logo
Czwartek, 24 maja 2018 r.
imieniny:
Joanny, Zdenka, Zuzanny, Marii – wyślij kartkę
Szukaj w
 
Posłuchaj Radyjka
kanał czerwony
kanał zielony
 
 
Facebook
 
Drukuj
A
A
A
 
Cezary Sękalski
Obudź w sobie nadzieję
Głos Ojca Pio
 


Z ojcem Mateuszem Hincem OFMCap, wykładowcą psychologii i psychoterapeutą, rozmawia Cezary Sękalski
 

Brak nadziei może mieć przeróżne przyczyny. Wcale nie musi być chorobą, choć jest to czynnik chorobotwórczy, wzmacniający inne zaburzenia. Kiedy wiąże się z zaniedbaniami człowieka albo z pustką egzystencjalną, wtedy nie chodzi już o problem psychologiczny, lecz duchowy. Jeżeli doświadczam pustki egzystencjalnej i nie widzę sensu życia, to znowu powstaje pytanie: czy to już jest choroba, którą trzeba leczyć, czy też mamy do czynienia z duchowym zaniedbaniem?
 
Czy w psychologii używa się pojęcia „nadzieja”?
 
W psychologii coraz częściej używa się tego pojęcia, aczkolwiek z różnym natężeniem i częstotliwością, różnorodnie określając także jego zakres. W psychologii teoretycznej trudniej to słowo znaleźć, ale już w psychoterapii, gdzie mówi się o pomocy drugiemu człowiekowi i o pracy z nim, tam na pewno się ono pojawia.
 
Jak zatem definiuje się nadzieję w psychologii?
 
Przejrzałem kilkanaście słowników psychologicznych i w żadnym z nich nie znalazłem tego terminu. Zawiera go dopiero włoski słownik wydany przez wydawnictwo Garzanti. Autor ten w ciekawy sposób opisuje nadzieję, widzi ją w różnych wymiarach praktyki psychologicznej. Przede wszystkim oznacza ona dla niego zaufanie pokładane w przyszłości, nawet mimo porażek czy braku realizacji nieadekwatnych pragnień.
 
Jeden z psychologów, T. M. French, rozróżnił w swoich badaniach dwa rodzaje nadziei. Pierwszy pochodzi z naszych wcześniejszych życiowych doświadczeń, z radosnych chwil, które przeżyliśmy. Ta nadzieja realizuje się w dorosłym życiu poprzez uciekanie w marzenia i szukanie w ten sposób pokrzepienia. U podłoża drugiego rodzaju nadziei leży pragnienie zrealizowania konkretnego planu.
 
A zatem teoretyczna psychologia zdaje się uciekać od pojęcia nadziei, a tam gdzie spotykamy się z człowiekiem w terapii, staje się rzeczywistością pierwszej potrzeby?

Myślę, że nadzieja „ucieka” ze słowików, dlatego że nie bardzo można ją w sposób naukowy zdefiniować. Definicja, o której wspominałem, czy badania Frencha mają sens tylko wtedy, gdy mówimy o konkretnym człowieku, a nie o zadrukowanym papierze.

Czy można powiedzieć, że większość problemów psychologicznych wynika z chronicznego braku nadziei?
 
Takie stwierdzenie byłoby chyba przesadą. O nadziei rozumianej w sensie egzystencjalnym bardzo dużo mówił V. E. Frankl i on, owszem, rozpatrując pustkę egzystencjalną człowieku, w jakiś sposób zakładał brak nadziei. Niemniej jednak gros problemów psychologicznych nie musi bezpośrednio wiązać się z tym zagadnieniem. Wielu moich pacjentów miało kłopoty związane np. wykorzystaniem seksualnym w dzieciństwie, co spowodowało ogromne spustoszenie w ich życiu. W takich wypadkach u początku problemu tkwi psychiczna rana.

Ale skutek tej rany dziś może wiązać się z brakiem nadziei…
 
Łatwo powiedzieć, ale do tego trzeba dopiero dojść. Na skutek zranień, których doświadczyliśmy w dzieciństwie, często rodzi się w nas ogromne poczucie winy, zupełnie nieadekwatne do sytuacji. Można to dobrze zrozumieć na przykładzie Dorosłych Dzieci Alkoholików (DDA). W rodzinie, w której ktoś z bliskich nadużywa alkoholu, dziecko przeżywa ten fakt bardzo boleśnie, biorąc na siebie winę za nałóg rodziców (nie obarcza zaś nich samych, co byłoby zupełnie uprawnione, gdyż to realna ocena faktu). Dziecko myśli, że rodzice piją dlatego, że się źle uczyło, było niegrzeczne itp. Wobec tego zaczyna starać się być lepszym, ale rodzice i tak piją. I nie jest ważne, czy robią przy tym awanturę, czy nie. Ważne, że wywołują strach, lęk, niepewność. Tym bardziej, że w oczach małego dziecka rodzic jest kimś doskonałym. W postrzeganiu małego dziecka Bóg jest prawie tak dobry jak rodzice i w tym tkwi ogromny problem rodzin dysfunkcyjnych. Nie jest to więc tylko kwestia braku nadziei, bo w przypadku dziecka trudno o niej mówić, ale problem postrzegania rzeczywistości.
 
