logo
Piątek, 25 maja 2018 r.
imieniny:
Borysa, Magdy, Marii-Magdaleny, Bedy, Grzegorza – wyślij kartkę
Szukaj w
 
Posłuchaj Radyjka
kanał czerwony
kanał zielony
 
 
Facebook
 
Drukuj
A
A
A
 
ks. Marek Pieńkowski
Pojednanie i przebaczenie
Zeszyty Formacji Duchowej
 
fot. Gül Kurtaran | Unsplash (cc)


Wprowadzenie do medytacji (Łk 15, 11-32)
 
Pojednanie i przebaczenie. Tylko na pierwszy rzut oka te dwa słowa mogą oznaczać to samo. Pojednanie to coś więcej niż przebaczenie. Przebaczenie zakorzenione jest w jednej osobie. Pojednanie nie może zaistnieć bez współudziału wszystkich podmiotów. Przebaczenie przywraca stan sprzed rozłamu. Pojednanie daje szansę stworzenia nowej rzeczywistości, pełniejszej i bogatszej. Przyjrzyjmy się temu bliżej w świetle Pisma Świętego.
 
Zanim rozpoczniemy medytację

Niewiele jest tekstów biblijnych, do których wracamy tak często, jak do piętnastego rozdziału Ewangelii Łukaszowej. Trzy zamieszczone tam przypowieści są omawiane, rozważane, opisywane i wspominane przez każdego z nas kilka lub kilkanaście razy w roku. Szczególnie ostatnia z nich doczekała się wielkiej ilości świadectw homiletycznych, pisarskich, a nawet plastycznych. Pojawiają się przy tym różne jej określenia. Nadal jeszcze dominuje tytuł „Przypowieść o synu marnotrawnym”, ale coraz częściej akcentuje się miłosierdzie Ojca. Niektórzy dla uwypuklenia ostatnich zdań tej perykopy pozwalają sobie na nieco redukujące określenie: „Przypowieść o starszym synu”, lub nieco pełniejsze: „O dwóch synach”. Z kolei o. Wojciech Giertych OP poszerzył nie tak dawno interpretację tego fragmentu o Syna najstarszego. Wspomniane tendencje interpretacyjne można pogodzić tylko w jeden sposób: dostrzegając za wydarzeniami opisanymi przez Jezusa całą Rodzinę – pewną określoną wspólnotę, w której dokonują się procesy podziałów i odejść oraz przebaczenia i pojednania.
W tym duchu przyjrzyjmy się medytacyjnie interesującemu nas fragmentowi, dzieląc swoją modlitwę na kolejne dni lub przeznaczając na to jednorazowo dłuższą ilość czasu. Jak zawsze niech przyświeca nam zasada: „Ty jesteś tym człowiekiem” (2 Sm 12,7).

Pewien człowiek miał dwóch synów…
 
W tej oto rodzinie ty też przyszedłeś na świat, wzrastałeś, wychowałeś się. Dopóki byłeś mały, Ojciec dawał ci wszystko, czego zapragnąłeś. Wydawało ci się to naturalne. Siadałeś Mu na kolana, składałeś grzecznie rączki przy pacierzu. Niczego ci nie brakowało.
 
Ale rozwijałeś się, dochodziły do głosu różne twoje zdolności, poznawałeś nowe obszary życia. Stopniowo dochodziło do ciebie to, że nie wszyscy są równi. Oto według wschodnich zwyczajów, twój dom, wszystko, co cię otaczało, całość majątku przejmie twój starszy brat. Ty zawsze będziesz młodszy, zawsze drugi, zawsze ostatni. Już teraz był silniejszy, potrafił szybciej i więcej zrobić, częściej go chwalono, dawano ci za przykład.
 
