Chciałabym poznać Wasze zdanie na temat pieszych pielgrzymek. Ja chodziłam z diecezją tarnowską przez 8 lat do Częstochowy. Chciałabym podzielić się z Wami wrażeniami, może to kogoś zachęci do spróbowania?
Moja przygoda z pielgrzymką rozpoczęła się w klasie 8, po niezbyt udanej oazie.
Od dwóch lat prosiłam rodziców, żebym mogła iść na pielgrzymkę, ale zawsze byłam chorowita, więc się nie zgadzali i przekładali to z roku na rok. Zbliżały się kolejne i kolejne wakacje a ja prosiłam i prosiłam, chyba mieli nadzieję, że w końcu samej mi przejdzie. Ale nie przeszło! I dzięki Bogu:) Co pamiętam z pierwszej mojej pilegrzymki? To, że z dniu wymarszu miałam 39 stopni temperatury, w 5 dzień nadwyrężyłam ścięgno, i to,że temperatura minęła chyba w 7 dzień, w 3 dzień dostałam asfaltówkę (uczulenie na asfalt), ale przede wszytskich wspaniałą atmosferę, dobroć w drugim człowieku, uśmiech, rozmodlenie, poczucie, że jesteś na swoim miejscu. Należy jednak wspomnieć, że nie zawsze jest idealnie, wiadomo, po całym dniu marszu, nie zawsze człowiek ma ochotę na dobre słowo, czy jakiś gest wobec drugiego brata siostry, ale ważne są starania. Pamiętam łzy szczęścia jak przechodziłam przez kaplicę z Cudownym obrazem, te modlitwy, podziękowania, prośby...ale przede wszystkim tą straszną radość...i potworną tęsknotę, a nawet żal, że to już koniec....
Kolejne pielgrzymki, stały się tradycją. Jak tylko zbliżały się wakacje sierpień, pakowałam plecak i ze zniecierpliwieniem oczekiwałam 17 sierpnia. Rodzice już nigdy nie namawili, mnie żebym została w domu. Tradycyjnie dostawałam w 3 dzień asfaltówkę i mniej więcej w środku chorowałam, zawsze miałam temperaturę. Któregoś roku przestałam zwracać na to uwagę :) Może to z emocji, może z przejęcia, a może miało to głębszy sens??
Jest to okazja do poznania drugiego człowieka, do zrobienia dobrego uczynku, do poznania świata i samego siebie, może nie jest to wypoczynek ale duchowe naładowania akumulatorów na pewno!
Polecam!!!
Pielgrzymka jest super!!! Jak dotąd w swoim siedemnastoletnim życiu miałem okazję dwa razy przeżyć pielgrzymkę z Zielonej Góry (lata 2002-03) i za każdym razem bylo fantastycznie!!! Jest to niezwykła szkoła miłości i służby. Miałem okazję nie raz się o tym przekonać. Przede wszystkim wspaniała atmosfera, ale również gościna i dobroć innych ludzi (chodzi mi tutaj o gospodarzy, u których spałem i którzy poczęstowali mnie czym tylko mogli). Iść przez miasta i wsie, chwaląc Boga śpiewem, a jednocześnie widok tak wielkiej rzeszy ludzi, którzy duchowo z nami pielgrzymują. Często są to już ludzie starsi, schorowani, którzy o własnych siłach do Częstochowy dojść nie mogą, ale łzy które wylewają patrząc na nas świądczą o tym, że są obecni wśród nas!!! Przyjmują nas z otwartymi rękami, okazując prawdziwie chrześcijańską pomoc. Z własnego doświadczenia wiem, iż w momencie kryzysu, kiedy się już dalej nie chce nigdzie iść, bo zmęczenie i ból robią swoje, niezwykle pomocna jest właśnie ich obecność. To właśnie ich łzy, ich uśmiech i ich słowo dopingują i mobilizują do dalszej drogi!!! A warto podjąć ten trud, choćby dlatego, aby u kresu stanąć na Jasnej Górze przed obliczem Czarnej Madonny, z satysfakcją przemierzenia tych 300 czy 400 kilometrów!!! Niesamowita sprawa!!! POLECAM WSZYSTKIM, KTÓRZY TEGO JESZCZE NIESPRÓBOWALI!!!