Zgadzam się, że przy analizie źródeł pewnych problemów psychologicznych trudno dopatrzyć się zagadnienia nadziei. Kiedy jednak spojrzy się na dorosłego człowieka, który te zranienia z przeszłości dźwiga, często dostrzegamy, że nie ma on w sobie dynamizmu, pragnienia zdobycia konkretnych celów życiowych. Komuś, kto z dzieciństwa wyniósł negatywny obraz siebie, trudno jest mieć nadzieję, że coś w życiu może mu się udać…
 
To prawda, ale nie aż taka prosta. Niektóre zranienia, np. wspomniane już DDA, mogą sprawić, że człowiek w dorosłym życiu przyjmuje maskę bohatera i działa, ma energię, bo ciągle musi się wykazywać.
 
Osoby zranione, gdy uświadomią sobie, że same sobie nie radzą z powodu zranień wyniesionych z dzieciństwa, bardzo często zastanawiają się nad tym, czy mogą wyjść ze swoich problemów. Myślę, że gdyby nie jakaś szczypta nadziei, nigdy nie zgłosiłyby się do gabinetu psychologicznego. Ich problemem jest nie tyle brak nadziei, ile samo zranienie i to, co ja nazywam pamięcią emocjonalną. Sprawia ona, że mimo istnienia dystansu czasowego, w świadomej dorosłości, człowiek gdzieś w środku pozostaje jednak małym, zranionym dzieckiem, które cały czas reaguje tak, jak wtedy – podczas zranienia. Proszę zobaczyć, jak głębokie jest to rozbicie. Najlepiej widać te skrajności w przypadku depresji. Z jednej strony w człowieku rodzi się wielkie pragnienie wyjścia z problemów, a z drugiej jakiś wir, jakaś siła ściąga go w dół. Istnieje też nadzieja, aczkolwiek bardzo nikła.

Kiedy brak nadziei jest chorobą, a kiedy słabością duchową?
 
Dla mnie jako psychologa brak nadziei może mieć przeróżne przyczyny. Wcale nie musi być chorobą, choć myślę, że Frankl powiedziałby, że to czynnik chorobotwórczy, wzmacniający inne zaburzenia.
 
Natomiast kiedy jest to słabość duchowa? Myślę, że jeśli wiąże się z jakimiś zaniedbaniami człowieka albo z pustką egzystencjalną, o której mówił Frankl, wtedy nie chodzi już o problem psychologiczny, lecz duchowy. Jeżeli doświadczam pustki egzystencjalnej i  nie widzę sensu życia, to znowu powstaje pytanie: czy to już jest choroba, którą trzeba leczyć, czy też mamy do czynienia z duchowym zaniedbaniem?
 
1 2 3  następna
Zobacz także
Jacek Dziedzina
To nie jest tak, że Kościół ma być utożsamiony ze światem. Są takie obrazy Kościoła w Ewangelii, które mówią, na ile Kościół ma przemieniać świat od wewnątrz. Chrystus mówi o soli, zaczynie. W jakich proporcjach? No przecież nikt nie wrzuca kilograma soli do garnka z wodą! 

Z  bp. Grzegorzem Rysiem rozmawia Jacek Dziedzina.
 
Wojciech Czywczyński OFMCap
Nigdy nie byłem miękkim facetem. Moje otoczenie uważało, że podejmuję twarde decyzje i potrafię kierować ludźmi. Ja natomiast wiedziałem, że to nie tak. Siła człowieka nie polega na samodzielnym radzeniu sobie w życiu – mówi Paweł Zaremba w nozmowie z Wojciechem Czywczyńskim OFMCap 
 
ks. Radosław Warenda SCJ
Bóg tak umiłował to, co stworzył, że nie chce, by zostało to zniszczone (potępione, czyli oddzielone od Niego), pragnie dla człowieka szczęśliwej wieczności. Wieczności pełnej Niego samego. Oczywiście do takiego stanu szczęśliwości trzeba dojrzeć. Czyściec jest właśnie stanem dojrzewania do wieczności, po przejściu którego mamy stać się zdolnymi do bycia partnerami w miłości wobec Boga.
 
 

ISMCH

___________________
 
 reklama