logo
Piątek, 15 grudnia 2017 r.
imieniny:
Celiny, Ireneusza, Ninony, Niny, Waleriana – wyślij kartkę
Szukaj w
 
Posłuchaj Radyjka
kanał czerwony
kanał zielony
 
 
Facebook
 
Drukuj
A
A
A
 
Dorota Korwin-Piotrowska
Ryzyko samotności
Zeszyty Karmelitańskie
 


Dobra, budująca samotność nie powinna być samotnością zupełną, opierać się na poczuciu pustki czy niespełnienia ani na eksponowaniu siebie. Wręcz odwrotnie – wymaga pokory i zaangażowania, stanowi duchowe wyzwanie. 
 
Samotność i tożsamość
 
Samotność jest jak cisza – może zmierzać do ludzi albo od ludzi. Z samotnością, jak z ciszą, czasem trudno się pogodzić, a czasem nie można się bez niej obejść. Poza tym samotność, niczym cisza właśnie, może być po prostu niezauważalnym tłem – jako część egzystencji i zarazem forma komunikacji z samym sobą i światem. Jednak może być także wyróżniającą się na tle codzienności figurą, znakiem domagającym się rozpoznania – gdy zaczyna być dostrzegalna, doskwiera, burzy relacje. Samotność nie ma jednego, obiektywnego wymiaru, bywa warunkiem, ale i zagrożeniem duchowego zdrowia.
 
W potocznym myśleniu samotność często kojarzy się z rezygnacją lub odrzuceniem – kiedy mówimy o kimś, że „mieszka samotnie”, „jest samotny”, „jest sam”, rozumiemy przez to, że coś się stało albo wbrew woli tej osoby, albo z jej winy. Wahamy się więc między współczuciem, nieufnością, podejrzliwością i oskarżeniem. A przecież ze zdania „X jest samotny” można byłoby wyciąć właśnie przymiotnik „samotny”, by uzyskać istotę zjawiska. W samym „jestem”, w byciu sobą, jest samotność. Dodawane zwykle potem słowo – na przykład jestem sportowcem, jestem matką itp. – uzupełnia informację o człowieku, ale podstawą „bycia kimś” jest przede wszystkim bycie samemu, w sensie: bycie taką a nie inną osobą. Tak więc, choć nasza gramatyka tego nie uwzględnia, czasownik „być” jest tak naprawdę zwrotny. Zanim mogę orzec, że jestem kimś, przede wszystkim „jestem się”, tj. jestem sobą.
 
Daleko i blisko od siebie
 
Modne ostatnio pojęcie i zjawisko kulturowe – „bycie singlem”, tj. samotnie funkcjonującą w społeczeństwie, niezależną jednostką, jest w gruncie rzeczy tautologią: single to po angielsku „pojedynczy”, a nie da się przecież inaczej „być”. Oczywiście jest to słowo - maska, które ma zakryć stan niedopasowania, najczęściej ma zastąpić piętnowane dawniej staropanieństwo czy starokawalerstwo lub bycie rozwiedzionym. Unika się w ten sposób także społecznie deprecjonującego słowa „samotny”, sugerując wybór i przynależność do kultury „singli” (zaspokajających swoje pragnienia, dobrze zarabiających, modnie ubranych, zadbanych i aktywnych seksualnie, bez zobowiązań). To skrajne doświadczanie siebie jako jednostki, która jest wartością bez względu na innych i która ma do siebie wyłączne prawo, a jej moralność jest moralnością wyznaczaną przez własną ekspresję. Tak jednak zakrzykuje się samotność. Z jednej strony kultura „singli” może budować pozytywną pewność siebie u samotnych i odrzuconych, z drugiej – czasem zaprzepaszcza szansę stanięcia twarzą w twarz z własną samotnością, z pytaniem o jej sens i wartość. Eksponowanie swojej „pojedynczości” jest więc po trosze efektem psychologicznego wyparcia, próbą bycia ekscentrycznym, aby nie stać się po ludzku, banalnie, ale i w całej złożoności tego zjawiska, samotnym, niezakorzenionym w upragnionym związku czy grupie.
 