witajcie! ja też byłam kilka razy w Czestochowie-kilka razy z Brodnicy (to brać franciszkańska);Pielgrzymka trwa 10 dni,wychodzi 3,08 z Brodnicy a 13,08 wchodzimy aby powitać naszą kochną mamuśke!Pielgrzymka ma swoisty charakter, moze dlatego ze panuje tam miłość franciszkańska,prostota,radość z obecności brata,siostry;cieszymy sie gdy pada cieszymy gdy świeci słonko.TO JEST ZYCIE!W zeszłym roku miała zaszczyt pójśc na Jasną górę z moim braćmi KASZUBAMI gdyż jestem kaszubką!Pielgrzymka ta równię wywarła na mnie wspaniałe wrażenie;idziemy ok 3 tygodnie.Wychodzimy z Helu,podczas drogi zatrzymujemy się u stóp Pani Swarzewskiej-od której wszystko sie zaczęło!Wychodzimy w odpust sw.Anny a wchodzimy 12,08.Na jednej i drugiej czułam sie wspaniale:na Brodnickiej ponieważ to moi przyjaciel od dawna bo wśród nich dojrzewałam do bycia Chrześcijanine;a na Kaszubskiej ponieważ to tak jakby zew krwi,solidarność z ziomkami:)POLECAM WSZYSTKIM JEDNA I DRUGA-OBIE SA GHODNE PRZEŻYCIA,TO WSPANIAŁA LEKCJA MIŁOŚCI,DOBROCI,RADOŚCI.TAM SIE NIE MYŚLI O SOBIE,TAM MYŚLI SIE CZY BRATU KTÓRY IDZIE OBOK NICZEGO NIE BRAK!DZIEKUJE BOGU ZA TO ZE DAŁ MI ŁASKĘ BYCIA PIELGRZYMEM!SPRÓBÓJCIE!NAPRAWDE WARTO!
POKÓJ I DOBRO!
Ja chodziłam na tarnowską. Rozpoczyna się 17 sierpnia i trwa do 25...więc podążamy 9 dni. Przechodzimy przez Zabawę skąd pochodzi Karolina Kózka, witamy Matkę Bożą w Zielenicach i wiele wiele innych sanktuariów ;)
ja w tym roku pójde już 7 raz na pielgrzymkę niepełnosprawnych :) :) :) Atmosfera jest super, zwłaszcza jak się wchodzi do Częstochowy. Miesza się wtedy szczeście (wreszcie doszliśmy!!!!) oraz smutek (trzeba się już rozstać ). te 10 dni zbliża ludzi... zapraszam wszystkich chętnych. pielgrzymka jak zawsze 5-15 sierpnia. i wbrew pozorom idą na nią też normalni ludzie. Niesamowity klimat wpraowadza tez obecność osób na wózkach inwalidzkich, którzy dzielą trudy pilegrzymowania.
Jest jeszcze jedna sprawa, która ujmuje za serce ;) Dobroć ludzi, którzy przygotowują nam na drodze posiłki, wystawiają przed domy ciasta, kanapki, napoje, czy słodycze, a także tych, którzy przyjmują nas na nocleg. To niesamowite!!!!!!! Każdy powinien tego doświadczyć ;)
Hej! Żeby zachęcić jak najwięcej osób,może opiszmy jakieś fajnie wydarzenia???
Pamiętam jak z grupą muzyczną przygotowywaliśmy "chrzest" pierwszaków.
to fantastyczne....to było kilka lat temu, ale odstawiliśmy niezłą szopkę.
W naszej grupie było kilku ks i kleryków. Trzech z nich przebraliśmy za żołnieży, mieli mundury i pałatki (nie pamiętam ska je wzieliśmy:)) siedzieli na karimatach a przed nimi zgromadzili się wszyscy pierwszacy(pielgrzymi idący pierwszy raz)...każdy młody pielgrzym podchodził do przewodnika, a ten gumiakiem mianował go na "rafałka" (bo grupa nasza to św. Rafał) na rece przybijali pieczątkę grupy...jako znak przynależności do grona pielgrzymów....gdy już wszytscy siedzieli na swoich miejscach, przewodnik bral do ręki wiadro z wodą i miotłą chrzcił wszystkich.....iel przy tym było smichu, wrzasków, ucieczek i uciechy........jak ja szłam pierwszy raz na pielgrzymkę nie było takiego chrztu...dlatego swojego nie opowiem bo nie pamiętam:)))
chodze na pielgrzymki od 7 lat i zawsze w lubelskiej i zawsze w grupie nr 6 ale nie to jest wazne. mam juz 24 lata i mam uczucie ze to bedzie moja ostatnia (praca dom). dla mnie pielgrzymka to spotkanie wspanialych osob, gospodarzy, łzy w oczach, ból ale gdy się dojdzie ogromna radość. jednak dla mnie to cos wiecej przede wszystkim mozliwosc przemyslenia wielu rzeczy, czas wyciszenia, odejscia od zycia ktore sie prowadzi pozostawienie problemow gdzies za rogiem. myslisz tylko o tym zeby isc i dojsc zobaczyc Matke Boską nic innego nie jest wazne. ja przez ten okres pielgrzymowania przede wszystkim ustanawiam sobie cele jakie chce osiagnac w zyciu. mysle nad tym co jest naprawde w zyciu wazne i do czego warto dazyc. To co dostaje w tedy od Boga z niczym się nie moze równać. WEWNĘTRZNY SPOKÓJ I SIŁĘ. Później żaden problem nie jest dla mnie problemem.
