KATOLIK.pl - Portal katolicki dla wierzących, wątpiących i poszukujących

szukaj w


 Działy czytelni
  Artykuły
  Książki
  Rekolekcje
  Fotoreportaże
  Konkursy
  Modlitewnik
 
 Kategorie tematyczne
Aborcja, Eutanazja
Biblia
Bóg, wiara, rozum
Cierpienie, Chorzy
Cuda
Czaty
Dekalog
Dogmaty
Duch Święty
Duchowość
F.A.Q.
Filozofia
Grzech
Historia Kościoła
Inne religie
Jezus Chrystus
Katechezy
Kościół
Maryja
Misje
Modlitwa
Moralność
Muzyka, kultura, sztuka
Nawrócenie
Powołanie
Prawo kościelne
Rodzina, Małżeństwo
Rozważania, opowiadania
Sakramenty
Seksualność
Sekty, okultyzm
Sens życia
Spowiedź święta
Szatan, piekło
Świadectwa
Świat wokół nas
Święci, Świątobliwi
Tradycje, Liturgia
Wywiady
Życie wieczne

Podział wg pochodzenia
 

 
 Polecamy



 


 

 

  ...nigdy się nie kończy...
o. Stanisław Morgalla SJ, Dorota Mazur

...nigdy się nie kończy...
 
z o. Stanisławem Morgallą SJ, psychologiem, dyrektorem Szkoły Formatorów przy Wyższej Szkole Filozoficzno-Pedagogicznej Ignatianum w Krakowie, rozmawia Dorota Mazur
 
 Miłość to złożone pojęcie… To zarówno cnota, jak i uczucie. Jak zatem szukać, by znaleźć jej znaczenie?
 
Miłość to niekończąca się historia. Nie sposób zamknąć jej bajkową puentą: „... i żyli długo i szczęśliwie”. Po nocy poślubnej trzeba wstać i posprzątać po weselu, a po najbardziej romantycznym uniesieniu trzeba zejść na ziemię i wrócić do codziennych obowiązków, dlatego w miłości bardziej się liczy szukanie niż znalezienie jej ostatecznego znaczenia.
Poza tym miłość niejedno ma imię. Inna jest miłość małżeńska, a inna rodzicielska; inna przyjaciół, a zupełnie inna nieprzyjaciół. Inaczej kochamy ojczyznę, a inaczej ulubione rurki z kremem czy serial telewizyjny. Jeszcze inaczej wygląda miłość, gdy się ma lat kilkanaście, a inaczej, gdy zjadło się już wszystkie rozumy albo zęby. Czy to chodzi o jedną miłość, czy o różne miłości? Czy to chodzi o sztukę kochania, czy o sztuki do kochania? Ludzie od zawsze spierają się o to i będą spierali. I to się nigdy nie skończy, bo miłość nigdy się nie kończy.
 
Miłość własna to podstawa. Jednak najczęściej jest ona brana za egoizm, a przecież bez niej nie będziemy mogli przejść do innych rodzajów miłości...
 
Z chęcią zgodzę się z tym, że miłość własna jest podstawą miłości, i to wszelkiej miłości. Gdyby tak nie było, Pan Bóg nie męczyłby nas tak przykazaniem miłości bliźniego jak siebie samego. A Pan Bóg wie, co robi, bo żadne inne stworzenie tak Mu się nie udało, jak człowiek. W końcu przecież jesteśmy stworzeni na Jego obraz i podobieństwo, więc serce mamy wystarczająco wielkie, by kochać wszystkich i wszystko.
Problemy zaczęły się jednak zaraz nazajutrz po stworzeniu, gdy między ludzi wcisnął się zły duch i z zawiści zaczął psuć, co się tylko dało. Wtedy pojawiła się miłość własna, która zaczęła trącić egoizmem. A jak się pojawiła? Diabeł podpuścił pierwszych ludzi i wmówił im, że Bóg ich oszukuje. Puścił plotkę na temat Pana Boga, gdzie odrobina prawdy umiejętnie została zmieszana z wielkim kłamstwem. Ale to chwyciło i do dzisiaj chwyta. Przecież plotką można zniszczyć każdą miłość, a tych, co z zawiścią patrzą na zakochanych, nie trzeba daleko szukać. Jak sobie z tym egoizmem radzić? Nazywając rzeczy po imieniu, ucząc się szczerego dialogu i wzajemnego wyznawania win. Ludzkie serce jest zdolne do przebaczenia, a to też jest miłość, nawet miłość do kwadratu, bo miłosierdzie.
 
Miłość kojarzymy z romantycznością, czymś wzniosłym, a zatem Eros jest niedoskonałą miłością?
 
