logo
Poniedziałek, 24 listopada 2014 r.
imieniny:
Emmy, Flory, Romana, Andrzeja, Protazego, Chryzogona – wyślij kartkę
Szukaj w
 
Posłuchaj Radyjka
kanał czerwony
kanał zielony
 
 
Facebook
 
Drukuj
A
A
A
 
Siostra Beata Piekut
Seretarka Apostołki Miłosierdzia
 


Seretarka Apostołki Miłosierdzia

Siostra Beata Piekut wspomina Świętą Faustynę Kowalską

Była cała rozpromieniona, emanowało z niej wielkie szczęście i radość, cieszyła się, że niebawem będzie składać zakonne śluby wieczyste - wspomina swe pierwsze spotkanie z siostrą Faustyną siostra Beata Piekut, której przypadła istotna rola w procesie kanonizacyjnym przyszłej świętej. To był marzec 1932 roku - opowiada siostra Beata. - Byłam ledwie pierwszoroczną nowicjuszką, kiedy do domu Zgromadzenia w Krakowie przyjechały dwie siostry. Ta wyższa, Teresita, była śliczną kobietą, której piękne rysy przykrywało zmęczenie długą podróżą. Jednak poza urodą nic szczególnego w niej nie wzbudziło mojej uwagi. Przeciwnie z tą drugą, niższą, drobniejszą. Była radosna, uśmiechnięta, jakby z wszystkimi chciała podzielić się swoim szczęściem. To była Faustyna...

Przepowiednia w Walendowie

Wówczas nie zamieniły ze sobą ani słowa. Po siedemdziesięciu latach od tamtej chwili dokładnie jednak pamięta jej zachowanie, rysy twarzy i tę promieniującą na otoczenie radość. Kiedy teraz o tym opowiada, także i w jej oczach pojawia się wymowny błysk. Widać, że lubi wracać do wspomnień z przeszłości, która wcale nie była usłana różami i pozbawiona trosk. Zwłaszcza ciężko się żyło w latach wojennej pożogi, a i po wyzwoleniu również nielekko, gdy pod eskortą uzbrojonych funkcjonariuszy obywatelskiej milicji siostry przepędzano z zajmowanego domu zakonnego. Trudne też były dla niej lata spędzone w Walendowie pod Warszawą, gdzie kierowała prowadzoną przez Zgromadzenie Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia... kolonią karną dla kobiet skazanych przez sądy. Trafiła tam w 1936 roku, oddelegowana z Warszawy przez matkę generalną tylko na miesiąc. Znacznie dłuższą, bo trwającą całe 10 lat, misję w Walendowie przepowiedziała jej Siostra Faustyna.

