logo
Piątek, 15 grudnia 2017 r.
imieniny:
Celiny, Ireneusza, Ninony, Niny, Waleriana – wyślij kartkę
Szukaj w
 
Posłuchaj Radyjka
kanał czerwony
kanał zielony
 
 
Facebook
 
Drukuj
A
A
A
 
Urszula Pękala
Posłuszeństwo wyzwala
eSPe
 


Z o. Tadeuszem Florkiem OCD, wychowawcą kleryków w Wyższym Seminarium Duchownych OO. Karmelitów Bosych w Krakowie i odpowiedzialnym za Ośrodek Konsultacyjno-Formacyjny przy Karmelitańskim Instytucie Duchowości, rozmawia Urszula Pękala.
 
Życie radami ewangelicznymi, w tym radą posłuszeństwa, kojarzy się nam zazwyczaj z życiem zakonnym. Czy jednak rady ewangeliczne nie są wezwaniem dla wszystkich chrześcijan?
 
Trzeba powiedzieć, że nie wszyscy chrześcijanie są powołani, aby żyć radykalnie radami ewangelicznymi. Świecki chrześcijanin też jest wezwany do życia radami ewangelicznymi, lecz zachowuje zupełną autonomię co do decydowania o kształcie swojego życia, o zawodzie, miejscu pracy, czy zamieszkania, planowania czasu. Zakonnik rezygnuje z tego poprzez świadome i dobrowolne złożenie ślubów zakonnych.
 
Na czym polega różnica między posłuszeństwem zakonnika a każdego innego chrześcijanina?
 
W przypadku osoby zakonnej posłuszeństwo dotyczy całego stylu życia i oznacza poddanie się woli przełożonego, który decyduje. Zakonnik poprzez formę swojego życia ma odwzorować, na ile to możliwe, ziemski styl życia Chrystusa, który był posłuszny Ojcu we wszystkim. Życie Jezusa nie dzieliło się na publiczne i prywatne. On cały był dla misji i całkowicie podporządkował swoje życie nie swoim sprawom, ale sprawom Drugiego – Ojca. Na wzór Chrystusa posłuszeństwo zakonnika jest totalne, to znaczy obejmuje każdy aspekt życia. Na przykład zakonnik podporządkowuje się woli przełożonych odnośnie miejsca posługiwania, zakresu posługiwania – w zależności od konkretnych potrzeb. Takiego podporządkowania się domaga się potrzeba szerzenia królestwa Bożego, bo to jest cel wszystkiego: iść tam, gdzie – na przykład kierując się tylko przyjemnością – nikt by nie poszedł, czy też przebywać we wspólnocie z takimi osobami, jakich by się samemu nie wybrało, ale się z nimi trwa ze względu na posłuszeństwo.
 
Chciałbym jeszcze dodać, że posłuszeństwo nigdy nie jest jakieś abstrakcyjne, lecz zawsze bardzo konkretne. Jestem posłuszny Bogu, który działa w Kościele i rozeznawanie woli Bożej dokonuje się poprzez pośrednictwo konkretnych ludzi. Czasem jest to trudne do przyjęcia, bo jak kogoś nie lubię, to posłuszeństwo wobec niego bardziej mnie kosztuje.
 
W naszych czasach to dosyć niepopularna wizja życia. Jak wyjaśnia Ojciec młodym zakonnikom, czemu służy posłuszeństwo w życiu zakonnym?
 
Istotą posłuszeństwa zakonnego jest podejmowanie takiego stylu życia, aby każdy, na swój sposób próbował – oczywiście na ile się da, na ile potrafi – odwzorować swą postawą Chrystusa w Jego posłuszeństwie Ojcu. On był zakochany w Ojcu, a jeśli ktoś jest zakochany to spełni każde życzenie osoby, którą kocha. W posłuszeństwie zakonnym też chodzi o bycie posłusznym z miłości, z wyboru, a nie z przymusu, wyłącznie dla zewnętrznej dyscypliny. Zewnętrzna dyscyplina w zakonie, to byłoby zdecydowanie za mało. Tu chodzi o serce – aby ono przez posłuszeństwo zostało przemienione, aby stało się piękne i jeszcze bardziej wolne od własnych, często nieukierunkowanych na ostateczny cel planów.
 