Dopiero gdy się stanie przed własną „pojedynczością” jak przed lustrem, gdy postawi się pytanie o egzystencjalną wartość takiego życia i o to, jak ustawia ono relacje z innymi, czy i jak coś buduje w dalszej perspektywie, dopiero wtedy bycie samotnym może być jakąś życiową drogą. Przejście od nazywania własnej samotności w kategoriach mody czy ekonomii (albo też życiowego sukcesu bądź atrakcji) do rzetelnego rozliczenia się ze swoją samotnością, nazwania jej źródeł i właściwości, jest drogą do akceptacji siebie i dojrzałych wyborów. Nierozpoznany czy niezbyt lubiany świat „ja” – własnych lęków, uprzedzeń, upodobań czy emocji, także tych spychanych w nieświadomość – prowadzi do zapełnienia naszej samotności różnymi demonami. A przecież, jak to celnie ujął T. Merton: „Prawdziwa samotność jest domem osoby”. Trzeba zatem uważać, kogo lub co zaprasza się do domu.
 
Podobnie dzieje się w wypadku pozostawania w nieudanych związkach czy tzw. „samotności wśród ludzi”. W ogóle każdy dłuższy, bezpośredni, fizyczny brak drugiej osoby i/lub psychicznego kontaktu jest dla człowieka nieprzygotowanego (a nie wiem, czy istnieją naprawdę przygotowani) dotkliwy, może prowadzić do spustoszenia. Oducza kompromisu i sztuki rozmowy, wyrozumiałości dla siebie i innych, może rodzić oschłość serca lub uczuciowy zamęt i podatność na zranienie, rozwijać nadmiernie lub odbierać poczucie wartości i ważności własnego miejsca i czasu, własnych form zachowania czy wykonywania codziennych czynności. Człowiek samotny cierpi albo na niedostatek wolności, gdyż mu ją w jakiś sposób odebrano bądź ograniczono, albo na jej nadmiar. Często ów niedostatek z nadmiarem się łączy – ludzie sami zasklepiają się w swojej samotności, pozostają bezradni wobec myśli i upływu dni, w męczącym oczekiwaniu na jakąkolwiek odmianę, w poczuciu utraty nie tylko własnej wartości, lecz i życiowego celu. Tymczasem taka wewnętrzna emigracja czy wręcz abnegacja duchowa sprzyja jedynie jałowieniu duszy.
 
Poza wspólnotą
 
Inna kategoria samotnych to środowisko „eksów” – wszystkich, którzy własną radykalną decyzją, nagłym zbiegiem okoliczności czy na skutek wykluczenia znaleźli się poza jakąś wspólnotą: sakramentalną (małżeństwem, kapłaństwem), ale także poza grupą, np. dotychczas niewierzących, wspólnotą trzeźwych albo „wspólnotą” nietrzeźwych, poza środowiskiem niekaranych lub pozostających za murami. To samo dotyczy kręgów przyjacielskich, politycznych czy zawodowych itd. – większość z nas zaznała kiedyś wykluczenia lub zadecydowała o radykalnej zmianie. Sytuacja taka wiąże się z samotnością niechcianą, nieuznawaną za wartość, czasem przez innych napiętnowaną i nadającą jednostce jakiś szczególny, podejrzany status – między ofiarą odrzucenia a słusznie ukaranym, między pokonanym przez ostre prawa i reguły wspólnoty a triumfatorem, który znalazł dla siebie nowe, lepsze rozwiązania. Wreszcie między kimś wolnym, bo niezależnym, a kimś wszędzie obcym, bo niedającym się jasno zaklasyfikować.
 
Samotność z tej perspektywy jawi się przede wszystkim jako doświadczenie wewnętrznego rozdarcia, jest samotnością „wobec” tego, co utracone – podobnie jak żałoba. I jak żałoba domaga się „przepracowania”, wyznaczania kolejnych etapów przejścia, oswajania aktualnej sytuacji i równoczesnego domykania przeszłości. W tym sensie samotność jest pracą z i nad czasem. Dawne obrazy siebie trzeba pochować, być może po to, by przywrócić jeszcze dawniejsze albo by wytworzyć nowe, sprzyjające integracji osobowości w danym momencie. Stanięcie poza wspólnotą powoduje konieczność prześledzenia myślą ponownie całej drogi – od przyczyn wejścia do danego układu, poprzez swoją rolę w nim i typ obranych relacji, po powody znalezienia się, w ten, a nie inny sposób, poza wspólnotą. Odejście skądś jest zawsze pytaniem o sens zmiany, a także – może jeszcze bardziej? o przemiany, jakie zaszły w człowieku od momentu dokonania pierwszego wyboru do chwili podjęcia końcowej decyzji. Powinno być również pytaniem o to, jaki zostawiło się ślad, i o odpowiedzialność wobec świadków „przejścia”, wreszcie o wartości, w imię których to nastąpiło. 
 