Autor: Karol (---.internetdsl.tpnet.pl)
Data: 2004-08-14 19:11
Na pielgrzymce jest niesamowita atmosfera modlitwy ! Najważniejsze jest to że każdy pilegrzym ma cel - Jasną Górę i osobiste intencje które chce powierzyć Pani Częstochowskiej!
*****
z tego typu tematami zapraszamy na forum dyskusji: www.dyskusje.katolik.pl
pozdr.
admin.
Autor: aga (---.client.comcast.net)
Data: 2004-08-28 08:09
mieszkajac w polsce ,chodzilam w pielgrzymce tarnowskiej bylam 4 razy,obecnie mieszkam w u.s.a i tez chodze, nie jest ona tak dluga jak polska ,ale wkoncu nie chodzi nam przeciez o dni tylko o czs spedzony na modlitwie na spiewie,atmosfera jest tak wspaniala ze chcialo by sie by kazda pielgrzymka trwala jak najdluzej, ja z mojej strony zachecam tych ktorzy nie byli ,zeby chociaz raz sie wybrali
Witajcie drodzy przyjaciele. Na pielgrzymce byłam w tym roku 2 raz i nie żałuje tego ani przez chwileczkę. Jest to wspaniały czas, który został nam dany od Boga dla Jego Matki. Podobało ma sie bardzo a w szczególności nabożeństwo pokutne - jest to coś wspaniałego i ta atmosfera, któą stwarza sobie młodzież. Zachęcam wszystkich bardzo serdecznie do udziału.
Bylam juz albo dopiero dwa razy na pielgrzymce (lubelskiej). Gdy szłam pierwszy raz było to dla mnie coś nowego, ciekawiło mnie co bedzie za następnym zakrętem, wszystko było niesamowite.Przyeżylam tamtą pielgrzymkę duchowo ale także zachwyciła mnie atmosfera: ta jedność, miłość, to że kazdy tu był bratem i siostrą, ta radość i entuzjazm widoczny w każdym. W tym roku także było to niesamowite przeżycie. Szli z nami nasi bracia z innych krajów, m.in. z Rosji, Kolumbii, Peru, Burgundii (byli to studenci z Moskwy) miałam okazję nawiązać z nimi znajomosć.To było naprwde wspaniałe, można było poczuc te jednosc w trudzie drogi, w radosc, w bólu, w modlitwie.To byl dla mnie naprwde szczesliwy czas, ktory pozwolil mi nawiazac wiele nowych znajomosci i odnowic sie duchowo. Polecam bardzo taka forme wypoczynku, bo naprawde mozna odpoczac o codziennosci i poczuc dobroc i milosc ludzi, o ktorej tak czesto sami zapominamy. Zapraszam do lubelskiej i pozdrawiam :)
Na pielgrzymce na Jasna Góre pierwszy raz byłam w 2004 roku czego bardzo ząłuje, bo mogłam zacząc chodzic wczesniej. Namówiła mnie kolezanka. Wcale mi sie isc tak bardzo nie chciało. Kiedys tylko raz zachciało mi się isc jak siostra szła, ale nie poszłam, bo mnie nie chciała wziac. Podrosłam i poszłam z kolezanka. I jest bardzo swietnie. Moge powiedziec, ze bede chodziła jak długo bede tylko mogła. Jest swietna atmosfera. Nawet jak nogi bolą to grupa muzyczna potrafi tak rozweselic, ze zapomina sie o bólu. Ale jest super.
Nie będe sie rozpisywac, bo to trzeba przezyc - i tak nie da sie tego opowiedziec. Trzeba to czuc, wiec idzcie sami aby to poczuc. I bedziecie mogli sami udowodnic sobie jak trudno jest opowiedziec co sie przezyŁo na pielgrzymce.