Jeśli mówię młodym zakonnikom o posłuszeństwie, to zachęcam, aby wybierali posłuszeństwo, a nie byli ofiarami posłuszeństwa, gdyż posłuszeństwo trzeba ciągle na nowo wybierać odwołując się do swojej osobistej wolności. Na przykład nie pasuje mi praca z osobami starszymi, ale ze względu na posłuszeństwo chcę wybrać tę pracę i chcę w niej być obecny całym sercem. Tylko takie posłuszeństwo z serca ma sens, bo czyni człowieka w pełni tym, który o sobie decyduje, który jest w stanie wybrać nawet to, co mu nie pasuje. To jest prawdziwa wolność! Człowiek dopiero na tej drodze może odnaleźć swoje szczęście. Właśnie posłuszeństwo, które przeżywa nie jako ograniczenie, ale jako coś, co poszerza jego horyzont, jako spotkanie z Kimś, dostrzega rzeczy, których wcześniej nie widział. W przyjęciu postawy gotowości do zaangażowania w misję, w dobro, wyraża się prawdziwy radykalizm i całościowość posłuszeństwa. Właśnie taką postawę przyjmuje Chrystus, stając się posłusznym aż do śmierci i oddaje się na służbę Ojcu, szukając dobra każdego człowieka. Posłuszeństwo wybrane z serca organizuje całego człowieka – właśnie taki ideał posłuszeństwa chcę przekazać klerykom, aby z pasją i głębokim przekonaniem wybrali i oddali wszystkie swoje energie na rzecz szerzenia na różne sposoby królestwa Bożego. Każdy z nich jest powołany, aby odnaleźć się w tym szerokim i fascynującym horyzoncie: nie chcieć niczego innego, jak tylko tego, żeby cała jego osoba była zaangażowana w służbę prowadzenia ludzi do Boga.
 
Zatem im większa wolność, tym większa gotowość wewnętrzna, tym bardziej człowiek jest zdolny wybrać i z pasją oddać się Bożym planom.
 
Czytając pisma na przykład św. Teresy z Lisieux czy św. Faustyny można odnieść wrażenie, że ślub posłuszeństwa nie pozostawia miejsca na wolność osobistą. Czy rzeczywiście tak jest?
 
Zatrzymam się na Teresie, bo Faustynę znam mniej – a Teresa jest mi bardzo bliska. Samo pytanie zawiera w sobie odpowiedź. Jest to tylko wrażenie! Co to znaczy „wolność osobista”? Chyba kryje się pod tym pewna swawola – robię, co mi się podoba? Dla mnie wolność osobista, to wolność od siebie, czyli moich zniewoleń, którymi nie kieruję ja, ale to one mają nade mną władzę. A Teresa, która była posłuszna w najmniejszych drobiazgach, leciała jak orzeł, z coraz większą wolnością wzbijając się w górę – czego jej zazdroszczę! Ona nie przyjmowała bezmyślnie tego, co jej proponowano; ona była na tyle wolna od siebie samej, że potrafiła wybierać to, co jej nie pasowało i umiała się przebić przez wewnętrzne rozdarcie. Była posłuszna duchem, za którym szło ciało, a nie odwrotnie. Mając taka postawę, nie trzeba nic kombinować, ukrywać, fałszować, udawać, że słucham, podczas gdy sercem jestem daleko. Najgorszą rzeczą jest wewnętrzny podział: jestem posłuszny ciałem, ale wewnętrznie się buntuję. W takiej sytuacji trzeba wejść na drogę dokopywania się do własnej wolności, aby zobaczyć, co ja naprawdę chcę zrobić: czy chcę wybrać to, co mi się proponuje, czy odrzucić? Teresa wybierała całą sobą bez podziału i choć pozornie, na zewnątrz, była ograniczona przez inne siostry, to jej wewnętrzna wolność otwierała w niej olbrzymie przestrzenie, po których poruszała się z całkowitą swobodą, i kochała przez to coraz pełniej i prawdziwie...
 
