logo
Poniedziałek, 24 kwietnia 2017 r.
imieniny:
Bony, Horacji, Jerzego, Fidelisa, Grzegorza – wyślij kartkę
Szukaj w
 
Posłuchaj Radyjka
kanał czerwony
kanał zielony
 
 
Facebook
 
Drukuj
A
A
A
 
Jacek Ponikiewski
Religia a logika
materiał własny
 


Zwyczajny kult

Czy można być osobą głęboko wierzącą i wyznawcą rozumu, jednocześnie? Wydaje się, że tak. Religia bowiem w żaden sposób nie stoi w opozycji do logiki oraz rozumu, jeżeli zachowuje się pewne reguły. 

Nauka lubuje się w kulcie, a więc części obrzędowej, mającej konotacje z systemem religijnym, ale nie z rozumem. Kultem może stać się zatem sama nauka, traktowana jako jedyna i najwyższa wyrocznia, która mimo braku argumentów neguje coś, gdyż nie jest to zjawisko stricte naukowe. Z drugiej strony opiewanie rozumu, jako wartości samej w sobie, wartości nadrzędnej, jest również formą kultu. Obecnie wielu ludzi, którzy uznają siebie za osoby rozumne, w rzeczywistości są wyznawcami jakiejś wiary. Dajmy na to, ateizm posługuje się narzędziami empirycznymi, więc siłą rzeczy nie może badać materii metafizycznej. Nie jest zatem w stanie uznać, czy czegoś "niema", a jedynie, czy coś "jest"., bo do tego ograniczają się jego narzędzia. Jednak często prominentni uczeni nie mając wytłumaczenia jakiegoś zjawiska (np. Cud w Sokółce), w ostatecznym ruchu bezradności, stwierdzają tylko, iż mamy XXI wiek (patrz. wiek nauki). Jest to zwyczajny kult.

Człowiek jako półbóg

Żyjemy w czasach, w których nauka jest tworem centrycznym i egocentrycznym względem innych kultur, kultur nienaukowych, nie wyrosłych na pooświeceniowym nurcie. Sama zaś geneza naszej kultury nauki, wywodząca się od Kartezjusza i słynnego stwierdzenia: "Myślę, więc jestem", sprowadza wszystko "co jest" do człowieka i jego rozumu. Rozum stał się jedyną i niemalże apriorystyczną istotą odwoławczą, której warto słuchać i która posiadać może prawdę o rzeczywistości. Widać więc, że współczesna kultura nauki jest także antropocentryczna, ponieważ w centrum mieści człowieka, a dokładniej jego rozum. Wniosek jest prosty: Dzisiejszy kult nauki, jest tak naprawdę kultem rozumu, czyli nas samych – człowieka jako półboga.

Religia niestety również popełnia pewien błąd, błąd z lubością wytykany przez osoby rozumne w pozytywnym znaczeniu tego słowa. Co gorsza, nie stara się nawet tego podejścia zmienić.

Trzeba zacząć od tego, czym jest złoty środek, a więc miejscem, w którym zarówno rozum jak i religia mogą żyć obok siebie. Tym miejscem jest tolerancja, ale proszę tutaj bardzo uważać. Nie chodzi bowiem o tolerancję w dzisiejszym rozumieniu. W rzeczywistości termin ten ma zupełnie inne znaczenie od tego, z jakim mamy obecnie do czynienia. 

Wybitny skądinąd logik i uczeń Henryka Elzenberga, prof. Bogusław Wolniewicz, zauważa w swojej książce Filozofia i Wartości I, iż tolerancję można wyrazić quasi-matematycznie, używając równania: A = D*R, i o tym będzie więcej w dalszej części.

Granica fanatyzmu

Religia niestety przechodzi granicę fanatyzmu i błędnym będzie tutaj przypisywanie temu terminowi słownikowego rozumienia, ponieważ jest ono niewspółmiernie ostre, a tym czasem fanatyzm to pojęcie niewyraźne i nieostre (idąc za Leibnizem). Pojęciem wyraźnym i jasnym, można nazwać pojęcie "bezdomny". Z łatwością możemy przecież wskazać osobę bezdomną. Inaczej jest z pojęciem "szczęśliwy". Ciężko jest nam w istocie powiedzieć z wielką dozą pewności, która osoba jest szczęśliwa. Jest to pojęcie niewyraźne i niejasne. Samo powyższe pojęcie daje się również poddać procesowi stopniowalności. Podobnie jest z "fanatykiem". Takim człowiekiem może być zarówno człowiek, który uznaje islam za sprawę ważniejszą od życia swojego i innych, jak i człowiek, który uznaje nadrzędność leśnego zagajnika nad życiem ludności w pobliskim miasteczku, nękanej wypadkami spowodowanymi przez sznury przelewających się ciężarówek. Fanatykiem jest również osoba, nie potrafiąca przyznać, że ktoś może mieć na celu inne dobro, jakie wymaga dyskusji i zastanowienia, albo że jej wartości mogą być wyższe od naszych, gdy zachodzi pewna sytuacja.