Aby samotność mogła służyć jako źródło pozytywnej przemiany, potrzebne jest uświadomienie sobie kilku rzeczy. Po pierwsze, że nasza ocena zdarzeń wynika ze sposobu postrzegania danej sytuacji i rodzaju zaangażowanych emocji. Po drugie, że nasz obraz „ja” jest zależny od tego, jak sami przedstawiamy sobie własną historię. A po trzecie, co najbardziej istotne, że nie mamy obowiązku być wierni wobec dawnego obrazu siebie, za to powinniśmy być wierni wobec wartości, które są dla nas najważniejsze, które są obiektem naszej wiary i szacunku. Kiedy to sobie uświadomimy, wtedy staniemy przed fenomenem odrzucenia jako częścią doświadczania siebie, a samotność stanie się przestrzenią rozpoznania wartości, losu, głosu Boga. Dobrze „przepracowana” samotność – zamiast być nieustającym sądem nad sobą (a często nawet bardziej nad innymi!) – może stać się w końcu samodzielnością. Zaś nieobjęta refleksją i pokorą – pozostanie źródłem ciągłego rozgoryczenia, niszczącej „pychy cierpienia” i pychy „bycia wybranym” do samotności.
 
Destrukcja i wyzwanie
 
Pokazane wyżej w dużym uproszczeniu rodzaje tego zjawiska składają się jednak na jeden typ samotności, którą można by nazwać, przynajmniej na pewnym etapie, „dramatyczną”. Towarzyszą jej bowiem często: zgiełk myśli, napięcie emocjonalne, zmienność uczuć, czynności kompulsywne (tj. obsesyjnie powtarzane, np. porządkowanie czegoś, ciągłe sprawdzanie, powielanie tych samych słów czy gestów, tworzenie codziennych, sztywnych rytuałów) oraz różne nałogi „wynagradzające” poniesione koszty psychiczne, a czasem depresja, złość czy rozpacz. Człowiek samotny albo toczy walkę o wypełnienie jakiejś pustki, albo tej pustce ulega. Zwykle zresztą myli wtedy własną samotność z przedmiotem walki, utożsamiając uczucie pustki czy braku z samotnością, czasem nawet nazywając się w myślach „wybrakowanym”. To samotność destruktywna.
 
Strąceni w samotność mają jednak mimo wszystko, o czym już była mowa wyżej, wyjście, niezależnie od konkretnych życiowych decyzji – jest nim przekształcenie samotności w samodzielność (duchową, emocjonalną, intelektualną, zawodową itd.). Przejście od samotności destruktywnej do takiej, która może być postrzegana jako jedność z samym sobą, odbywa się właśnie tą drogą. Istnieją poza tym kapitalne przykłady „nauczycieli samotności” – zwykłych ludzi, którym udało się znaleźć sposób mentalnego, psychicznego czy fizycznego przekroczenia własnych ograniczeń, przekształcenia samotności, na miarę tego, co w danej sytuacji jest możliwe, w dar dla innych. Zagospodarowują oni – poprzez troskę o innych, modlitwę lub różnorakie działania – pustkę powstałą przez losowe przypadki, np. utratę bliskich, bycie odrzuconym czy chorobę.
 
Jeśli zgodzimy się z pierwotną tezą, że samotność jest podstawowym egzystencjalnym stanem – w końcu wszelkie decyzje, głębokie doznania, fizyczny ból czy wyrzuty sumienia dokonują się w samotności – to problem nie w tym, że samotność jest brakiem, lecz że ten stan jest dla nas z jakiegoś powodu bolesny. Inaczej mówiąc: jeżeli samotność boli, to jest to objaw zaburzonych relacji ze światem. Taka samotność jest chorobą relacji, a nie tylko właściwością „wybrakowanego” człowieka. Ktoś, kto czuje się przez dłuższy czas do głębi, rozpaczliwie samotny, traci potrzebę (bądź umiejętność) budowania nowych związków z otoczeniem, a przez to nie zauważa innych ludzi. Nie dostrzegając innych, sam staje się dla nich niezauważalny, „przezroczysty” lub po prostu zwyczajnie trudny w kontaktach. Tak jak istnieją choroby ciała, tak istnieją choroby przyjaźni, empatii, miłości, bądź troski – w relacjach małżeńskich, rodzicielskich, przyjacielskich, sąsiedzkich i in. Dobra, budująca samotność nie powinna być samotnością zupełną, opierającą się na poczuciu pustki, zasklepienia w sobie czy niespełnienia, ani na eksponowaniu siebie. Wręcz odwrotnie – wymaga pokory i zaangażowania, stanowi duchowe wyzwanie, jest podjęciem życiowego ryzyka.
 