- Broniłam się przed taką decyzją jak mogłam, tłumaczyłam, że nie mam odpowiedniego przygotowania i doświadczenia, by pełnić rolę naczelnika ośrodka, że nie złożyłam jeszcze ślubów wieczystych, ale wszystko na nic. W zakonie trzeba być posłusznym, więc z pokorą przyjęłam i to polecenie - opowiada siostra Beata. - Ale zanim dowiedziałam się o takiej decyzji matki generalnej, byłam absolutnie przekonana, że - tak jak pierwotnie planowano - na Święta Wielkanocne wrócę do Warszawy. Na dłuższy pobyt w Walendowie nie byłam nawet przygotowana. Tymczasem przyjechała tam Siostra Faustyna. Pamiętam, był 25 marca, słoneczny, pogodny dzień, a ja wlepiwszy wzrok w okno snułam marzenia o zbliżających się świętach. Wtedy podeszła do mnie Faustyna i zapytała:
- Dlaczego siostra taka smutna?
Opowiedziałam jej o tęsknocie za Warszawą, gdzie miałam się dłużej zatrzymać. A ona mi na to:
- Ale przecież siostra tak szybko stąd nie wyjedzie...
- To co, mam tutaj umrzeć? - odburknęłam zła.
- Nie, siostra zostanie tu jednak nieco dłużej niż sobie planuje. A ja, w przeciwieństwie do siostry, długo tutaj nie będę... - usłyszałam w odpowiedzi.
- Siostra chyba jakimś prorokiem się robi - próbowałam przerwać ten dialog. - To niemożliwe, ja mam zostać w Walendowie dłużej, choć zostałam oddelegowana tylko na miesiąc, a siostra chce nas szybko opuścić, mimo że przyjechała tutaj na stałe?!
- Może dla siostry byłoby lepiej, żeby wyjechała, ale Pan Bóg to siostrze wynagrodzi - powiedziała spokojnie, bez emocji.
Tego było już dla mnie za dużo. Nie kryję, że rozzłościła mnie, ale zarazem jej słowa bardzo mnie zainteresowały. Intrygowało mnie to jej proroctwo. Skądże miała wiedzieć to, co się wydarzy, skoro żadnej nowej decyzji względem mnie nie podjęła matka generalna?
Okazało się, że miała rację. W Wielki Piątek otrzymałam od matki generalnej małą karteczkę, na której napisała, że bardzo jej przykro, ale nie może mnie odwołać z Walendowa, zaś powody takiego postanowienia wyjaśni mi po świętach. Niebawem, ze względu na stan zdrowia, Siostra Faustyna opuściła Walendów.

Teolog

Zanim jednak Siostra Faustyna wyjechała, siostra Beata pilnie ją obserwowała. Nie dawało jej spokoju, jakimi sposobami dowiedziała się o decyzji matki generalnej. Szukała choćby najmniejszego śladu, skąd dotarły do niej takie informacje. Bez skutku...
- Nie kontaktowałam się z nią, lecz obserwowałam, rozmawiałam z będącymi bliżej niej siostrami - mówi siostra Beata. - Zawsze była pogodna, uczynna, życzliwa, nigdy nie sprzeciwiała się poleceniom przełożonych. A nie było jej lekko, bo choroba szybko się rozwijała. Nazywano ją "teologiem", czego długo nie rozumiałam. Dopiero pozornie nieistotny epizod z polnym zielskiem, jakie przyniosła na stół siostra ogrodniczka, wyjaśnił wszystko. Otóż Siostra Faustyna po-trafiła w każdej łodyżce odnaleźć fascynujący szczegół, najdrobniejszą kropeczkę zdobiącą nieefektowną roślinę. - "No popatrzcie, skoro Pan Bóg potrafił tak pięknie przyozdobić zwyczajne zielsko, to jakżesz cudownie musi wyglądać nieśmiertelna ludzka dusza stworzona na obraz i podobieństwo Boże?" - tłumaczyła. W każdym przedmiocie, w każdej sprawie i myśli potrafiła odnaleźć Boży ślad.