Zobaczyłeś też, że poza domem istnieje inny świat, że można żyć nie tylko tak, jak pouczał Ojciec, i że takie życie może być dość ciekawe, dostarcza nieznanych dotąd doznań. Zacząłeś pozwalać sobie na małe odskoki w bok. Ojciec był taki sam jak zawsze. Tutaj zawsze miałeś szanse na coś nowego, ekscytującego. Wprawiać się do ciężkiej pracy? Gospodarka to nie na dzisiejsze czasy. Zresztą, bez względu na to, ile byś harował, i tak nie zostałbyś dziedzicem, spadkobiercą. Wreszcie dojrzała ostateczna decyzja:
 
Daj mi część majątku, która na mnie przypada!
 
Zażądałeś tego, co ci się należało, i odszedłeś na stałe tam, dokąd mogłeś się dotychczas tylko wymykać. Nie straciłeś nic, bo oto miałeś wszystko, co nowe, i to, co mogłeś zawłaszczyć ze starego. Poszedłeś wreszcie całkowicie własną drogą, całkowicie niezależny, całkowicie zależny tylko od siebie. Robiłeś, co chciałeś. O Ojcu zapomniałeś, a nawet starałeś się zapomnieć, aby wspomnienia nie psuły ci smaku teraźniejszości. Ludzie cię lubili, otaczali cię wokoło, ich towarzystwo dawało ci szczęście w jego różnorakich odmianach. Każdy dzień to odkrywanie nowego rodzaju przyjemności i nasycanie się nimi do upadłego. Żyłeś sobą i tym, co dla ciebie przyjemne. A miłość ojcowska? – A co to daje? Tu jest prawdziwe życie.
Jednak wszystko, co miłe, nie trwa wiecznie. Wszystko ma swój czas i swój koniec. Z początku kac – kac fizyczny, kac psychiczny, kac moralny - był tylko przelotnym, nieprzyjemnym uczuciem. Łatwo było o nim zapomnieć. Jednakże z upływem czasu coraz trudniej udawało się go przezwyciężać. W końcu pojawiał się nawet w czasie zdawałoby się - jeśli patrzeć na to od zewnątrz - wspaniałej zabawy. Słabły siły, brakowało pieniędzy, towarzystwo zaczynało się przerzedzać. Koniec okazał się trudny do przewidzenia. Przyszło na to, że…
 
…pasł świnie
 
On - syn takiego Ojca, prawowierny Izraelita z dziada pradziada, do niedawna król każdego towarzystwa – pasł świnie. A skąd niby miał brać pieniądze na życie? Nic nie umiał, niczego konkretnego do tej pory się nie nauczył i nie bardzo jeszcze wierzył, że bessa mogłaby potrwać długo. Najął się na pastucha, aby przeczekać najgorsze. Czekał. Na co? Na jakiś cud?
Czas jednak dłużył się niemiłosiernie. Nic się praktycznie nie zmieniało. Tylko świnie były coraz potężniejsze, a on niknął w oczach. Zaczęły wracać wspomnienia. Zaczynał porównywać dwie sytuacje. Dom rodzinny, czas dzieciństwa i młodości, kolana i ramiona Ojca, sytuację najmniej ważnego służącego i własną teraźniejszość. Na oczach, na oczach jego wyobraźni rosła coraz większa przepaść między tymi dwoma rzeczywistościami. Przepaść była nie do przekroczenia. Zerwał świadomie z tamtym życiem. Łatwo zrezygnował z bliskości Ojca, z braterskiej opieki i wsparcia, z całej reszty majątku, która przecież do niego nie należała. Przeszłość, która nie wróci. Ale gdyby tam pasł trzodę, byłoby mu lepiej niż tutaj. Z drugiej strony wstyd, lęk przed odrzuceniem: rozum przestrzegał przed choćby cieniem nadziei na poprawę obecnego losu. I nie rozum podpowiedział nową decyzję:
 
Zabiorę się i pójdę do mego Ojca
 
Jako ostatniemu ze sług w domu Ojca będzie mi lepiej niż teraz tutaj.
 
Droga nie była łatwa. Kto to powiedział, że każdy powrót jest krótszy i szybciej mija. W jego przypadku było odwrotnie. Wtedy, przed laty, wyrwał się jak na skrzydłach. Teraz wlókł się noga za nogą. No bo, jakim prawem. Pewnie poszczują go psami. Nikt go nie pozna, minęły lata. Nikt się go już nie spodziewa. Bo i dlaczego?
 