Kto nie czuje się wolny, kto ma trudności w relacjach, nie jest w stanie podejść do posłuszeństwa jako do czegoś wartościowego, dającego większą wolność. W posłuszeństwie będzie dostrzegał coś, co go ogranicza, nie pozwala robić tego, na co ma ochotę. Dla kogoś, kto kieruje się własnym przyjemnościami, zachciankami, wszystko, co stanie na drodze ich spełnienia, będzie jawić się jako coś, co zabiera czy ogranicza wolność. Natomiast dla człowieka autentycznie wolnego, jak dla Teresy, posłuszeństwo to prawdziwe wyzwolenie.
 
Wybierać to, co się nam proponuje, być posłusznym czyimś poleceniom – to może być czasem bardzo wygodne. Czy posłuszeństwo nie bywa ucieczką od odpowiedzialności za własne życie?
 
Niektórzy rzeczywiście by tak chcieli – trochę uciec przed światem do zakonu, trochę się ukryć i tak egzystować w bezpiecznym miejscu. Z doświadczenia widzę, że na dłuższą metę nie jest to jednak możliwe. Objawi się to zatrzymaniem rozwoju wewnętrznego, poczuciem pustki, a nade wszystko pewnym zgorzknieniem i negatywną wizją świata. Ten, kto nie rozwija siebie i swoich talentów, i nie wykorzystuje ich na rzecz innych, raczej się w zakonie długo nie utrzyma.
 
A zatem w zakonie istnieje możliwość, a nawet potrzeba, rozwijania własnych zdolności i zainteresowań? Kiedy w liceum jeździłam na rekolekcje powołaniowe, nieraz słyszałam, że siostra zakonna po studiach zostaje delegowana do pracy w kuchni lub w zakrystii. Na pytanie, czy to nie marnowanie talentów, czy nie mogłaby być na przykład nauczycielką, słyszałam odpowiedź, że najważniejszym talentem jest powołanie do zakonu, a inne talenty są nieistotne. Jak to jest zdaniem Ojca?
 
Owszem, był taki okres, pamiętam z opowieści starszych ojców, że zdarzało się, iż byli delegowani do klasztoru, czy pracy, której właśnie nie lubili, czy do której się zwyczajnie nie nadawali. Na przykład jeden z zakonników był wyznaczony do katechezy, choć nie miał żadnego talentu do dzieci. W ówczesnej wizji życia zakonnego dominowała tendencja decydowania na przekór zdolnościom i zainteresowaniom. Powodem takich decyzji był nacisk, jaki się kładło na uwolnienie się od siebie i swoich zainteresowań, na ćwiczenie woli, aby w ten sposób radykalnie odczuć, czym jest zakonne posłuszeństwo. W dzisiejszym podejściu staramy się bardziej wprzęgać zdolności i zainteresowania poszczególnych zakonników w szerzenie królestwa Bożego. Chodzi o jak najpełniejsze wykorzystanie tego, w co każdy został wyposażony. I tu oczywiście istnieje możliwość rozwoju własnych talentów. Jednak zwracamy uwagę również na to, w jakim stopniu będą one mogły być wykorzystane w naszym posługiwaniu. Jeśli ktoś będzie chciał rozwijać talent muzyczny i ćwiczyć śpiew operowy, poświęcać temu wiele czasu, to oczywiście jest to możliwe, ale czy będzie to w pełni przydatne i wykorzystane w posłudze na rzecz szerzenia królestwa Bożego? Sprawa jest dyskusyjna. Konkretnym kryterium są tu też bieżące potrzeby. Zatem różne talenty rozwija się w zależności od potrzeb i na pewno nie wkłada się ich celowo do lamusa. Życie powoduje, że jedne z nich się bardziej rozwiną, inne zostaną w zalążku, a inne nie wybrzmią... To tak, jak w życiu zawodowym, gdzie też różnie bywa – sytuacja sprzyja lub nie, rozwojowi osobistych talentów. Jednak zawsze na pierwszym miejscu pozostaje kryterium całkowitego oddania się sprawom królestwa niebieskiego. Dlatego unika się takiego rozwijania zainteresowań, które może osobę osłabić w oddaniu się pełnieniu woli Bożej.
 