W religii katolickiej i grupach laickich, fanatyzm ma różne oblicza. Jednym z nich jest fanatyzm abolicjonistów. Są to zawsze dwie frakcje: religijna i antyreligijna. Pierwsza głosi, że kara śmierci jest bezbożna i kieruje się świętością życia, lecz nie chce przy tym uznać, że istnieje jakieś inne dobro, dobro może równie ważne w pewnych, konkretnych sytuacjach (np. sprawiedliwość). Ten fanatyzm opiera się zatem na tym, iż jedynie słuszną drogą jest nieodbieranie życia, a najwyższym celem jest dobro. Oczywiście nikt nie zastanawia się, czy przypadkiem ta droga nie zaprowadzi nas do innego punktu, gdzie dobro nie triumfuje. Druga grupa nie ma na wokandzie świętości życia, bo równocześnie głosi potrzebę wprowadzenia aborcji i eutanazji. Tutaj w ogóle już nie wiadomo, co jest celem, a co jest drogą. To nielogiczny chaos, a ludzi tych można określić mianem "nierozumnych". 

A = D*R, czyli wzór na tolerancję

Teraz określmy sobie zaangażowanie, jako A. Wagę dobra, do którego dążymy, jako D. Siłę naszych racji, oznaczmy literą R. Tolerancję można więc wyrazić w ten sposób: A=D*R. Fanatyk nie posiada proporcjonalności do czynnika D i R. Swoje racje uważa za najważniejsze i jedyne, a wagę dobra, jakie chce osiągnąć, za wagę priorytetową. Nie zauważa tego, iż droga może zaprowadzić go do miejsca innego niż sobie życzył, a to do czego dążył, okaże się w ostatecznym rozrachunku zupełnie czymś innym.

Proporcjonalność jest rzeczą bardzo ważną, jeżeli nie chcemy stać się ludźmi nierozumnymi. Nie możemy kierować się zasadą, że nasza droga i cel to niepodważalne priorytety. Możemy się nagle obudzić w świecie, z jakim walczyliśmy (pewnie stąd powiedzenie, że piekło wybrukowane jest dobrymi chęciami).

Dobry kompromis nikogo nie zadowala

Na przykładzie przeciwników kary śmierci można dokładnie opisać, o co w istocie chodzi. Badania stanowe w USA (nie te robione przez grupy ideologiczne, które chcą potwierdzić swoje teorie), dotyczące zmniejszenia się stopnia zabójstw po wprowadzeniu kary śmierci, pokazują jasno, że z momentem obowiązywania kary najwyższej liczba zabójstw spada. Statystycznie w stanie Teksas jedna wykonana kara śmierci, przeciwdziała siedmiu zabójstwom. Fanatykowi to nie wystarczy. Jego dobro będzie najwyższe. Jednak człowiek rozumny, stwierdzi, iż na tle tych badań można zawrzeć kompromis. Polegałby on na tym, że proces każdego zabójcy prowadzić może tylko sędzia o nienagannej opinii, a całość nadzoruje inny organ, czy instytucja. W dodatku, kara śmierci obowiązuje jedynie w sytuacjach specjalnych. Nie można wtedy skazać na karę ostateczną kobiety, która w obronie własnej zabiła swojego męża - sadystę. Patrząc na możliwość uratowania ludzkich istnień (a przecież życie jest święte, choć w prawdzie święte powinno być tylko to niewinne), trzeba uznać ten kompromis. A dobry kompromis ma to do siebie, że nikogo nie zadowala, ale jest najmniejszym złem.

Obydwie strony powinny przypomnieć sobie starą anegdotę o mądrym rabinie, który powiedział: "Jeżeli ktoś mówi, że nie wie, co należy zrobić, to jest to człowiek poczciwy. Jeżeli ktoś mówi, że chyba wie, ale nie jest pewien i chce o tym podyskutować, to jest to człowiek bardzo mądry i roztropny. Jeżeli ktoś mówi, że doskonale wie, co należy zrobić i wie w dodatku jak, to jest to kłamca i człek niebezpieczny".

Jacek Ponikiewski

 
Zobacz także
ks. Józef Kmieć SDS
Każdy człowiek w coś wierzy, czy jest więc możliwy ateizm, może ludziom się tylko wydaje, że są ateistami?
 
o. Mateusz Hinc OFMCap
Nasze czasy charakteryzuje nie tylko zabieganie, niepewność jutra, ale i spore pomieszanie w rozumieniu wiary i jej praktycznego stosowania w życiu. Jednym z widocznych tego przykładów jest pytanie o troskę o siebie: Czy chrześcijanin, dobry chrześcijanin, może troszczyć się o siebie? Czy troska o siebie nie jest przejawem egoizmu? Nie ma na nie prostej odpowiedzi. Jednak możemy niektóre kwestie wyjaśnić, a przy okazji dobrze, po chrześcijańsku, zacząć kształtować pełną odpowiedzialność za wszystkie dary, jakimi Pan nas obdarzył. 
 
Agnieszka Słowik
Wielokrotnie przez kilka dni usiłowałam się dodzwonić. Brak jakiegokolwiek kontaktu. Nie traciłam wiary. Wiedziałam, że na ulicy Sánchez Cerro mam wsiąść w autobus jadący do Sechura, ok. półtorej godziny drogi na południe od Piura, tam wysiąść na targu i kierować się w stronę rynku, a potem na pl. Jana Pawła II. Dotarłam. Przeczytałam tabliczkę: Zadzwoń. Bezskutecznie szukałam przycisku dzwonka, trzeba było pociągnąć za sznur, raz, drugi... W końcu otworzyło się maleńkie okno w drzwiach, na których widniał napis: sprzedajemy patyki na opał...
 
 
___________________
 
 reklama