Czas ma jednak swoje prawa, dystans się kurczył, a dom zbliżał się nieubłaganie.

Gdy był jeszcze daleko…
 
Gdy myśli, krążące po jego głowie były coraz czarniejsze, ujrzał go Ojciec. Skąd się wziął na drodze w tej właśnie chwili. Czyżby wychodził w tym kierunku codziennie? Dlaczego tak biegnie? Chce go zatrzymać, aby nawet nie mógł przekroczyć progu domu? Co krzyczy do pracujących na polu? Czemu na niego patrzą? Czemu idą za Ojcem? Będą go odganiać? Nic. Trudno. Muszę Mu jednak powiedzieć:
 
Zgrzeszyłem
 
Potem niech się dzieje, co chce. Zawrócę. Może jeszcze nie znaleźli nowego pastucha. Nikt się nie kwapi do takiej pracy.
Pada na kolana. Nic do niego nie dociera. Boi się razów, boi się słów. Musi jednak to powiedzieć: „Ojcze, zgrzeszyłem przeciw Bogu i względem Ciebie. Już nie jestem godzien nazywać się Twoim synem”. Emocje opadają, zaraz chyba padnie na ziemię. Ale nie. Teraz dopiero przychodzi świadomość, że Ojciec jakby go nie słuchał. Już do jakiegoś czasu trzymał go w ramionach i całował. I mówił coś… No, właśnie. Powiedział:

Ubierzcie go w najlepszą szatę!
 
A potem jeszcze coś o pierścieniu i sandałach. I o cielęciu, i o uczcie. Chyba postradał zmysły. Czyżby nic nie pamiętał? Nie! Pamięta doskonale. Pamięta, że przepadł bez wieści, że właściwie jeszcze przed odejściem był dla rodziny jak ktoś zmarły – daleki, zimny, niedostępny. Ale to nie są wymówki. To jest miara radości. Radość Ojca z jego powrotu jest tak wielka, jak odległość dzieląca śmierć i życie.
 
Widać, że Ojciec najchętniej by zapomniał o tych latach oddalenia. Chce, żeby znów było jak dawniej. Jego pełnoprawny syn, w przysługującej jego synowskiej godności szacie, sandałach i pierścieniu.
 
Tak. Dla Ojca jest to może powrót do tego, co było dawniej. Dla niego, nie. Nie chce, żeby było jak dawniej. Nie chce nawet w najmniejszej mierze podwójnego życia – trochę w domu, trochę poza domem. Chce pełnego życia w domu, blisko Ojca. Nawet gdyby za chwilę kazano mu iść spać ze sługami. Nic się nie liczy tak naprawdę, tylko to, że jest w domu, u siebie, w Rodzinie.
 
Tymczasem starszy syn…
 
Starszy syn, tak jak to miał w zwyczaju od wielu już lat, do późna przebywał na polu. Trzeba było tylu rzeczy doglądnąć. Zresztą, jak się czegoś samemu nie zrobi, to nikt tak tego nie zrobi. Kiedy jednak wreszcie zakończył to, co miał zaplanowane na ten dzień, powoli zaczął zmierzać do domu, przepatrując jeszcze po drodze to i owo. Nagle coś zwróciło jego uwagę. Muzyka? Tańce? W jego domu? W tym domu, który był od lat jakby domem żałoby. Co się stało? Zanim odpowiednio zareaguje, lepiej się wypytać.
 
Takich wieści jednak nie mógł przewidzieć. Wszystko, tylko nie to. Ten łajdak, rozpustnik, nierób pierwszej wody wrócił? Jakim prawem? Co za bezczelność? I Ojciec wyprawił ucztę na przywitanie? O, nie. Dopóki tamten będzie w domu, jego noga tam nie postanie. Niech Ojciec wybiera pomiędzy nimi.
 
