Boży bicz na kacerzy

Byli zbieraniną morderców, łupieżców i okrutników Nie mieli litości dla nieprzyjaciół, ani dla siebie samych. Jeszcze sto lat po tym, jak zniknęli z areny dziejów, w wielu regionach Europy matki straszyły dzieci ich imieniem. Powszechnie lękano się ich, sarkano na ich bezwzględność i chciwość - ale i podziwiano. Podczas wojen w obronie Rzeczypospolitej i Kościoła ich nieulękłe hufce rzucano do najbardziej straceńczych misji. Byli bowiem wspaniałymi żołnierzami, najlepszą lekką jazdą, jaką znał ówczesny świat.
Znano ich pod różnymi imionami. Straceńcy, elearzy, zagończycy, polscy kozacy, przede wszystkim zaś - lisowczycy, od pułkownika Aleksandra Józefa Lisowskiego, twórcy formacji. Walczyli na sposób tatarski, nie obciążając się taborami. Swoich ciężko rannych towarzyszy dobijali, by nie opóźniali pochodu. Ich ruchliwość, zdolność do błyskawicznego pokonywania ogromnych przestrzeni, do dziś budzi szczery podziw. Działali na gigantycznym obszarze, od Jeziora Białego po Lombardię. Podczas wojen z Moskwą zagony lisowczyków doszły do Astrachania, do Morza Kaspijskiego, do Jeziora Białego, w końcu zapędziły się aż za Ural, do rzeki Ob. Biły się ze Szwedami w Inflantach, z Turkami w Mołdawii i na Ukrainie. W trakcie wojny trzydziestoletniej (1618-1648) przemierzyły Słowację, Węgry, Czechy, Śląsk, Niemcy, docierając do północnych Włoch.
Oprócz Polaków i Litwinów w szeregach chorągwi lisowskich służyli Kozacy, Rosjanie, Niemcy, Czesi, Ślązacy, nawet Tatarzy. Była to więc formacja wielonarodowa, prawdziwa nasza „legia cudzoziemska”.
Diabły i krwawe psy
W swoich pochodach lisowczycy pozostawiali za sobą ruiny i zgliszcza. Ich predylekcja do grabieży była legendarna. Mawiano: „Co hultaj, to lisowczyk”. W Niemczech zyskali ponurą sławę jako „diabły i krwawe psy” (Teufel und Bluthunde). Posądzano ich o najgorsze bezeceństwa. Na Węgrzech szli „łupiąc, paląc, ścinając, mordując, nikomu, nawet i małym dzieciom nie przepuszczając” – grzmiał biskup poznański Andrzej Opaliński.
Co najbardziej szokujące, wielu elearów nie lepiej zachowywało się i w granicach Rzeczypospolitej. „Ekscesa niesłychane poczynili, o jakich ledwie w starych dziejach pogańskich czytamy” – oburzał się książę Lew Sapieha. „...tylko ogień i wodę w Rusi zostawują” – wtórował Sapiesze Krzysztof Radziwiłł.
Wielu Sarmatów przeciwnie, wynosiło pod niebiosa męstwo i rycerskość towarzyszy spod lisowskich chorągwi, pasując ich na nieustraszonych obrońców Ojczyzny i chrześcijaństwa.
Kto miał rację? Wszyscy po trochu. Mowa o formacji, przez którą przewinęło się, na przestrzeni ćwierci wieku, wiele tysięcy ludzi. Trudno, aby tak duża społeczność składała się wyłącznie z rycerzy bez skazy, bądź z samych wcielonych łotrów. Przy tym, gwałty i okrucieństwa towarzyszyły wojnom również na terenach, na których nigdy nie stanęła stopa lisowczyka. Wielokrotnie zdarzało się, że na konto straceńców zapisywano łajdactwa popełnione przez inne oddziały. Mimo to, król Zygmunt III Waza miał swoje racje, gdy rzekł, wysyłając elearów na zagraniczne wyprawy: „Lepiej [by] rozpustne lisowczyki zuchwalstwo swoje nieśli w obce kraje, niż gdyby niewinny lud gnębili u siebie”.
Pierwsza odsiecz Wiednia
Latem 1619 r. na dwór Zygmunta III przybyli wysłannicy cesarza, arcyksiążę Karol Habsburg i węgierski magnat Jerzy Hammonai. Dostojni goście przynieśli wezwanie o pomoc.
Ziemie cesarskie pustoszyła okrutna wojna religijna (która przejdzie potem do historii jako wojna trzydziestoletnia), zapoczątkowana rebelią czeskich protestantów. Kronikarze ze zgrozą odnotowywali zaciekłość i rozmiary walk: „... w bujnoszczęsnych krajach cesarskich niebaczni poddani jego jadem wieloróżnych herezyj zarażeni i nimi jako truciznami nadęci, zapuchłe oczy mając do obaczenia prawdy, naprzód na Kościół ś. Katolicki bluźniercze usta swoje wywarli, a potym (...) kościoły katolikom gwałtem brali, ciała wiernych z grobów dobywali, relikwie świętych Bożych palili, na ołtarzach bluźnierstwy swemi gniew Boży na naród ludzki wzbudzali, obrazy świętych a na ostatek i krucyfiksy deptali, kielich krzyże i insze srebra koscielne (...) na pieniądze przerabiali; dzwony na działa przelewali, kapłany i zakonniki męczyli, panienki zakonne Bogu poślubione gwałcili i wszelkie katoliki według różnych inwencyj szatańskich trapili i prześladowali” (ks. Wojciech Dembołęcki, kapelan lisowczyków).