Na początek witam i pozdrawiam WSZYSTKICH PIELGRZYMÓW!!! W tym roku byłam szósty raz na pieszej pielgrzymce z Ustki na Jasną Górę. Zgadzam się, że trudno opisać to, co się czuje kiedy tak wędrujemy... To niesamowite, niepowtarzalne przeżycie i zapewniam, że każda pielgrzymka, na której byłam nauczyła mnie czegoś nowego, czegoś, czego nie mogłabym nauczyc sie w 'domowych' warunkach. To właśnie tam można naprawdę poznać ludzi, to czego pragną, o czym marzą, można nauczyc się KOCHAĆ Boga i drugiego człowieka. Każdy członek grupy 6 (to ta, z którą szłam) był dla mnie niezmiermie ważny, potrzebny. Razem stworzyliśmy taką małą pielgrzymkową rodzinkę :-) To właśnie dzięki NIM nauczyłam się modlić, śpiewem chwalić Boga i otwarcie mówić o tym co czuję i w kogo wierzę. To dzięki pielgrzymce zrozumiałam co to jest sakrament pokuty i jak bardzo jest on ważny. Nauczyłam się pokory, cierpliwości i zrozumienia (już czwarty raz szłam w grupie medycznej) Nauczyłam się, że czasem uśmiech potrafi zdziałać cuda... Nauczyłam się, że każdy człowiek, bez względu na to czy stary czy młody, jest kimś zupełnie wyjątkowym. Wy tez możecie się tego nauczyć. Oczywiście jeśli tylko zechcecie spróbować...
Korzystając z okzaji - DZIĘKUJĘ WSZYSTKIM MOIM GOSPODARZOM, którzy od kilku lat czekają na mnie na pielgrzymim szlaku z wielkimi, otwartymi sercami. Kocham Was...
Witam wszystkich,
Ja na pielgrzymce byłam 8 raz i pierszy jako służba medyczna. Kazdego roku po pielgrzymce mowie, ze wiecej nie ide. Ale kiedy nadchodzi pora pakuje swoj plecak i ide na na pielgrzymi szlak do Jasnogórskiej Pani.
Pielgrzymka w roku 2004 byla dla mnie szczegolna. Oprocz pielgrzymowania z Panem Bogiem i bliskiego z Nim kontaktu moglam siebie dać innym i ulzyc im w cierpieniu po calodniowym trudzie. Każdemu kto jeszcze nie był na pielgrzymce mowie: wart iść i idąc czuje sie obecność Pana Boga
Autor: maria (---.dialup.mindspring.com)
Data: 2004-10-13 06:10
Witam. Zgadzam sie w Waszymi wypowiedziami. Mialam okazje wedrowac tylko 32.5 km do MATKI BOZEJ CZESTOCHOWSKIEJ z Chicago do Merrillville Indiana w USA. Byla to moja z kolei 10-ta z 18-stu pielgrzymek. Czy bede mogla kiedys nadrobic te 8 ktore opuscilam? Ciesze sie i dziekuje Bogu, ze daje mi natchnienie i sile co roku to kontynuowac i doswiadczac to, ze wszystkie laski ktore wypraszam. Nigdy nie ida w zapomnienie. Jest to radosc, ktora pozostaje na zawsze w pamieci.
Pozdrawiam wszystkich pielgrzymow.
Autor: maria (---.dialup.mindspring.com)
Data: 2004-11-06 06:19
Co roku miesiac sierpien jest dla mnie szczegolnym czasem oczekiwania. Czas oczekiwania spotkania sie twarza w twarz z Maryja sliczna Pania.... Kiedy w sierpniowy ranek zegar wybija wczesna godzine to czas pielgrzymowania czlowiek czuje ze idzie na spotkanie z Bogiem. Cala trasa to spiew, modlitwa, rozmyslanie, postoje i pragnienie aby oddac poklon. Kiedy czlowiek dochodzi do celu tam na miejscu czuje sie cieplo, bliskosc Kogos, kogo mozna sobie najpiekniej malowac w swojej wyobrazni. Kochajmy Pana, bo Jego laska trwa na wieki. Maria
Czesc ANIU. Zgadzam się z Tobą w zupełności. Uważam, że pielgrzymka to coś niesamowitego. Tego nie da się opisać, to trzeba po prostu przezyć. Byłam dopiero dwa razy na pielgrzymce ze Zduńską Wolą i bardzo żałuje, że wcześniej nie zdecydowałam pójść na Jasną Górę. Teraz już wiem, że dopóki będę tylko mogła, chcę co roku chodzić do Matki Boskiej Częstochowskiej i dziękować jej za okazane mi łaski i nie tylko. Serdecznie pozdrawiam.