Zaczęłyśmy od ogona

Siostra Beata Piekut zdecydowanie więcej szczegółów z niezwykłego życia Siostry Faustyny poznała znacznie później, kiedy z woli ówczesnego kardynała Karola Wojtyły zaczęła gromadzić dowody i świadków w procesie beatyfikacyjnym.
- Zebrane świadectwa potwierdzały słuszność rozpoczęcia procesu, ale były też i niechętne relacje świadków - opowiada siostra Beata. - Niektóre współtowarzyszki Faustyny raziło na przykład to, że była ona "strojnisią". Zawsze elegancko ubrana, nie wkładała habitu roboczego - mówiły z zazdrością. W 1959 roku przyszła Notyfikacja Stolicy Apostolskiej, zakazująca rozszerzania -kultu Miłosierdzia Bożego według wskazań Siostry Faustyny. Ktoś uznał, że w "Dzienniczku" nie ma nic nadprzyrodzonego. A ja sobię myślę, że ten ktoś wcale nie przeczytał "Dzienniczka"...
Przełom nastąpił w latach sześćdziesiątych.
- W 1964 roku zwróciłam się do -księdza arcybiskupa Wojtyły z prośbą, by podczas swego pobytu w Watykanie rozeznał sytuację, czy jest odpowiednia pora i klimat, by rozpocząć proces beatyfikacyjny Siostry Faustyny. Od razu mnie zaskoczył, witając słowami: "Mnie tu bombardują w sprawie inauguracji tego procesu, a ja nic nie wiem o . Jutro jadę do Rzymu, niech więc siostra szybciutko napisze mi przynajmniej życiorys Faustyny i... prośbę o wszczęcie procesu beatyfikacyjnego". Kiedy się broniłam, mówiąc że nie mam takich kompetencji, że powinna to napisać matka generalna, on ponaglał: "Niechże siostra pisze, o resztę się nie martwi, bo przecież za to siostry nie powieszą". Podpisałam więc w imieniu matki ge-neralnej napisaną naprędce prośbę, a kiedy arcybiskup wrócił z Rzymu, zawezwał mnie, by poinformować, że prefekt Kongregacji nie tylko nie zabronił, ale wręcz nakazał rozpoczęcie takiego procesu. - "Gdybyście go od razu rozpoczęły, Faustyna byłaby już na ołtarzach. Każdy by wiedział, skąd wziął się obraz i kult Miłosierdzia w nowej formie, ale wy zaczęłyście od ogona" - dodał z wyrzutem. Tak powiedział: "zaczęłyście od ogona...". Dostałam polecenie szukania świadków, zbierania dowodów i organizowania trybunału.

Proces rozpoczęty

Rozpoczęcie procesu najpierw informacyjnego, a następnie beatyfikacyjnego Siostry Faustyny stało się faktem. Pierwsza sesja odbyła się 21 października 1965 roku. Zrodził się jednakże problem, bo jeszcze wówczas kobieta nie mogła być ani postulatorem, ani notariuszem procesowym - to były funkcje przeznaczone wyłącznie dla kapłanów po święceniach. Kardynał Wojtyła wyznaczył więc do niej franciszkanina, ojca Izydora Borkiewicza. De facto jednak to siostra Beata Piekut gromadziła dowody i kompletowała stosowne dokumenty. Zaczęła od przepisania "Dzienniczka", dołączając do niego krytyczne opracowanie.
- To była mozolna praca - opowiada z wyraźnym entuzjazmem. - Nad znaczeniem każdego zdania i słowa musiałam się głęboko zastanowić i wczytać, by rozwikłać ich prawdziwy sens. Wbrew temu, co ktoś kiedyś napisał, z całą stanowczością mogę stwierdzić, że "Dzienniczek" to sama naprzyrodzoność. W teologicznej rozprawie potwierdził to także ksiądz profesor Ignacy Różycki.

To nie ta koronka

Siostra Beata Piekut o objawieniach Siostry Faustyny oraz o przekazanych przez nią nowych formach kultu Miłosierdzia Bożego dowiedziała się w 1940 roku.
- Matka generalna zebrała wszystkie siostry i oficjalnie poinformowała nas, że podobno - podkreślam: podobno - to wszystko miało miejsce. Na koniec powiedziała: "Niech siostry o tym wiedzą, ale nikomu o tym nie rozpowiadają".

Tymczasem tego samego dnia, tylko nieco wcześniej, przytrafiło mi się zaskakujące zdarzenie. Gdy szłam warszawską ulicą, podeszła do mnie pewna -kobieta, prosząc bym nauczyła ją odmawiać koronkę do Miłosierdzia Bożego. Spieszyłam się bardzo, więc zaproponowałam, by szła za mną, a ja będę się modlić na głos. Zaraz jednak jak zaczęłam odmawiać modlitwę, ona mi przerwała i mówi, że to nie ta koronka. Byłam zdumiona, bo innej nie znałam, co zgodnie z prawdą jej powiedziałam. A ona mi na to odrzekła z wyrzutem: "Siostry są takie zazdrosne o kult Miłosierdzia Bożego...". Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Dopiero wieczorem, po spotkaniu z matką generalną, zrozumiałam słowa tej napotkanej kobiety.