Na stolicę, Wiedeń, kierowały się wielonarodowe siły protestantów, w szczególności zaś węgierskie oddziały księcia Siedmiogrodu, Gabora Bethlena. Upadek cesarstwa Habsburgów, najpotężniejszej monarchii katolickiej, mógł wywrócić do góry nogami cały porządek europejski. Tuż za południowymi granicami Rzeczypospolitej wyrósłby bastion protestantyzmu, sprzymierzony z wrogą Polsce Szwecją.
Zygmunt III postanowił nie angażować oficjalnie Rzeczypospolitej w ten konflikt. W porozumieniu z senatem wysłał jednak lisowczyków, rzekomo jako wyprawę prywatną. Część jej kosztów pokrył po cichu z własnej szkatuły.
W październiku 1619 r. ruszyła pierwsza polska odsiecz Wiednia. Lisowczycy nie udali się jednak w kierunku stolicy cesarstwa. Zdecydowali się na dywersyjny rajd na Węgry, by odciągnąć główne siły wroga od Wiednia. 23 listopada pod Humiennem zastąpił im drogę siedmiogrodzki książę Jerzy Rakoczy. Naprzeciw dwóch tysięcy dwustu lisowczyków stanęło siedem tysięcy Węgrów. Bitwa trwała dwa dni. W końcu ciężkozbrojna husaria Rakoczego złamała polski szyk. Elearzy rzucili się do ucieczki, a upojeni zwycięstwem żołnierze protestanccy przystąpili do grabieży polskiego obozu. Nieoczekiwanie nastąpił gwałtowny kontratak lisowczyków. Doszło do prawdziwego pogromu Węgrów, którzy zasłali pobojowisko tysiącami ciał.
Pod Humiennem lisowczycy zastosowali manewr pozorowanej ucieczki, powszechny w taktyce armii ludów Wschodu (zastosowany z powodzeniem jeszcze przez Mieszka I pod Cedynią).
Oblegające Wiedeń wojska węgierskich protestantów, na wieść o Polakach pustoszących ich ojczyste ziemie, pospiesznie zawarły rozejm z cesarzem i ruszyły zaraz przeciw lisowczykom. Ci, wypełniwszy swoje zadanie, powrócili do ojczyzny. Wiedeń był ocalony.
Bóg z nami!
Następne lata przyniosły nowe wyprawy lisowskie wymierzone przeciw Unii Protestanckiej. Wielokrotnie nasi jeźdźcy „szable we krwi kacerskiej ocierali” (Dembołęcki).W październiku 1620 r., w słynnej bitwie pod Białą Górą, biło się trzy tysiące lisowczyków (na ogółem 28 tysięcy wojsk cesarza), walnie przyczyniając się do zwycięstwa nad czeskimi protestantami. Jakiś bezimienny polski jeździec uratował wtedy życie wodza katolickiej armii Henriego Duvala Dampierre’a. Po bitwie zagończycy cisnęli do stóp cesarza dwadzieścia zdobytych chorągwi.
Równocześnie nastał czas konfrontacji z muzułmańską Turcją. Na nieszczęsną wyprawę cecorską (1620) wyruszyło wraz z hetmanem Żółkiewskim półtora tysiąca lisowczyków. Ledwie siedmiuset z nich wyniosło cało głowy z pogromu. W następnym roku, w polskim obozie pod Chocimiem, bohatersko odpierającym szturmy mahometan, nie brakło i jedenastu chorągwi elearskich (ok. 3500 żołnierzy). Towarzysze broni wspominali je z szacunkiem – w trakcie całej kampanii tylko wśród straceńców nie było dezerterów. „Wyparli za pomocą Bożą od Lisowczyków hufce pogańskie i piersiami swymi oddalili wszystko prawie od obozu niebezpieczeństwo. (...) Tam niejedna nieprzyjacielska poległa głowa, aleć i koło Lisowczyków dobrze krwią swą dolinę nad Dniestrem pokropili” (Jakub Sobieski).
Bał się ich diabeł
Część lisowczyków, po powrocie do kraju, zamieniła się w pospolitych grasantów, terroryzujących ludność. Stało się to powodem rozwiązania chorągwi elearskich i obłożenia infamią (wyjęciem spod prawa) ich żołnierzy. Tysiące innych straceńców opuściło Ojczyznę i jeszcze przez szereg lat walczyło dzielnie przeciw Unii Protestanckiej w Niemczech i Włoszech.
Pozostała legenda po strasznych jeźdźcach, których „Bóg nie chciał, a diabeł się bał”.
Andrzej Solak
www.krzyzowiec.prv.pl