logo
Poniedziałek, 27 lutego 2017 r.
imieniny:
Gabrieli, Liwii, Leonarda, Anastazji – wyślij kartkę
Szukaj w
 
Posłuchaj Radyjka
kanał czerwony
kanał zielony
 
 
Facebook
 
Drukuj
A
A
A
 
Krzysztof Wons SDS
Wybór Jezusa i kontemplacja ewangeliczna
Zeszyty Formacji Duchowej
 


Zażyła więź z Jezusem zakłada pragnienie spotkania Go, poznanie, rozmiłowanie w Jezusie. Ostatecznie jednak ma prowadzić do radykalnego wyboru życia z Nim i dla Niego. Nie wystarczy bowiem pragnąć więzi z Jezusem, nawet jeśli to pragnienie jest w nas bardzo silnie. Jeśli w naszej relacji z Jezusem zatrzymalibyśmy się jedynie na pragnieniach, nasza więź z Nim byłaby tylko pozorna – byłaby iluzją. Pragnienie bowiem łatwo wypełnia się wyobrażeniami. Łatwo jest być hojnym i wielkodusznym w pragnieniach. Niedaleko wtedy do przerodzenia się silnych pragnień w wielkie marzenia [1]. My nie mamy jedynie marzyć o życiu z Jezusem. Mamy z Nim być rzeczywiście. 
 
Jezus wybiera uczniów
 
Otwórzmy Ewangelię św. Marka i zatrzymajmy się w miejscu, w którym opisuje on wybór „Dwunastu” przez Jezusa. Jesteśmy w trzecim rozdziale Ewangelii. Marek z naciskiem podkreśla, że Jezus: „Przywołał do siebie tych, których sam chciał” (Mk 3, 13). Słowo „przywołał” oznacza u Marka, że Jezus ich wybrał, zaś stwierdzenie „których sam chciał”, podkreśla wyraźnie, że wybrał ich w sposób niezależny (gr. éthelen); więcej jeszcze: chodzi o znaczenie tkwiące w czasowniku hebrajskim, a mianowicie wybrał „tych, których sobie upatrzył w sercu” (C. Martini). Słowo „sam” dodatkowo informuje nas, że nikt z uczniów nie wpłynął na ten wybór. Wybrał tych, których nosił w sercu. Możemy dodać, których w Jego sercu umiłował Ojciec jeszcze przed wiekami. Jezus nosił uczniów w sercu, zanim zobaczył ich nad jeziorem. Nosi w sercu tych, których dał Mu Ojciec. Jednocześnie to „noszenie w sercu” wyraża bardzo silne uczucie więzi ze strony Jezusa. Jest to silne uczucie pragnienia. Tak więc już rozumiemy, że zanim uczniowie pierwszy raz zobaczyli Jezusa, On już znał ich poznaniem pełnym miłości, poznaniem swego Ojca. Ta prawda dotyczy każdego z nas. Jeśli poznajemy dzisiaj Jezusa, jeśli pragniemy więzi z Nim, to dlatego że On pierwszy nosił nas w swoim sercu, wewnętrznie poznawał jako wybranych przez Ojca. Chciejmy dłużej zatrzymać się nad intymnością tego wyboru. Pragnijmy trwać przy tej tajemnicy naszym sercem: Jezus przywołał tych, których nosił w sercu – których umiłował. W tym momencie naszych rozważań zwróćmy uwagę na słowo „sam” (gr. autós). Kardynał Martini, który komentuje ten fragment Ewangelii św. Marka, zwraca uwagę, że użycie słowa „sam” z punktu widzenia gramatycznego nie było konieczne, ponieważ nie zmienia nic w jasnym wyrażeniu zdania. Tymczasem użycie tego słowa sprawia, że zostaje położony nacisk na informację „sam chciał” [2]. W ten sposób wyrażona zostaje prawda o darmowym pochodzeniu wyboru. Wybór jest wyrazem suwerennej decyzji Jezusa i darem Jego łaski. W osobach wybieranych, które są prostymi ludźmi, rybakami, nie ma niczego, co miałoby wpływać na decyzję Jezusa. W dokonywaniu wyboru liczy się tylko Ten, który wybiera.
 
Co więcej, łaską jest także to, że uczniowie są zdolni otworzyć się i odpowiedzieć na ten wybór że są zdolni w nim wytrwać. Jezus wyraźnie powiedział o tym uczniom, na krótko przed swoją męką: „Nie wyście Mnie wybrali, ale ja was wybrałem i przeznaczyłem was na to, abyście szli i owoc przynosili i by owoc wasz trwał – aby wszystko dał wam Ojciec, o cokolwiek Go prosicie w imię moje” (J 15,16).
 
