Pojawił się na forum temat o dzieciństwie świętych.
Chciałam Was zapytać, czy spotykacie na swojej drodze, czy znacie kogoś, o kim myślicie: "święty człowiek". Bo jak śpiewają dzieci: "Gdzie można dzisiaj świętych zobaczyć? Są między nami w szkole i w pracy."
Mam czasem wrażenie, że jedna z moich koleżanek jest święta - jest bardzo pracowita, uczynna, dużo się modli i traktuje Boga naprawdę poważnie.
Oczywiście, że święci są wsród nas. Każdy jest przecież powołany do świętości. Osobiście znam dwie osoby, o których mogłabym powiedzieć że są świętymi. Pewnie jest ich więcej w moim otoczeniu, tyle że święci to osoby cisze i pokorne, które nie szukają poklasku, dlatego często ich nie dostrzegamy. Ale im też tak naprawdę na tym nie zależy. One chcą się podobać Bogu. I to im w zupełności wystarcza.
Jeśli gdziekolwiek głośniej się powie, że jest się osobą wierzącą to nagle ma się wrażenie, że stoi się w samym środku wściekłej sfory psów. przepraszam, jeśli kogoś obraziłam. Ale mam takie wrażenie, że część ludzi zagubiła się (żeby nie powiedzieć zgłupiała) w tej swojej wolności. Chyba coraz trudniej z tymi świętymi, ale są. Wczoraj oglądałam reportaż pt: "Dlaczego Smerfetka płacze?" Pierwsza myśl jaka przyszła mi do głowy, to "tacy ludzie idą do Nieba". Reportaż opowiadał o kobiecie, która wychowana w domu dziecka, w swoim dorosłym życiu nie bardzo dawała sobie radę. Mając 475 zł renty trudno się utrzymać nawet samemu. Ale ta kobieta, to był właśnie ten "maluczki z Ewangelii". Nie dość, że sama pełna radości i wiary w dobrych ludzi, nie dość że uśmiechnięta, to jeszcze wywoływała lawinę wspaniałych odruchów miłości i wsparcia u innych ludzi.
Mam też obok siebie kogoś, kogo w myślach nazywam osobą świętą. Moja koleżanka, matka 3 dzieci. Zawsze pogodna, wyciszona, słuchająca, uwielbiam z nią rozmawiać. Ma w sobie tyle ciepła i miłości, że przy niej czuję się jak nędzna kreatura, taka zwykła, czasami nerwowa, czasami w pretensjach. zadziwiające jest to, że gdybym chciała być taka jak Maria (tak nazywa się ta moja koleżanka), to musiałabym bardzo nad sobą pracować, a i to nie wiem czy udałoby mi się osiągnąć spokój. a ona była taka zawsze. jak daleko sięgnę pamięcią. Ale cieszę się, że mam ją koło siebie.
Autor: Lil Lady (---.neoplus.adsl.tpnet.pl)
Data: 2008-12-31 11:18
Moja Mama. To niezwykła kobieta. Nigdy nie spotkałam kogoś podobnego. Mój ojciec nie należy do ludzi spokojnych, choć to lekko powiedziane, tak naprawdę to ciśnie mi się tu na usta słowo furiat, łatwo wpadający w złość i nerwy, wyjątkowo zawzięty i trudny w obejściu. Jak się gniewa, to nie można przejść sobie spokojnie, bo się czegoś uczepi. Nigdy nie słyszałam z jego ust słowa "proszę", "przepraszam" czy "dziękuję", naprawdę nigdy. Normalna kobieta już dawno dałaby sobie z nim spokój, ja chyba też, gdyby był moim mężem. Ona nigdy nie daje sobą pomiatać i potrafi mu się przeciwstawić, jest też jedyną osobą jaką znam, która ma niego jakiś tam jeszcze wpływ. Zawsze stara się go uspokoić, nigdy nie chowa urazy i potrafi znaleźć dobre rzeczy w najgorszym człowieku. Do tego jest bardzo cierpliwa, hojna, wyrozumiała, pogodna nawet jeśli wszystko się wali. Jest jedyną osobą na tym świecie, która pocieszy mnie zawsze i zrozumie. Potrafi zmobilizować do dobra i często z nią rozmawiam, o różnych rzeczach, kompletnie nie ma tabu i to też jest zdumiewające. Lubię z nią rozmawiać szczególnie o Bogu. To ona była najbliżej mnie nawet gdy jako zbuntowana nastolatka chciałam się oddalić, chociaż teraz dopiero rozumiem, że tak naprawdę tego nie chciałam. Jest moją przyjaciółką, jedyną jaką mam.