Przesyłka w śmieciach

"Dzienniczek" Siostry Faustyny nadal znajduje się pod opieką siostry Beaty. Zgodnie z życzeniem Papieża, nie pozwala nikomu nie tylko na kartkowanie, ale i dotykanie poszczególnych stron sześciu odręcznie zapisanych zeszytów. Nie dziwi to, skoro przez wiele lat rękopis był tak pilnie strzeżony, że poza kilkoma osobami, ogół Zgromadzenia nie wiedział o jego istnieniu.

Na usilną prośbę siostra Beata przynosi jeden brulion w twardych czerwonych okładkach i otwiera na stronie, na której święta Faustyna opisała pierwsze objawienie się jej Pana Jezusa. Nie wgłębiając się w treść, przetłumaczoną na kilkanaście języków, podziw wzbudzają starannie zapisane wersy: równiutko, linijka pod linijką, wprawną ręką wyćwiczoną zapewne na lekcjach kaligrafii. Podziw jest tym większy, że Siostra Faustyna uczęszczała do szkoły przez niespełna trzy lata.
Z przepisywaniem "Dzienniczka", który trzeba było przesłać do Watykanu, wiążą się i takie niepozbawione dramaturgii wspomnienia:
- Dla bezpieczeństwa nie godziłam się na wysłanie rękopisu, wymyśliłam więc, żeby "Dzienniczek" sfotografować - mówi siostra Beata. - I tak z każdej strony zrobiono zdjęcie, a że wówczas nie było tak delikatnych materiałów fotograficznych, jakie są dostępne obecnie, przesyłka urosła do pokaźnych rozmiarów. Wysyłałyśmy ją więc w częściach, podobnie jak i inne obszerniejsze dokumenty, za pośrednictwem poczty, ale tylko do czasu, kiedy cudem jedną z przesyłek odnalazła pewna kobieta w magistrackim koszu na śmieci. Od tej pory, by ominąć cenzurę, wykorzystywałyśmy inne sposoby przekazywania dokumentów do Watykanu. Najczęściej zabierał je kardynał Wojtyła.

Odnalezione wyniki badań

W długim, trwającym 35 lat procesie, zakończonym włączeniem Siostry Faustyny do grona świętych, nie brakowało przeszkód i trudnych momentów. Byli też i niechętni jego prowadzeniu. Siostra Beata wspomina, jak u przewodniczącego Trybunału Kongregacyjnego interweniował pewien zakonnik, bernardyn, który nawoływał do przerwania procesu, bo kontynuowanie go miałoby jakoby kompromitować powagę krakowskiej Kurii Metropolitalnej. "Siostra Faustyna to jakaś wizjonerka" - twierdził. Wtedy jednak siostra Beata Piekut odnalazła żyjącą wówczas jeszcze lekarkę, która przeprowadzała Faustynie badania. Zachowały się też świadectwa lekarskie i wyniki badań, które nie wykazały absolutnie żadnych odchyleń od normy.

Siostra Beata uważa, że nad całą sprawą czuwała Opatrzność, bo w efekcie obalanie zarzutów stawało się kolejnymi dowodami świadczącymi o niezwykłości posłannictwa Siostry Faustyny.
- O genezie tych badań opowiedział mi ksiądz Michał Sopoćko, spowiednik Faustyny - kontynuuje swe wspomnienia siostra Beata, która wielokrotnie rozmawiała z nim i była przy jego śmierci. - Gdy Siostra Faustyna przybyła do domu Zgromadzenia w Wilnie, ksiądz profesor Sopoćko wykładał na Uniwersytecie im. Stefana Batorego. Spowiadał również siostry naszego Zgromadzenia. Po któtkim czasie udał się do siostry przełożonej i kazał wysłać Faustynę na kompleksowe badania. Oczywiście niczego te badania nie wykazały, ale jakże bardzo nam się potem przydały w prowadzonym procesie?!