Jezus wiedział, że to przypomnienie było bardzo ważne dla uczniów, zwłaszcza zaś dla Piotra. Możemy tak sądzić po jego zachowaniu, kiedy poruszony wewnętrznie do wielkiej wspaniałomyślności, aż do zapewniania Jezusa, że choćby wszyscy Go opuścili – on przy Nim zostanie, nie zauważył, że coraz częściej był kuszony do polegania na sobie, do uznania daru powołania za swoją własność. Piotr zobaczył i zrozumiał to wyraźnie na dziedzińcu arcykapłana. Zaraz potem wybuchnął płaczem (Mk 14,72). Zobaczył, że zachwiała się jego pewność siebie, dlatego że polegał na sobie bardziej niż na Jezusie. Rozsypał się jego wyimaginowany obraz ucznia Jezusa. Uświadomił sobie, że bardziej chodził za swoimi marzeniami i wyobrażeniami niż za prawdziwym Jezusem, że chciał narzucić Jezusowi własne wybory. Piotr wypłakał swoją pychę. W swoim płaczu kruszył niezdrową pewność siebie. Płakał i nie miał wątpliwości, że wszystko jest łaską – Jego wybór i wytrwanie w wyborze. Po zmartwychwstaniu Piotr przylgnie do Jezusa na nowo. Pytany o miłość, jak małe dziecko powie do Jezusa, że sam z siebie nie jest pewny niczego. Powie prosto: „Panie, Ty wszystko wiesz, Ty wiesz, że Cię kocham” (J 21,17). 
 
Piotr u schyłku swego życia, patrząc na swoje wybory z perspektywy minionego czasu, napisze z pokorą, jak prawdziwy mędrzec, do chrześcijan w Azji Mniejszej: „Wszyscy zaś wobec siebie przyobleczcie się w pokorę, Bóg bowiem pysznym się sprzeciwia, a pokornym łaskę daje. Upokorzcie się więc pod mocną ręką Boga, aby was wywyższył w stosownej chwili. Wszystkie troski wasze przerzućcie na Niego, gdyż Jemu zależy na was” (1P 5,5-7). Zaś na krótko przed swoją śmiercią pisze o cnotach, które pomogą wytrwać w chrześcijańskich wyborach życiowych. Wymienia: wiarę, poznanie, powściągliwość, cierpliwość, pobożność, przyjaźń braterską, miłość. I dodaje z całą mocą, jakby pomny na swoje ongiś osobiste zagubienie, że komu ich brak, ten jest ślepym – krótkowidzem. Zapomina w swojej pysze, że jest grzesznikiem (por. 2P 1,5-7). I dodaje: „Dlatego bardziej jeszcze, bracia, starajcie się umocnić wasze powołanie i wybór. To bowiem czyniąc, nie upadniecie nigdy” (2P 1,10).
 
Doświadczyć, że jestem wybrany
 
Jednym z fundamentalnych doświadczeń naszego życia jest prawda o naszym wybraniu. Jesteśmy istotami wybranymi jeszcze przed założeniem świata. To doświadczenie pomaga nam zgłębiać kontemplacja ewangeliczna. Ilekroć stajemy przed Nim, tylekroć możemy mówić: „staję przed Tym, który wybrał mnie jeszcze przed założeniem świata” (por. Ef 1,4), który „upatrzył mnie w swoim sercu”. Co więcej, jesteśmy istotami wybranymi przez Boga i dla Boga. On wybrał nas dla siebie. To właśnie ten wybór stał się początkiem wszelkiego naszego bogactwa, które odkrywamy, gdy stajemy przed Nim i patrzymy na siebie Jego „oczami”. Żyje w nas tchnienie Tego, który nas wybrał. Ono stało się i jest początkiem wszystkiego. Wszystko, czego doświadczamy mówi nam zawsze, że On był pierwszy! Nie pragnęlibyśmy Jezusa, gdyby On pierwszy nas nie pragną. Nie poznalibyśmy Jezusa, gdyby On pierwszy nas nie poznał. Nie umiłowalibyśmy Jezusa, gdyby On pierwszy nas nie umiłował. Nie bylibyśmy zdolni wybrać Jezusa, gdyby On pierwszy nas nie wybrał. 
 