"czy znacie kogoś, o kim myślicie: "święty człowiek".
Można to rozpatrywać na różnych poziomach.
Są ludzie, którzy przeszli w życiu naprawdę wiele i nie przeklinają losu, przeciwnie, są radośni i serdeczni dla innych. Zdarza mi się mówić "trzeba być świętym, żeby takim być", ale jest to na poziomie "świeckim", czyli samej dobroci, człowieczeństwa. Takich ludzi jest wielu.
Jeśli pytasz jednak o "kościelny" obraz świętego, czyli nie tylko dobroć (stosunek do świata widzialnego), ale także biorąc pod uwagę jego stosunek do Boga (a raczej tylko to co my widzimy), to oczywiście tych ludzi jest o wiele mniej. Osobiście znam takiego biskupa (nie umniejszając absolutnie innym biskupom :), znam też paru świętych kapłanów, w tej chwili nie przychodzi mi do głowy żadna osoba świecka - na takim poziomie świętości jak w mojej ocenie tamci kapłani.
Natomiast takie moje prywatne doświadczenie dotyczące pytania "o kim myślicie: "święty człowiek". Pośród oczywiście wielu innych, mniej więcej w tym samym czasie poznałam dwóch kapłanów. Oczywiście żadnego z nich nie znałam NAPRAWDĘ (nie zwierzali mi się :). Ale oprócz (nazwijmy tak) ich pracy, którą podziwiałam, ceniłam i nigdy nie miałam wątpliwości co do jej ważności czy dobroci, podczas spotkań z nimi i osobistych rozmów mogłam na nich też spojrzeć jako na "normalnych" ludzi. Jeden z nich był, jak to wyżej też piszecie, cichy i pokorny i zawsze uśmiechnięty, co w naszej ocenie często jest równoznaczne ze świętością, zasłuchany w innych ludzi, w każdym słowie widziałam jego miłość, oddanie i Bogu i ludziom. Od zawsze myślałam o nim jako o świętym i nigdy zdania nie zmieniłam, ale potem to już nic dziwnego. Drugi z nich na pewno nie był "cichy i pokorny", często mnie drażnił. Podziwiałam go za to co robi (dzieło), także za jego ogromnie mocną wiarę, w stylu: "jak się modlę, żeby deszcz przestał padać, to nie biorę parasola", cokolwiek by to było, ale NIGDY nie przyszło mi do głowy nazwać go w myśli świętym, czasem zdarzało mi się raczej pomyśleć: "człowieku, zastanów się co mówisz, ludziom jest przykro", zdarzało mi się z nim nie zgadzać. Dwóch kapłanów TOTALNIE INNYCH (według mnie oczywiście).
Minęło ponad 30 lat. Obaj są teraz Sługami Bożymi, czekają na beatyfikację. Nie przesądzam oczywiście, nie ja będę decydować :))) Ale chciałam pokazać, że nasza ocena może być trafna (pierwszy z nich), ale może być (drugi kapłan) nie tyle niesprawiedliwa (nie mówiłam, że jest zły, bo BYŁ dobry, tylko nie przyszła mi do głowy ocena "święty"), co po prostu błędna. Może właśnie za dużą wagę przywiązujemy do tego, że święty to "cichy, pokorny, zawsze uśmiechnięty". Człowiek, który energicznie "walczy" też może być uznany świętym. (Inna rzecz, że bez względu na to czy dostanie tę aureolkę, na pewno będzie święty).
Autor: lena (---.toya.net.pl)
Data: 2008-12-31 14:28
Cichy i spokojny to cechy temperamentu a nie świętości i nie mogą o niej przesądzać.
Spotkałam takie osoby, które uważam za święte. Świeckie, ale już w niebie. ;)
Myślę ze święci są wśród nas :) i z pewnością nasze wnuki będą wspominały kogoś ze Świętych żyjących na przełomie lat hm 1970 -2040 na przykład oczywiście :) to jest naturalne i nieuniknione. Wiedz, że powołaniem każdego człowieka jest dążenie do świętości. Czy spotkałam świętych ludzi. hm, myslę ze ciezko to stwierdzić, ponieważ daleka jestem od ubóstwiania drugiego człowieka i patrzenia na niego z zachwytem :))
natomiast rzeczywiscie spotyka się ludzi, którzy potrafią zarazić pasjonowaniem się (choć nie wiem czy to dobre słowo) samym Bogiem.
