co co prawda moze jest dla wielu nierealnym idealem, ze milosci powinno byc podporzadkowane kazde dzialanie, nie tylko w sferze seksualnej. Jesli chcemy uczyc idealów, to trzeba to jasno powiedziec. Mamy nierównowage nacisku na wiernych w sferach seksu (prawie wszystko albo wrecz wszystko ciezki grzech, dylematy przed komunia sw. itd., pewnie zmaltretowani wciaz tym smaym tematem zza kratek ksieza) i olbrzymie zaniedbanie w pozostalych (bo czlowiek przeciez ulomny wiec moze byc nieuprzejmy, opryskliwy, traktowac innych przedmiotowo). Tymczasem powinno byc to rozlozone równomiernie, jesli nie wrecz odwrotnie niz teraz, bo przeciez seks jest jednak b.silnym (bede sie upieral ze osoby które dobrowolnie wybraly celibat tego nigdy nie zrozumieja) popedem, przymusem, sila ograniczajaca jakos wolna wole. Nie ma tego przymusu, ograniczenia gdy mamy byc wobec innych uprzejm, mili, serdeczni. To nas jakos jednak nie martwi. Nie wiec seks powinien byc na planie pierwszym i nie upadki w tej dziedzinie zagrozone sankcja ciezkiego grzechu, ale to jak wygladaja i funkcjonuja, z naszej przyczyny, nasze rodziny, srodowiska w jakich zyjemy. Wtedy wszystko inne, takze i sfera seksualna, znajda w tej hierarchii nalezne miejsce. Rozlicza sie malzonków z zycia intymnego, ze stosowania NPR czy prezerwatywy, ale czy ktos rozlicza ich i czy sami sie rozliczaja z tego, czy nalezycie sie starali okazac milosc, sedrecznosc: sobie, dzieciom, dbac wlasciwie o ich rozwój, potrzeby, miec tych potrzeb swiadomosc? Czy ktos uczy ich np. na koscielnych kursach przedmalzenskich na co maja (oprócz nauki pacierza i wiary w Boga) zwracac uwage przy wychowywaniu dzieci rodzice, by nie popelniac bledów? Nie. Ktos kiedys powiedzial, ze nawet na karte rowerowa jest egzamin ze znajomosci przepisów, a tam, gdzie ksztaltuje sie cala przyszlosc czlowieka, nie ma czesto zadnej wiedzy o regulach jakie temu ksztaltowaniu towarzysza i zasadach, jakie towarzyszyc powinny. Nie uczy sie tego, bo wlasnie polozono zbytni nacisk na jeden, waski aspekt relacji malzenskich i w nim nagle wymagajac od wiernych pelnej doskonalosci, a inne tejze przejawy zepchnieto w cien niemal calkowitego zaniedbania, ksztaltujac "ciezkie sumienia" w sprawach erotycznych, a niebywale lekkie w sprawach tej, na która tak czesto sie to nauczanie powoluje: milosci i szacunku wobec innych. Jesli do tego dodac historie podejscia Kosciola do spraw seksualnosci, nie dziwmy sie potem ze ktos jest zakrecony na poczuciu winy w tych sprawach, a innych w ogóle nie dostrzega. Nic tu nie dadza karkolomne poszukiwania argumentów typu przemysl farmaceutyczny, gumowy, zyski, miliony pastylek, tonu lenteksu etc. Trzeba zostawic walkowanie tego i - takze w podejsciu do wiernych, w nauczaniu, dokumentach i kazaniach - odwolac sie do prostowania i uczenia tego, co jest podstawa zdrowych relacji miedzyludzkich (w tym m.in. zdrowych relacji w zyciu seksualnym) - do bezinteresownej, dajacej siebie milosci. Nie tylko w lózku zonie czy mezowi noca. Takze w dzien w rozmowie z dziecmi, na spacerze, w chwili zabawy, w niewymuszonej krzykiem i awantura pomocy w pracach domowych, w codziennym zyciu, w rozwiazywaniu problemów i w rozmawianiu o nich, w podejmowaniu decyzji, w podejmowaniu wyrzeczen w imie milosci. Zatem w dawaniu siebie innym, jak chleb co syci i jak wino co gasi pragnienie. W milosci w koncu, jakby nie bylo, chyba jest, powinien byc, nasz kazdy poczatek stawania sie nowym, wciaz lepszym czlowiekiem - dla, i wobec innych. Poczatek i ten od stworzenia i przekazania zycia, ale i ten spod tabernakulum, i ten od miotly w kuchni, i ten od upapranych przy silniku przed wspólnym wyjazdem rak, i ten od pierwszej wspólnej rozmowy przy stole, z malzonkiem, z dziecmi najpierw malymi, wiekszymi, potem dorastajacymi, i ten, by ktos zaczal ufac, ze otrzyma od nas zawsze, niezaleznie od naszego humoru czy zmartwien spojrzenie dobrych oczu i zyczliwe slowo, i czas zajety dotad dla zaborczego telewizora, naszej wspólczesnej domowej kapliczki pozerajacej czas i wszystko co ma jeszcze jakas wartosc, i ten pierwszy raz bycia razem rodziny, bycia razem tak pompatycznie i tak calkiem po prostu, i ten poczatek mocnego postanowienia poprawy, po karmienie soba i swoja obecnoscia jak chlebem innych, az i po wspolzycie tez bedace darem milosci i otwarcia sie, a nie windykacja naleznego dlugu, byle zgodna z odgórnym okólnikiem z pouczeniem u dolu o surowej karze za niezgodne z jego przepisami postepowanie.

Tygodnik Powszechny, NR 22 (2812)
1 czerwca 2003

 
Zobacz także
Tomasz Kot SJ
Czy różnorakie formy miłości małżeńskiej (bez użycia środków antykoncepcyjnych) prowadzące do orgazmu a nie zakończone pełnym stosunkiem seksualnym (co uniemożliwia począcie) wedle nauki Kościoła katolickiego są czymś złym - grzechem ?
 
Tomasz Kot SJ
By żyć wartościami, najpierw trzeba wiedzieć, czym one są, jaka jest ich rola w naszym myśleniu, odczuwaniu, przeżywaniu, działaniu, co ułatwia, a co utrudnia urzeczywistnianie wartości oraz w jaki sposób możemy rozpoznać, jakimi wartościami kierują się ludzie w podejmowaniu decyzji i działaniu. Papież Benedykt XVI w przypomina wierzącym, że postawienie na pierwszym miejscu w hierarchii wartości Boga gwarantuje przyszłość jednostek i społeczeństw.
 
ks. Rafał Masarczyk SDS
Bóg jest samoistnym poznaniem nieskończenie doskonałym. Poznanie to przyswajanie sobie przedmiotów poznania. Doskonałość poznania od strony podmiotu: u Boga jest to poznanie substancjalne - jest tym samym, co natura Boża, a nie jak u człowieka - jest czymś przypadłościowym. Doskonałość wiedzy Bożej to nieskończoność, wieczność, fizyczna niezmienność oraz wieczność.
 


reklama