Przeżyj to sam a zobaczysz, że później nie będziesz mógł bez tego żyć. O tak, zgadzam się w zupełności, że pielgrzymka to coś wyjątkowego, niesamowite przeżycie duchowe, tz. regeneracja duchowa. Osobiście polecam każdemu taką metode kontaktu oraz zbliżenie się do Pana Boga i bliźnich. Tego nie sposób opisać, co dała mi pielgrzymka. Wszystkie razem i z osobna. Każda była inna, niepowtarzalna, niesamowita, wyjątkowa. Wiem jedno: od 5 lat nie wyobrażam sobie wakacji bez pilegrzymki. Od 5 lat pielgrzymuje na Jasną Góre z diecezją koszlińsko-kołobrzeską, przez 3 lata chodziłam jako zwykły pielgrzym, zaś od 2 lat jako maltanka (slużba medyczna). Musze stwierdzić, że to zupełnie inny sposób pielgrzymowania. Ponieważ mimo własnych słabośći, bólu, zmęczenia musze (chce!!!!!) z racji pełnionej funkcji pomagać innym. To niesamowite uczucie i ogromna radość, gdy moge ujrzeć uśmiech na twarzy potrzebującego mojej pomocy pielgrzyma. Ciesze sie, że w taki sposób moge pomagać innym. Mówie wam, czasami zwykły szczery uśmiech znaczy więcej niż 1000 słów i potrafi zdziałać cuda. Oczywiście nie zawsze jest łatwo i kolorowo, ale kiedy ma się wyznaczony, jasno określony cel intencji, z którymi pielgrzymuje do tronu Jasnoigórskiej Matki, to nic nie jest w sanie przeszkodzić Ci w dotarciu do Celu. Niesamowita siła, skrzydła miłosc Bożej nie pozwolą Ci upaść. Te skrzydła to nic innego jak siostry, bracia i księża, z którymi pielgrzymujesz oraz ludzie, których spotykasz każdego dnia na noclegu, obiedzie czy w ciągu trasy. Pierwszy raz poszłam na pielgrzymkę mając 13 lat (a to wszystko za sprawą mojego wujka księdza obecnie przebywającego na syberii), więc możecie sobie wyobrazić, jak bardzo byłam przerażona tym co mnie czeka, nie znajac nikogo (oprócz mojej rodzonej siostry oczywiście) majacą przed sobą ponad 400 km od przebycia. A jednak dotarałam !!!!. Dzięki pielgrzymce poznałam co to znaczy kochac Boga i drugiego człowieka, poznałam tam również wielu wspaniałych i wrtościowych ludzi. Z tego miejsa pragne gorąco podziękować im i wszystkim innym, którzy przez te 5 lat byli ze mną bezinteresownie przyjmowali mnie pod swój dach, wspierali mnie i pomoglii na nowo zakochać sie w Bogu.
DZIĘKUJE WAM !!!!
a ja po jutze idę po raz pierwszy i szczerze mówiac te kilometry mnie przerażaja dzieki za opis atmosfery tam panującej mam nadzieję że przetrwam:-)<)))>< pozdrawiam wszystkich pielgrzymowiczów
Pielgrzymki sa swietne.! Moim zdaniem pielgrzymka jest fajniejsza od niektorych obozow, czy kolonii. Mam 15 lat. Na pielgrzymce bylam DOPIERO! jeden raz (rok2005) i bardzo mi sie podobalo.Teraz razem z przyjaciolmi postanowilismy, ze nie opuscimy zadnej wyprawy na Jasna Gore. Poznalam wspanialych ludzi. Na pielgrzymce kazdy ma dobre serce, pomaga sobie nawzajem. Po prostu jest super. Najfajniejszy moment jest w samej Czestochowie, gdy klekajac w kaplicy wspominasz caly trud pielgrzymki, modlisz sie i dziekujesz za sile, dotrwanie do konca. Na pielgrzymkach jest zawsze bardzo mila atmosfera. Wspolnie sie modlimy, spiewamy gramy na gitarze. Naprawde warto takie cos przezyc. GORACO POLECAM;) >pozdrawiam<
czytam same pozytywne opinie. ze jest wspaniale. bo jest. piekne piesni. rozmodlenie. i ta nadzieja. i co z tego? rok temu ruszylam z torunska grupa biala. niesamowicie zdeterminowana. wytrzymalam 2 dni. jedna z najwiekszych klesk mojego zycia. 6 km/h to zbyt szybkie tempo. nogi go nie zniosly. ani serce. prowadze malo aktywny tryb zycia, w rok nie dalo sie tego zmienic. a teraz znow przychodzi sierpien i znow mysl o pielgrzymce. z biala grupa torunska. bo musze. nie moge nie isc. nie moge sie poddac. pielgrzymka to juz chyba jedyna szansa, by nie stracic nadziei na wymodlenie cudu, o jakim marze. i zdalam sobie niedawno sprawe z tego, dlaczego rok temu nie dalam rady. owszem, fizyczne nieprzygotowanie bylo wazna przyczyna, ale tym, co przewazylo szale goryczy i bolu, byla samotnosc. tacy ludzie tez ida na pielgrzymke. czasem naprawde nie sposob znalezc kolezanke, ktora z Toba pojdzie. mimo tylu prob, propozycji, nikt nie chcial. bo to, bo tamto. nie mam pretensji. ale ogarnia mnie rozpacz, gdy czytam te entuzjastyczne wypowiedzi o wspanialej atmosferze. nie wszyscy sa otwarci. mam 17 lat, ale nie jestem osoba latwo nawiazujaca kontakty. nie ide na pielgrzymke dla rozrywki, by sie posmiac, wesolo spedzic czas. nie chce grona znajomych z dobrym humorem i zartami. pielgrzymka to trud i ofiara, ktore mozna przezyc z jakas bratnia dusza. wzajemnie sie wspierajac. nie ciagne do ludzi. ja dlatego wtedy zrezygnowalam. nie ma komu powiedziec 'boje sie, boli mnie, jest mi ciezko'. nie ma kogo poprosic o przypilnowanie toalety. na pielgrzymce wszyscy maja przyjaciol, jakies grupki, paczki albo jeden dobry towarzysz. a ja jestem sama. i moze nie tylko ja. nie chce wzbudzac litosci. ale chce tegoroczna pielgrzymke przejsc, zakonczyc z sukcesem. coraz bardziej sie boje. wiecej, jestem przerazona. wiecie, jak zniecheca taka rezygnacja? czlowiek traci sily. zupelnie. dlugo wracalam do siebie. bunt, smutek, przygnebienie, pustka, no i lzy. jak teraz. dawno tak nie plakalam, jak dzis, piszac ten komentarz.