Na ile zakonnik postrzega wolę przełożonych jako wolę Bożą? Czy można w ogóle mówić o takiej zależności?
 
Przede wszystkim wszyscy w zakonie wezwani są do posłuszeństwa Bogu, także przełożeni. Posłuszeństwo zakonne daje im jednak szczególną rolę w prowadzeniu wspólnoty, czy też poszczególnych zakonników, do odczytywania woli Bożej. Zakonnicy przyjmują w tym duchu pośrednictwo przełożonych. Nie znaczy to, że wszystko, co powie przełożony, jest bezpośrednio od Boga. Przełożony może się mylić. Jednak także wtedy zakonnik wezwany jest do posłuszeństwa. Św. Augustyn mówi, że ten, kto słucha przełożonego nie pobłądzi – nie dlatego, że przełożony zawsze będzie wiedział jaka jest wola Boża, ale dlatego, że wolą Bożą jest, aby słuchać przełożonego; słuchając, wypełni wolę Bożą. Istnieje niewiele przypadków, w których nie należałoby usłuchać przełożonego – gdyby nakazywał coś sprzecznego z Ewangelią, czy charyzmatem zakonu, albo też wskutek wypełnienia jego polecenia w sposób pewny nastąpiłoby jakieś wielkie zło.
 
Odczytywać wolę Bożą przez pośrednictwo przełożonych – to zakłada pewną relację zaufania. Jaką rolę odgrywa ono w stosunkach między zakonnikiem a przełożonym, formatorem?
 
Myślę, że im większe wzajemnie zaufanie, im głębsza relacja miedzy zakonnikiem a przełożonym, tym łatwiej być posłusznym. Posłuszeństwo zakonne, choć jest nadprzyrodzone, realizuje się przez pośrednictwo konkretnego człowieka Zrozumienie i szacunek na poziomie ludzkim są zawsze z pożytkiem dla spraw Bożych. Ja moje relacje z braćmi, będącymi na etapie formacji, staram się opierać na wzajemnym zaufaniu i wolności. Taka dobra atmosfera bardzo sprzyja autentyczności we wspólnym życiu i dodaje odwagi, aby przyznawać się do własnych słabości, z tą świadomością, że można być przyjętym takim, jakim się jest, bez udawania. Oczywiście wolności i zaufania można zawsze nadużyć poprzez nieposłuszne zachowanie, ale to też jest ludzka sprawa, z którą się zmagamy.
 
A jak Ojciec przeżywa ślub posłuszeństwa – jako obowiązek, obciążenie, ograniczenie, czy jako radość, wzrastanie w wolności...?
 
Wszystko po trochę. Czasem posłuszeństwo bardzo mnie kosztuje, czuję, że często domaga się ode mnie przekraczania siebie samego. Ale już się nauczyłem, że dzięki posłuszeństwu nie gubię właściwego kierunku, lecz stale rozeznaję i przyglądam się sobie samemu i Jezusowi, który umiał całym sobą być posłusznym i głosić królestwo Boże. Na takiej drodze doświadczam przemiany mojego myślenia, mojego serca, odczuwania, co prowadzi mnie do coraz większej miłości. W takim twórczym przeżywaniu posłuszeństwa odkrywam sens mojej drogi, która – jak ufam – prowadzi mnie do zjednoczenia z Bogiem. 

Rozmawiała Urszula Pękala

eSPe nr 93/2011
 
 

ISMCH

___________________
 
 reklama