Chwile zwątpienia

Siostra Beata opowiada z wielką swadą, z niesłychaną precyzją przytacza fakty i szczegóły zdarzeń, dotyczące odkrywanych śladów związanych z życiem przyszłej świętej. Jest skromna, nie powiększa swej roli. Zapytana, czy nie miała wątpliwości, że jej praca pójdzie na marne, bez zastanowienia zaskakuje kolejnym wyznaniem:
- Kiedy zaczynałam się tym zajmować, nawet sobie nie wyobrażałam, że ona pójdzie na ołtarze. Owszem, miałam chwile zwątpienia, że te wszystkie starania na nic. Aż wstyd się przyznać, ale chyba nie za dużo modliłam się wtedy do Faustyny...
Po chwili znajduje w pamięci zdarzenie, potwierdzające trud podjętego zadania.
- W pewnym momencie napotkałam na przeszkodę, której - zdawało mi się - nie będę w stanie pokonać - opowiada. - Bardzo długo bezskutecznie szukałam notariusza do rozpoczętego procesu, bo - jak już zaznaczyłam - nie mogła nim być kobieta. Chodziłam więc od jednego zgromadzenia zakonnego do dru-giego, ale nigdzie nie znajdowałam wsparcia. Wierzyłam, że pomogą mi jezuici, ale ich prowincjał oznajmił mi, że nie ma choćby jednego życzliwego dla tej sprawy. Przyznaję, powoli traciłam nadzieję, ale postanowiłam pójść jeszcze do salezjanów. Pamiętam ten upalny dzień, kiedy idąc polną drogą topiłam się w skwarze. Byłam zmęczona i zła, nawet modlić się nie mogłam. W duchu nakrzyczałam wtedy na Faustynę: "Ty siedzisz sobie u Pana Jezusa, patrzysz w oblicze Boże, a ja się tak męczę dla ciebie. Jeśli nie dasz mi natychmiast tego notariusza, to nie będę dalej prowadziła tej sprawy. Odłożę do szuflady i niech sobie leży!" - zagroziłam. I wyobraźcie sobie - ona mnie wysłuchała. Prowincjał Zgromadzenia Księży Salezjanów zlitował się nade mną, umordowaną i spoconą. Dał mi na notariusza swego osobistego sekretarza.

1800 relikwii

Dnia 25 listopada 1966 roku przeprowadzono ekshumację zwłok Siostry Faustyny i przeniesiono je do kaplicy, a od 1993 roku spoczywają na ołtarzu pod łaskami słynącym obrazem Jezusa Miłosiernego w sanktuarium w Krakowie Łagiewnikach. Z pewnym żalem siostra Beata mówi, że nie udało się przekonać dokonujących ekshumacji do zabalsamowania ciała. - Moglibyśmy oglądać Faustynę jak żywą - mówi z wyczuwalnym w głosie wyrzutem.
Rozszerzający się w błyskawicznym tempie kult Miłosierdzia Bożego sprawił, że powstaje coraz więcej miejsc czci, do których siostra Beata Piekut przekazuje relikwie. Znajdują się już w 1800 punktach na całym świecie. - Matka generalna zwróciła mi -kiedyś uwagę, bym była "oszczędniejsza", bo całą naszą Świętą rozdam - żartuje siostra Beata.
Pod opieką siostry Beaty znajduje się kilka pamiątek po Siostrze Faustynie. Wraz z "Dzienniczkiem" pozwala obejrzeć i sfotografować różańczyk w skromnym, skórzanym etui w kształcie podkówki, srebrną zakonną obrączkę z wygrawerowanym napisem: "Jezus, Maryja, Józef" oraz dowód osobisty, wydany przez prezydenta miasta Warszawy. W rubryce "zawód" widnieje wpis: "zakonnica - Zgromadzenie Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia".