Autor: 16 lat (---.neoplus.adsl.tpnet.pl)
Data: 2007-09-24 17:01
Mam 16 lat. W tym roku po raz pierwszy bylam na pielgrzymce. Szlam z wielkim dziekczynieniem w sercu.BYLAM po ciezkiej operaji. JUZ NIE MOGE SIE DOCZEKAC NASTEPNEJ PIELGRZYMKI, CHOC BYLO CIEZKO, NOGI BOLALY, ALE CO TAM, WAZNE JEST TO, CO MAMY W SERCU I JAKIE SA NASZE INTENCJE. POZDRAWIAM WSZYSTKICH.
według mnie super.^^ w tym roku będe po raz pierwszy więc nie wiem ja to tak naprawde jest. ale im bardziej zbliża się 25.07.
oj 19 dni.^^
z Ustki.
ach... doczekać się nie moge. ^^
Mam 16 lat (no w styczniu stuknie 17 ale mniejsza z tym).
Ta pielgrzymka to było najpiękniejsze 9 dni w moim życiu. Poszłam na nią pierwszy raz. Nie wiedziałam, że w ciągu tych paru dni może się tyle wydarzyć. Był czas zarówno na modlitwę, jak i zabawę. Nauczyłam się kroków tanecznych 2 tańców, poznałam mnóstwo fajnych ludzi. Góra Przeprośna - dzień przed Częstochową odwiedziliśmy to miejsce, wszyscy się przytulali mówiąc sobie przepraszam. To były takie wzruszające, a zarazem zabawne, bo niby za co można przepraszać. Nigdy nie skorzystałam z autobusu ani nie miałam bąbli. Pan Jezus i Matka Boża pozwolili mi dojść na Jasną Górę o własnych siłach. Za rok też mam zamiar iść.
dziewczyna z pielgrzymki Stalowa Wola (grupa Wincentego) ;)
Zawsze chciałam pójść na pielgrzymkę. Ale jakoś nie mogłam się odważyć. Zawsze w moim najbliższym otoczeniu znalazł się ktoś życzliwy, kto zdołał mi to pragnienie skutecznie wyperswadować. W czasach kiedy chodziłam do szkoły nie było nikogo, kto by mi dotrzymał towarzystwa, a sama trochę bałam się iść. Później, kiedy zaczęłam pracować i stałam się odważniejsza, moje drogi z Panem Bogiem na tyle się rozeszły, że poświęcenie Mu urlopu w najlepszym, wakacyjnym terminie raczej nie wchodziło w grę. Zresztą nawet o tym wtedy nie myślałam. A potem, kiedy On zadecydował że już koniec mojego chodzenia samopas, wszystkie te młodzieńcze pragnienia powróciły. Ale myślałam, że piesza pielgrzymka to już sprawa na zawsze utracona, że to dla młodzieży, bo Jakżeż może się człowiek narodzić, "będąc starcem? Czyż może powtórnie wejść do łona swej matki i narodzić się?" (J 3,4)
Myśląc o pieszej pielgrzymce, zawsze brałam pod uwagę sierpniową pielgrzymkę na Jasną Górę. Nawet nie wiedziałam, że są inne. Dlaczego więc, będąc wrocławianką, poszłam na pielgrzymkę z Warszawy do Łagiewnik? Trudno to pojąć, bo niewiele osób wie, że taka pielgrzymka istnieje. Nawet wśród tych, którzy nogi na pielgrzymkach zdarli. W czerwcu 2009 r. poznałam księdza Andrzeja, od którego dowiedziałam się o tej pielgrzymce. Postanowiłam wziąć udział w ostatnim etapie – z Morawicy do Krakowa Łagiewnik i tak uczyniłam. Gdzieś, głęboko na dnie mojego serca zapadła decyzja, że rok później przejdę całą trasę. Ale to był bardzo trudny rok. Kłopoty małżeńskie, trudności finansowe, choroba – na przełomie roku myśl o pieszej pielgrzymce i do tego dwutygodniowej znowu wydawała się dziecinną mrzonką. A jednak, mimo wszystkich trudności, rankiem 5 lipca 2010 stanęłam przed Świątynią Opatrzności Bożej w Warszawie. Pełna obaw, ale gotowa do drogi.