Ojciec jednak nie chciał wybierać. Zaczął tłumaczyć, że nigdy nie robił i nie ma zamiaru robić między nimi różnicy:
 
Ty zawsze jesteś przy mnie
 
Młodszy, pomimo upływu lat, zawsze był mniej dojrzały od Ciebie. Nie rozumiał wszystkiego, tak jak ty. Musiał się, w przeciwieństwie do ciebie, uczyć na własnych błędach. Gdybyśmy go zatrzymali na siłę, czułby się jak w więzieniu – nigdy by nas naprawdę nie pokochał.
 
Ależ, Ojcze, zmarnował wszystko. Będzie marnował dalej. Odrzucił Ciebie i mnie, a Ty mu dałeś dziś więcej niż mnie kiedykolwiek. Tak być nie może. Że też na coś takiego nam przyszło.
 
Mój drogi, nie muszę ci czegoś dawać tak hucznie, bo wszystko dałem ci od początku. Wiesz dobrze, że wszystko moje należy do ciebie. Czyżbyś tego nie widział? Czyżbyś i ty uważał, że to ci się i tak należało? Czyżbyś i ty nie dostrzegał mojej miłości? Byłeś przy mnie, ale tylko formalnie, zewnętrznie? Czekałeś na jeszcze więcej – gdy miałeś już wszystko w zasięgu ręki? Może i ty powinieneś wrócić do domu, którego niby nigdy nie opuściłeś? Może i ty potrzebujesz po latach odkryć na nowo moją prawdziwą miłość?
 
Popatrz, mamy szansę stworzyć na nowo taką Rodzinę, jaką nie była nawet wtedy, gdy całe lata mieszkaliśmy razem. Spójrz na to moimi oczyma. Przebacz bratu i pojednaj się z nim, a otrzymasz coś więcej niż małe koźlę dla chwilowej uciechy. Otrzymasz coś więcej niż kiedykolwiek dotąd. Ja przebaczyłem mu już wtedy, gdy odchodził. Czekałem tylko, aby zrozumiał, aby dojrzał, aby powrócił, aby wreszcie prawdziwie pokochał. Zresztą, pamiętasz mój…

…Syn pierworodny
 
– Jeszua. Gdy dorastaliście, był poza domem. Jeździł i załatwiał wszystko w moim imieniu. Gdy przyjeżdżał, siadaliście koło Niego i słuchaliście opowieści o jego spotkaniach, rozmowach, czynach, staraniach. Był dla was zawsze wzorem, ale i prawdziwym bratem, i prawdziwym przyjacielem.
 
Bardzo ciężko przeżył odejście najmłodszego. Zaraz przyjechał, ale było już za późno. Starannie zacierał za sobą ślady. Nie życzył sobie naszych interwencji. Jeszua nie dał za wygraną. Trochę zeszło zanim go odszukał. Próbował przemówić mu do sumienia. Ale wtedy nic jeszcze do niego nie docierało. Koledzy szybko zorientowali się, czym grozi zdecydowanie i konsekwencja Jeszuy. Nie mogli dopuścić do utraty fundatora ich lekkiego życia. Zaczaili się w zaułku, pobili, a jeden z nich wbił Mu coś ostrego w bok i przebił serce. Niektórzy mówili, że już wtedy był nieprzytomny, a może nawet już nie żył. Sługa przywiózł Go do domu. Najmłodszy podobno przez długi czas nic o tym nie wiedział. Dopiero niedawno, ktoś w złości mu wygarnął, co się stało z Jeszuą i że to była jego wina. Ta wiadomość doprowadziła go do takiego stanu, z którego nie było już wyjścia, tylko potępienie, albo powrót.
 
Ależ, Ojcze, czy możemy mu wierzyć? Czy historia się nie powtórzy? Czy znów nie nadużyje naszego zaufania? Przecież i wcześniej znikał z domu na jakiś czas, a potem powracał, aby nabrać sił do dalszej hulanki.
 