Moja św. pamięci babcia Petronela. Zaraz po wojnie, gdy przyjechała wagonem bydlęcym z trójką małych dzieci i chorą matką zza Buga na Zachód, jej mąż odebrał ją na stacji i zaraz tej samej nocy uciekł z kochanką, młodą dziewczyną. Poradziła sobie sama, nie szukając "przyjaciela", pracowała w fabryce i na polu, dobrze wychowała dzieci. Na nikogo nigdy nie powiedziała złego słowa, nawet jakby się chciało w jej obecności na kogoś "popsioczyć", zawsze go broniła. Pamietam ją zawsze z różańcem, modliła sie za mnie przed wszystkimi moimi egzaminami i ważnymi sprawami. Była bardzo dobrym człowiekiem. Dożyła 88 lat. Chociaż reumatyzm powykrzywiał jej ręce, do końca pozostała sprawna. Nikomu nie chciała być ciężarem i wymodliła sobie dobrą śmierć.
Autor: ag (---.centertel.pl)
Data: 2008-12-31 20:46
Coraz więcej spotykam świętych, którzy nie mają pojęcia co to znaczy świętość i to jest w nich najlepsze i dla mnie świadczy o świętości, albo raczej o darze jaki Pan w nich złożył. Szkoda, że oni tak nie myślą, bo może by go rozwijali świadomie do większej pełni, ale z drugiej strony gdyby wiedzieli może by się stali gorszymi.
Świętość w potencji to taka ukryta perła, a człowiek każdy fascynuje mnie właśnie przez to, że mogę w nim ten zadatek świętości odnaleźć, odkryć, zachwycić się nim, obudzić w kimś, uwierzyć w czyjąś świętość, gdy on sam już nie wierzy, że jest możliwa. Najwięksi święci są dla mnie ci, po których pozornie nie widać świętości, a którzy zmagają się w życiu nosząc takie i inne ciężary, czasem niemili w obyciu i powierzchowności.
Polecam ros. film "Wyspa" - bardzo się dobrze osadza w temacie :)
Moja przyjaciółka. Matka dwójki dzieci, lekarz. Daje siebie innym maksymalnie, a przy tym ma w sobie tyle radości i ciepła, zero frustracji, nawet wobec zmęczenia. Miała pójść do zakonu, ale trwa w świecie i jest tu naprawdę znakiem Pana Boga.
Mój nieżyjący kuzyn, swego czasu więzień, do tego recydywista. Koszmarne, naprawdę koszmarne dzieciństwo. Wiele cierpienia w życiu, zagubienie, odrzucenie. A jednak stać go było na wiele odruchów dobra, w sytuacjach, gdy inni zawodzili, a przed śmiercią - na gest wybaczenia.
W zasadzie obydwoje łączy ta Ewangelia
"Gdy Syn Człowieczy przyjdzie w swej chwale i wszyscy aniołowie z Nim, wtedy zasiądzie na swoim tronie pełnym chwały. I zgromadzą się przed Nim wszystkie narody, a On oddzieli jednych [ludzi] od drugich, jak pasterz oddziela owce od kozłów. Owce postawi po prawej, a kozły po swojej lewej stronie. Wtedy odezwie się Król do tych po prawej stronie: "Pójdźcie, błogosławieni Ojca mojego, weźcie w posiadanie królestwo, przygotowane wam od założenia świata!
Bo byłem głodny, a daliście Mi jeść;
byłem spragniony, a daliście Mi pić;
byłem przybyszem, a przyjęliście Mnie;
byłem nagi, a przyodzialiście Mnie;
byłem chory, a odwiedziliście Mnie;
byłem w więzieniu, a przyszliście do Mnie".
Wówczas zapytają sprawiedliwi: "Panie, kiedy widzieliśmy Cię głodnym i nakarmiliśmy Ciebie? spragnionym i daliśmy Ci pić? Kiedy widzieliśmy Cię przybyszem i przyjęliśmy Cię? lub nagim i przyodzialiśmy Cię? Kiedy widzieliśmy Cię chorym lub w więzieniu i przyszliśmy do Ciebie?" A Król im odpowie: "Zaprawdę, powiadam wam: Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili" Mt 25, 31-40.
Czasami sobie myślę, że na Sądzie Ostatecznym chciałabym być w ich skórze :)
W naszym najbliższym otoczeniu jest wielu świętych. Ale aby ich odnaleźć, musimy patrzeć oczyma wiary, bo w takich czysto ludzkich kategoriach nie dostrzeżemy w drugim człowieku iskry Bożej.
Każdy z nas jest powołany do świętości z racji obmycia wodą chrztu świętego.
Świętość może być ukoronowaniem naszego ziemskiego pielgrzymowania.