Bałam się wielu rzeczy. Nie wiedziałam jak wyglądać będą moje najbliższe dni. Gdzie będę spać, co jeść, czy będę mogła się umyć, czy wystarczy mi sił fizycznych na pokonanie tak długiej trasy, jak moja rodzina zniesie trudy pielgrzymowania? Najgorsze było, że sama nie miałam na nic wpływu, nic nie zależało ode mnie, nic nie mogłam sama zaplanować. Tereny, przez które prowadzi trasa pielgrzymki były mi zupełnie nieznane. Każdego dnia szłam przez zupełnie obce okolice, nazwy mijanych miejscowości nic mi nie mówiły, nie umiałam określić swojego położenia na mapie Polski, którą mam w głowie. Dla mnie zawsze było to ważne – wiedzieć gdzie jestem. Straciłam jakby poczucie bezpieczeństwa, straciłam grunt pod nogami.
Myślałam wtedy o czasach II wojny światowej. O ludziach, którzy zostali wyrwani ze swojej codzienności, wbrew swojej woli wywiezieni do przymusowej pracy w niemieckich gospodarstwach i fabrykach, o tych którzy jechali do obozów zagłady, do obozów pracy. Co musieli wtedy czuć? Jak wielka była ich niepewność jutra? Myślałam o wrocławiance - Edycie Stein, która przebyła taką drogę, ściśnięta w upalny sierpniowy dzień w wagonie towarowym. Ta droga skończyła się dla świętej śmiercią w komorze gazowej.
A ja... znałam cel wędrówki. No i w każdej chwili mogłam wrócić do domu. Z pewnością nie dałam po sobie poznać jak się czuję, ale w środku... Może nawet brałam pod uwagę powrót do domu? I wtedy...
To były pierwsze dni pielgrzymki. Dotarliśmy wieczorem na miejsce noclegu bardzo zmęczeni. I długą, tego dnia, trasą, i pogodą – było duszno, zanosiło się na burzę. Marzyłam o tym, żeby odpocząć, wyciągnąć się gdzieś i zasnąć. Ale nic z tego. Okazało się, że zaszła pomyłka, gospodarze, u których mieliśmy spać nie przyjęli nas. Znalazło się dosyć szybko jakieś inne miejsce w starym pomieszczeniu gospodarczym, nieużywanym i niesprzątanym od wieków. Nie wyglądało to dobrze: szara, brudna nora, wszędzie tony kurzu, na ścianach czarne pajęczyny, powybijane szyby i zapach stęchlizny. Chciałam wziąć nogi za pas i zwiać. I nagle spojrzałam w górę. Na ścianie wisiał stary, wyblakły, zakurzony obraz. Spoglądał z niego Pan Jezus, pokazując swoje Najświętsze Serce. I wtedy...
Cały strach, to napięcie i niepewność, które towarzyszyły mi od początku pielgrzymki, po prostu zniknęły. Zrozumiałam, że bez względu na okoliczności, bez względu na beznadziejność sytuacji, On zawsze jest ze mną, patrzy na mnie i troszczy się o mnie. Stanął mi przed oczami obraz Świętej Rodziny, która musiała zadowolić się stajnią w Betlejem... A nas – czteroosobową rodzinę - za chwilę właściciele tego pomieszczenia zaprosili do siebie, pozwolili skorzystać z łazienki, poczęstowali pyszną kolacją, choć dopiero chwilę wcześniej dowiedzieli się o naszym przybyciu. Tej nocy, choć w tak prymitywnych warunkach, spałam bardzo dobrze i mocno, nie przeszkadzała mi wichura i deszcz za oknem, bo wiedziałam, że Pan jest przy mnie.