Czytanie własnego obrazu
 
Pięknie o pozytywnym, relacyjnym charakterze samotności „mówi nam” staropolski język – gdy czytamy dawne podpisy pod obrazami, na przykład Święta Anna samotrzeć, czyli „samotrzecia”, tj. sama z dwiema innymi osobami. Można powiedzieć, że każdy zazwyczaj jest w jakiś sposób „samodrugi”, „samotrzeci”, „samoczwarty” itd. Ani całkiem pojedynczy, ani wtopiony we wspólnotę, nawet jeśli stanowi jej część. Jesteśmy nierozerwalnie złączeni z innymi, i to w taki sposób, który jednocześnie eksponuje naszą odrębność i stawia nas w pozycji podrzędnej (drugiego, trzeciego).
 
Bycie „samopierwszym” jest w takim ujęciu po prostu niemożliwe, wewnętrznie sprzeczne, gdyż brakuje niezbędnego układu odniesienia. Chyba że oznaczałoby traktowanie własnej osoby jako kogoś obcego, zagrażającego nam, narzucającego się. I rzeczywiście, część osób tak przeżywa samotność – jako ciągłą, natrętną obecność kogoś, kogo się dobrze zna i kogo ma się już dosyć, z kim spędza się, chcąc nie chcąc, dużo czasu, kogoś, kto się nam niejako narzuca. Bycie samotnym oznacza w takiej sytuacji przymus bycia ze sobą, ze swoimi nawykami, uprzedzeniami, humorami, myślami, nad którymi nie ma się władzy. Człowiek w stanie wewnętrznej dysharmonii staje się wtedy sam dla siebie nie do wytrzymania, nie może uciec od własnego niekończącego się monologu. Bycie „samopierwszym” oznacza więc w gruncie rzeczy brak niezbędnego kontekstu oraz brak dystansu do siebie, co w rezultacie wpływa niszcząco na osobę.
 
A zatem dobrze jest czasem pomyśleć o tym, kto jest obok naszej samotności, dla kogo nasza obecność stanowi niezbędne uzupełnienie.
 
Podpowiedź z Ewangelii
 
Źródłem refleksji nad dobrą samotnością, będącą oddechem i szeptem sumienia, przypominającym o tym, co istotne, jest Ewangelia. Wskazówką są sytuacje, w których Bóg oczekuje od ludzi, aby coś rozstrzygnęli sami przed sobą, w ukryciu, w wewnętrznym skupieniu. Dotyczy to m.in. Zwiastowania, dyskretnego sposobu dawania jałmużny, wyboru między dotychczasowym życiem a zostaniem uczniem Jezusa, albo momentu, gdy Piotr uświadamia sobie, że trzykrotnie zaparł się Chrystusa. W tych chwilach człowiek w wewnętrznej relacji z Bogiem, opartej na wolności, rozstrzyga o czymś, co skutkuje relacjami z innymi ludźmi. Samotność sumienia wobec Boga jest najbardziej intymnym doznaniem każdego człowieka, ale ta samotność nie tylko nie oddziela człowieka od innych, lecz pokazuje możliwość wyjścia poza samego siebie, poza swoje ograniczenia. Bóg więc wzywa do samotności rozumianej jako duchowa cisza, która umożliwia namysł i podjęcie decyzji pogłębiających sens jednostkowego i wspólnotowego bycia. Z punktu widzenia wiary człowiek jest zatem zawsze „samodrugi”, a nawet „samotrzeci”: ja, Bóg, inny człowiek (lub inni ludzie) wyznaczają horyzont jego samotności. 
 
Można zatem powiedzieć, że w ciszy wytworzonej przez pragnienie i modlitwę jest miejsce zarówno na dobrą samotność, duchową samodzielność, jak i na radość spotkania z innym człowiekiem. Natomiast dramatyczny wymiar samotności, jej bezgłośny krzyk, zamienia tę ciszę w brak porozumienia, w ciężkie, pełne napięcia milczenie.
 
Dorota Korwin-Piotrowska
Zeszyty Karmelitańskie, 4/2007
 
 

ISMCH

___________________
 
 reklama