Dzieło uświęcone

Dnia 18 kwietnia 1993 roku Ojciec Święty Jan Paweł II, który jako metropolita krakowski rozpoczynał proces w diecezji, na Placu Świętego Piotra w Rzymie dokonał aktu beatyfikacji Siostry Faustyny. Siedem lat później, 30 kwietnia 2000 roku, po zakończeniu ceremonii kanonizacji, Papież przywitał siostrę Beatę słowami: "No, to ukoronowałaś swoje dzieło!" Odpowiedziała z radością: "To nasza wspólna sprawa...".

Żegnając się z siostrą Beatą Piekut, długo nie możemy ochłonąć, będąc pod wrażeniem wielkiej osobowości sędziwej zakonnicy. - Ciągle nowych sił dodaje mi Siostra Faustyna, bym mogła świadczyć i opowiadać o jej wielkim posłannictwie. No bo po cóż miałabym tak długo żyć? - uśmiecha się dobrodusznie na do widzenia...

Siostra Beata Piekut
Jedna z kilku żyjących zakonnic, które pamiętają Siostrę Faustynę. Pochodzi z Czerwińska koło Płocka. W 1965 roku na polecenie ówczesnego arcybiskupa Karola Wojtyły rozpoczęła kompletowanie dowodów i świadków do procesów informacyjnego oraz beatyfikacyjnego Siostry Faustyny. Własnoręcznie przepisywała "Dzienniczek", jest też autorką jego krytycznego opracowania, z wszystkimi przypisami tekstowymi i indeksami. Do Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia wstąpiła w 1932 roku, po ukończeniu dwóch lat prawa na Uniwersytecie Warszawskim. Przebywała w domach: w Warszawie, Walendowie (przez 10 lat była naczelnikiem kolonii karnej), Płocku (przez 4 lata, do czasu zlikwidowania go przez władze w 1950 roku), Częstochowie, Wrocławiu (była asystentką matki przełożonej). Od 1956 roku, przez trzy 6-letnie kadencje pełniła odpowiedzialną funkcję ekonomki Zgromadzenia. Od 1974 roku przebywa w Krakowie Łagiewnikach, gdzie 26 kwietnia 2002 roku celebrowała 70. rocznicę wstąpienia do zakonu.

Tekst publikujemy dzięki Wydawnictwu RAFAEL, które zaprasza na swoje strony http://www.rafael.pl/

 
Zobacz także
ks. Tomasz Bieliński
William nie był praktykującym katolikiem, za to świetnie sobie radził z praktyką dyplomatyczną. Jego życie zmieniło się, gdy pewnego dnia trafił do spowiedzi do… Jana Pawła II. Spowiedź nie załatwiła wszystkiego, ale zmobilizowała Williama do podjęcia konkretnych decyzji, jego postawa i zmiana sposobu życia stanowią dobry przykład.
 
o. Marek Machudera OFMCap.
Już dwa miesiące od nastania wiosny. Jej powiew ożywiajacy przenika i przebudza całą naturę. A i człowiek po sportach zimowych z radościa oddaje sie ruchowi na wolnym powietrzu. Wdech-wydech-wdech-wydech. Do abecadla troski o zdrowie należy gimnastyka i spacer. Ludzie od marketingu wymyślają stale nowe odmiany sportów...
 
Jacek Salij OP
Symboliczne jest imię tego człowieka. Barabasz znaczy: syn ojca. A przecież każdy człowiek jest dzieckiem swojego ojca! Jedno nie ulega wątpliwości: Gdyby Piłat nie skazał Jezusa na ukrzyżowanie, Barabasz, wtedy już skazany na śmierć, na pewno zostałby stracony. Zatem, patrząc nawet w perspektywie czysto cielesnej, to dzięki śmierci Jezusa Barabasz został ocalony i uniknął śmierci. 
 


reklama