Warto czasem zadać sobie pytanie, co ja zrobiłem ze swoim życiem, czy staram się uświęcać? Czy uświęcam swoją codzienność? Czy żyję modlitwą? Czy modlitwa przepełnia moje życie? Czy za wszystko, co mnie w życiu spotyka - i te dobre, i te złe rzeczy - dziękuję Bogu? Przecież w s z y s t k o jest łaską. Nawet życiowe tragedie, coś, co w pierwszej chwili nosi w sobie znamiona zła, za sprawą Bożej łaski może przynieść dobre owoce - przecież Pan Bóg pisze po krzywych liniach.
Módlmy się o łaskę wiary, o pokorę w spojrzeniu na siebie - tylko wtedy, gdy staniemy przed Bogiem w prawdzie, dostrzeżemy własną nędzę, zmienimy swoje myślenie, możliwe są narodziny nowego człowieka w nas. Chrystus, zaraz po zmartwychwstaniu, przekazał nam wspaniały dar - sakrament pojednania ("Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, sš im zatrzymane" J 20,23), dzięki któremu nieustannie na naszej drodze do świętości możemy stawać się nowym człowiekiem. Nowym człowiekiem stajemy się również dzięki Eucharystii - "najpiękniejszej rzeczy po tej stronie Nieba".
Znam wielu świętych ludzi - i duchownych, i świeckich. Oni po prostu dobrze wypełniają swoje powołanie, uświęcają swoje codzienne obowiązki - tzn. wykonują z pasją nawet najbardziej przyziemne i rutynowe czynności, dokładnie i skrupulatnie pracują, we wszystko wkładają serce. Są pogodzeni ze sobą, z innymi ludźmi i z Bogiem. Dziękują za wszystko. I widać w nich Bożą iskrę, Boże światło - od nich aż bije łuna! To się naprawdę czuje, oni potrafią zarazić innych swoją pasją i miłością do tego co robią i miłością do Boga. Bo to są ludzie modlitwy. A są to ludzie o różnych charakterach i temperamentach: i cholerycy, i sangwinicy, i wycofani, i uprzedzający, dusze towarzystwa i samotnicy.
Kochani, świętość naprawdę nie jest rzadkością. Święci ludzie rzeczywiście z nami pracują, uczą się, jeżdżą codziennie autobusem, spotykamy ich w sklepie i na przystanku. A może mieszkają z nami pod jednym dachem?
Po to zostaliśmy wybrani przez Pana, aby otrzymać zadatek życia wiecznego. Dlatego nie marnujmy tej łaski, módlmy się o nią i bądźmy świętymi. Mamy przecież naśladować Chrystusa. Nie możemy być przecież ludźmi wierzącymi w 30, 50 czy nawet 75%. Musimy zawierzyć się całkowicie. Zostawić wszystko - czyli starego człowieka, nasze ziemskie uwarunkowania, i pójść za Nim. Musimy porzucić nasze subiektywne wyobrażenia o Bogu, o Ewangelii. To bardzo trudne. Wiem o tym, bo niedawno przeszłam drogę św. Pawła.
To bolesny proces. Ale nie ma innej drogi. Tylko wtedy, jeśli uznamy, że sami nie jesteśmy w stanie nic zrobić, wtedy otwieramy się na działanie w nas Bożej łaski, która pomaga nam się uświęcać w codziennym życiu. A wtedy ta codzienność przestaje nam się jawić w szarych barwach, na nowo, oczyma dziecka - bo ogołoceni z naszych "dorosłych" wyobrażeń o Bogu stajemy się jak dzieci - odkrywamy jej fascynujące, pulsujące paletą barw tętno.
Tętno codzienności. Tętno świętości.
Rozumiem o czym piszesz, bo przeżyłam 25 lat z mężem prawdziwym furiantem. Tylko nie wiem, czy naprawdę wiesz, na czym polega prawdziwa furia. Życie z chorym człowiekiem - to ciernista droga, trzeba ogromnej pokory. Może to być, z pewnością droga do świętości.
Tylko że święci to ludzie przeważnie żyjący w ukryciu, nie obnoszący się ze swoją osobą. Więc pewnie dlatego ich tak trudno spotkać.
Autor: Aleksander (---.internetdsl.tpnet.pl)
Data: 2009-01-07 11:58
Osobiście dużą wagę przywiązuję do pokory (nie znaczy to, że sam nie mam z tym problemów). To ona jest dobrym świadectwem świętości. Mam kolegę w pracy, który przy zachowaniu takiej autentycznej szczerości potrafi gdy trzeba dać świadectwo, nieść pomoc, zatrzymać się w krótkiej rozmowie, czasem w szczerym śmiechu. Tak, myślę, że to prawdziwy święty.