Znowu Mu zaufałam, a On zabrał mój strach i otworzył moje serce na innych ludzi. Zaczęłam ich wokół siebie zauważać, poznawać, wchodzić z nimi w głębsze relacje. Poznałam też lepiej siebie. Nawet nie uświadamiałam sobie jak bardzo lubię być niezależną, jak bardzo lubię decydować, jak bardzo lubię dawać. Dostrzegłam to, bo tutaj musiałam nauczyć się bycia zależną, podporządkować się decyzjom innych, przyjmować od innych praktycznie wszystko i o wiele prosić.
To pielgrzymka do Bożego Miłosierdzia. I tego miłosierdzia, w ciągu trzynastu dni wędrowania, nam nie zabrakło. Doświadczaliśmy go – dosłownie – na każdym kroku, od Boga i od ludzi, których Pan Bóg stawiał na naszej drodze. A ludzie ci byli wspaniali, czasami bardzo ubodzy, dzielili się z nami wszystkim co mieli.
Nigdy nie zapomnę babci, która oddała mi swoje łóżko w małym, przytulnym, chłodnym pokoiku. Zapytana, gdzie będzie spać, powiedziała, żeby mnie o to głowa nie bolała.
Worek orzechów włoskich ofiarowany nam przez sąsiadkę ludzi, u których spaliśmy. Nie mogła nikogo u siebie przenocować to chociaż tym się podzieliła.
Barwne, ludowe stroje gospodyń z Klin i wesoła przyśpiewka ułożona specjalnie dla nas. A potem pyszna kolacja. W wielu wioskach, gdzie zatrzymywaliśmy się na odpoczynek połączony z posiłkiem wyczuwało się, że jesteśmy tam długo wyczekiwanymi gośćmi. Najpierw ogromna radość, że już jesteśmy, a za chwilę smutek, że tak szybko odchodzimy.
Pan Bóg zatroszczył się nawet o pogodę dla nas. I chociaż czasami było nam bardzo ciężko iść w tym lipcowym żarze, bo temperatura zazwyczaj przekraczała trzydzieści stopni, to burze i deszcze omijały nas. Kiedy zbierało się na deszcz, my wchodziliśmy do świątyni na Mszę św., a kiedy wychodziliśmy było już po deszczu. Do dziś mam przed oczami błyskawice w szczerym polu, które deptały nam po piętach. A moja wyobraźnia... Od razu przypomniałam sobie opowieść mojej babci o jej kuzynce, która zginęła w polu od uderzenia pioruna. Z trwogą patrzyłam na czoło pielgrzymki i brata niosącego metalowy krzyż. Na szczęście na strachu się skończyło, burza dopadła nas kiedy szczęśliwie dotarliśmy na nocleg.
Trzynaście dni pielgrzymowania, chwile radości i chwile załamania. Wzloty i upadki. Ludzie na naszej drodze – różni. Ci serdeczni, życzliwi, ale także obojętni lub ciekawscy oraz, niestety, urągający. Jak w życiu. Pielgrzymka to takie życie ludzkie w pigułce. A dla wytrwałych, którzy dotrą do końca – nagroda. Ja doświadczyłam tego bardzo wymownie. Ostatni nocleg wyznaczono mojej rodzinie w Dolinie Brzoskwinki pod Krakowem. Już sama nazwa brzmi pysznie. Domek położony na stromym zboczu, a przed nim piękny, kolorowy ogród z mnóstwem kwiatów i kolorowych motyli. Uganiałam się za nimi z aparatem. Chyba nic lepszego nie mogło mnie spotkać.
Jeśli tak ma wyglądać koniec naszego ziemskiego pielgrzymowania do wieczności, to mówię: tak. A to tylko namiastka, bo przecież "Ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało, ani serce człowieka nie zdołało pojąć, jak wielkie rzeczy przygotował Bóg tym, którzy Go miłują" (1 Kor 2,9).
Ostatni dzień pielgrzymki. Jakże inaczej przeżyłam go niż w zeszłym roku, kiedy dojechałam nad ranem i dołączyłam do pielgrzymów na ostatnim etapie. Rok temu tak ciężko mi było iść, nie mogłam uwierzyć, że ci ludzie idą już trzynasty dzień. I skąd biorą tyle siły? To jeden z trudniejszych etapów ze względu na ukształtowanie terenu, długie odcinki, mało odpoczynków i bardzo szybkie tempo w porównaniu z wcześniejszymi dniami. Ale tym razem to ja pędziłam jak wariatka. Owszem byłam bardzo zmęczona, ale jakaś siła dodawała mi skrzydeł. Tylko, że radość z dotarcia do mety trwała bardzo krótko i szybko zamieniła się w smutek. Że trzeba opuścić to cudowne miejsce, pożegnać siostry i braci, i... wracać do domu.
Na szczęście kiedy dotrzemy do końca naszej życiowej pielgrzymki będziemy mogli zostać Tam na zawsze. JEZU UFAM TOBIE. Pielgrzymka z Warszawy do Łagiewnik