Mój drogi, pewni być nie możemy. Żyjmy jednak nadzieją. On jest dla Mnie ważniejszy niż wszystko, co robił, i co może jeszcze zrobić. Jeśli my mu nie uwierzymy, to, na kogo może liczyć? Wiele przeszedł. Na pewno ma dobre chęci. Trzeba mu tylko podać rękę, pomóc mu. Wejdź do domu – rozmawia z nim teraz…
 
…Matka
 
Nikt o Niej dotąd nie wspomniał. Jak to na Wschodzie: potrzebna i ważna, jak na całym świecie, ale specjalnie nie dostrzegana, kryjąca się w cieniu, dyskretnie interweniująca w bieg codziennego życia. Też kochała, też cierpiała, też czekała, też się cieszyła. A teraz odpowiadała na zwierzenia najmłodszego, który wyjawił przed nią lęk: Jak to będzie? Lęk, czy nie zawiedzie, czy znów nie wybierze złudnej „wolności”, czy da sobie radę w codziennej domowej pracy i obowiązkach? Nigdy nie był w tym sprawny.
 
Mój kochany, najmłodszy synu. Dam ci radę na ten wieczór i na każdy następny. Jeśli nie chcesz znowu zejść na manowce, zaufaj przede wszystkim Ojcu. Już dzisiaj musisz…
 
…usiąść i porozmawiać
 
…z Nim. Powiedz Mu o wszystkim. O tym, że się boisz, że nie jesteś pewny siebie samego. Że masz dobre chęci, ale to zapewne nie wystarczy. On ci doradzi. On ci potem pomoże. On doda ci sił, gdy zauważy, że ustajesz w codziennym trudzie. I tak czyń zawsze. Nie tylko dzisiaj. Każdego dnia wieczorem, gdy wrócisz z pola do domu, usiądź z Nim i rozmawiaj. Rozmawiaj, dopóki nie wróci nadzieja, że następny dzień będzie jeszcze lepszy od poprzedniego.
 
Dobrze, Matko, zaraz pójdę porozmawiać z Ojcem. Nigdy nie miałem tego zwyczaju, ale od dziś będzie inaczej. Przypomnij mi w razie potrzeby. A rano – jakoś dziwnie się na to cieszę, jak nigdy dotąd – będę chciał…
 
…wziąć motykę i iść w pole
 
A ty: Kim jesteś, gdzie jesteś i dokąd zmierzasz?
 
ks. Marek Pieńkowski
Zeszyty Formacji Duchowej nr 14/2000
 
Zobacz także
Kazimierz Trojan SJ
W miarę dojrzewania, gdy człowiek staje się bardziej świadomy wartości, przezwycięża poczucie zobowiązania i działa nie tyle pod przymusem (nawet wewnętrznym), co raczej w sposób bardziej świadomy i wolny. Takiemu „przekraczaniu”, stawaniu się kowalem własnego losu może towarzyszyć jakieś nieokreślone poczucie winy wynikające z faktu „łamania dotychczasowego prawa”, prawa które dotychczas było jedynym odnośnikiem dla konieczności takiego a nie innego postępowania.
 
Jim McManus CSsR, Stephanie Thornton
Większość ludzi (chociaż nie wszyscy) w końcu potrafi przeboleć krzywdę – tracą zainteresowanie zemstą i przechodzą do innych, teraźniejszych spraw. Proces ten ma swój naturalny rytm, etapy, różnie nazywane w literaturze fachowej, ale wymieniane mniej więcej w tej samej kolejności...
 
 
Karol Madaj
Z uwagi na występujące w tekście opisy brutalnych scen przemocy proszę, by tego artykułu nie czytały osoby poniżej osiemnastego roku życia. Osobom dorosłym o słabszych nerwach również zalecam ominięcie tego tekstu... …Napastnicy nie chcieli go słuchać. Wtedy mąż wziął swoją konkubinę i wyprowadził ją im na zewnątrz. Napastnicy przez całą noc gwałcili ją i dręczyli aż do rana...
 
 

ISMCH

___________________
 
 reklama