Z tym Erosem jest jak z obieraniem cebuli: im do głębszych poziomów się dociera, tym łzy coraz bardziej lecą, ale na koniec nic nie zostaje w ręku. Przecież w greckiej mitologii Eros to nieślubny synek Biedy i Dostatku, który jest wykapanym dzieckiem swoich rodziców: obiecuje i kusi, ale na koniec zostawia człowieka sam na sam z całą jego biedą.
To dlatego dobre romanse w stylu Romea i Julii muszą się kończyć tragicznie, bo romantyczna miłość, jeśli nie umrze od trucizny czy sztyletu, to na pewno padnie od nieznośnej nudy, którą tchnie codzienność i zwyczajność. Czy kogoś wzruszyłby widok Julii biegającej między kuchnią, dziecięcym pokojem a telefonem od szefowej z pracy? Kogo zainteresuje Julia, która straciła powab swojej dziewczęcości, ale za to zyskała wszelkie atrybuty matki i żony, czyli parę kilogramów nadwagi?
Ale sprawy nie lepiej by się miały z elokwentnym i krewkim współczesnym Romeem. Po paru latach nudnej pracy i kilku pobytach zarobkowych w Irlandii, których domagałaby się ekonomia powiększającej się rodziny, pewnie siedziałby drętwo przed telewizorem z piwem w ręku i śmiał się rubasznie, oglądając Kiepskich lub kolejną edycję Big Brothera.
Nie znaczy to jednak, że cały ten Eros nadaje się tylko do kosza na śmieci. Przeciwnie, on jest bardzo dobry na początek, ale potem najlepiej go ochrzcić, wysłać do szkoły i po katolicku wychować. To sprawdzona metoda i wcale nie oznacza końca miłości, ale jej stopniowy rozwój. Agape, miłość chrześcijańska, to przecież taki ochrzczony i porządnie wychowany Eros.
 
Święty Paweł w Hymnie o miłości napisał, że miłość jest cierpliwa, łaskawa, nie zazdrości, nie szuka poklasku, nie unosi się pychą itd. Miłość, ta bezwarunkowa, w wydaniu św. Pawła, jest chyba niemożliwa do osiągnięcia przez współczesnego człowieka?
 
I tak, i nie. Sam św. Paweł chyba nie był doskonałym ucieleśnieniem tej miłości, bo był człowiekiem niezwykle głębokich i gwałtownych pasji. Potrafił kochać i nienawidzić; przemawiać z czułością i delikatnością, ale i gromić i kłócić się; wznosić się ponad własne urazy, ale i mieć pretensje oraz skarżyć się. Oczywiście, przy tym wszystkim był świętym i pewnie dlatego ciągle jest taki przekonujący.
Jego hymn wydaje mi się raczej hymnem tęsknoty za ideałem aniżeli hymnem zdobywcy, który w całej pełni ucieleśnił ideał. Poza tym jest to ideał, który nie zniechęca ani nie przeraża, choć posługuje się obrazami bardzo skrajnymi. Przeciwnie, w sposób niezwykle sugestywny pociąga i zachęca, wzrusza i porusza wewnętrznie i to – co najciekawsze! – osoby, które niekoniecznie są wierzące. Apostołowi Narodów udało się więc coś niezwykle rzadkiego: wyrazić istotę miłości chrześcijańskiej w języku zrozumiałym dla wszystkich, niezabarwionym nadmiernie religijnością.
 
Jak spojrzeć na miłość w perspektywie cielesności?
 
A można inaczej?... Nie da się spojrzeć inaczej, bo jesteśmy cieleśni i najczęściej poprzez ciało i dzięki niemu potrafimy odczuć i przekazać miłość. Dlatego człowiek potrafi kochać w taki sposób, którego nie potrafią nawet aniołowie. Oni tylko mogą pomarzyć o przeżyciu tajemnicy Wcielenia, która stała się drogą naszego zbawienia. My tę tajemnicę niejako nosimy w sobie, bo – podobnie jak aniołowie – jesteśmy duchami, ale duchami wcielonymi.
Jest to też powód naszego dramatu, bo często nie jesteśmy wierni tajemnicy, którą nosimy w sobie. Często ją zdradzamy, zajmując się tylko ciałem, a ono nie znosi takiego nadmiaru czułości i zainteresowania. No bo ileż można wpatrywać się we własne ciało, adorować je i pielęgnować, nie popadając w bałwochwalstwo? A dzisiejszy świat już zupełnie zwariował na tym punkcie.
 
Dzisiaj trzeba uczyć właściwej miłości do ciała i propagować duchowość ciała. Bałwochwalczemu uwielbienia ciała trzeba przeciwstawić teologię świątyni Ducha Świętego, mitowi wiecznej młodości ciała – mądrość czterech pór roku.
 
Dziękuję za rozmowę.
 
z o. Stanisławem Morgallą SJ rozmawiała Dorota Mazur
wersja do druku 
wyślij znajomemu 


 

Gloria zaprasza!