Co więcej, On, który nas wybrał, staje za nami całym sobą i żyje w nas całym sobą. Potrafi nie tylko z mocą pociągać za sobą, ale z tą samą mocą żyje w nas. Mówi do nas: Jeśli będziesz trwał we Mnie, a Ja w tobie, będziesz przynosił owoc obfity, ponieważ beze Mnie nic nie możesz uczynić (por. J 15,5). Kontemplacja uczy nas bardzo ważnej zdolności: pokornego otwierania się na Jego łaskę. W żadnej innej modlitwie nie doświadczamy tak bardzo jak w kontemplacji, że to On w nas działa, nie my. Doświadczamy, że nasz wybór polega na otwieraniu się na Jego wybór – na Jego działanie w nas. Uczy nas rezygnowania z polegania na sobie, oczyszcza nas z naszej aktywności, z przywłaszczania sobie własnego życia i życiowych wyborów. W kontemplacji możemy przyswajać sobie wewnętrzną świadomość, że żyjemy dzięki Niemu, że wszystko jest łaską, że sami z siebie nie jesteśmy zdolni do jakichkolwiek ewangelicznych wyborów. Powoli jesteśmy wychowywani jak Piotr do postawy pokory. Odczuwamy jak rodzi się w nas pragnienie poznania Go i umiłowania. Przekonujemy się, że pragnienie, poznanie, rozmiłowanie i wybór Jezusa mogą być tylko darem i że nasza aktywność wyraża się w pokornym zawierzeniu i poddaniu się Mocy Tego, który nas wybiera. Jesteśmy zaproszeni, podobnie jak Piotr, aby wszystkie swoje troski przerzucić na Niego, gdyż Jemu zależy na nas (por. 1P 5,7).

Lęk uczniów przed przyjęciem wyboru
Życie uczniów, którzy idą za Jezusem, nie jest pozbawione lęków. Im bardziej pogłębia się ich relacja z Jezusem, tym większych muszą dokonywać wyborów. Z wielkimi wyborami związane są często wielkie lęki. Piotr, nazwany przez Jezusa Kefasem, czyli „Skałą”, okazuje się mężczyzną wewnętrznie kruchym, zalęknionym. Jego lęk wyraźnie ujawnia się po cudownym połowie ryb opisanym przez św. Łukasza w rozdziale piątym. Doświadczył swojej małości i nędzy naprzeciw Mistrza, który go wybrał. Lęka się tego wyboru, ponieważ odczuwa, że do niego nie dorasta. Jego zewnętrzny gest ukorzenia się dobrze ujawnia jego stan ducha. Św. Łukasz pisze, że „przypadł Jezusowi do kolan i rzekł «Odejdź ode mnie, Panie, bo jestem człowiek grzeszny»” (Łk 5,8). W odpowiedzi słyszy: „Nie bój się, odtąd ludzi będziesz łowił” (Łk 5,10). Jezus uświadamia mu, że się boi. Piotr i pozostali z Dwunastu, którzy w miarę jak zbliżał się dzień męki, czują się pociągani przez Jezusa do coraz większych wyborów, doświadczają coraz większych lęków. 
 
Uczniowie są jednak skryci i nie rozmawiają o swoich lękach. Wiele sytuacji zdradzało ich wewnętrzną niepewność i obawę. Ujawni się ona z całą mocą przed samą męką. Jezus widzi ich lęk. Wchodzi w ich lęki. Dwukrotnie odwołuje się do ich zlęknionych serc. On, który widzi wszystko, widzi także ich lęki: „Niech się nie trwoży serce wasze. Wierzycie w Boga i we Mnie wierzcie” (J 14,1) i krótko potem powtarza z jeszcze większym naciskiem: „Niech się nie trwoży serce wasze ani się nie lęka” (J 14,27). I dodaje im odwagi: „Miejcie odwagę: Jam zwyciężył świat” (J 16,33). Uczniowie boją się także o swoją wierność. Nie są pewni siebie, czy wytrwają chwilę próby. Gdy Jezus zapowiada, że jeden z nich Go zdradzi, wówczas, pisze św. Mateusz: „bardzo tym zasmuceni, zaczęli pytać jeden przez drugiego: «Chyba nie ja, Panie?»” (Mt 26,22). 
 
Co więcej. Jezus, w chwili swojej największej trwogi wyznaje przed uczniami, że jest smutny, aż do śmierci. Bierze ze sobą Piotra i dwóch innych uczniów i zaczyna przed nimi się smucić i odczuwać trwogę (por. Mt 26, 37). Zmaga się przed decyzją z wewnętrznym lękiem, aż do potu z krwi. Tymczasem uczniowie zasnęli ze smutku (por. Łk 22, 45). Smutek, za którym krył się ich lęk, wrócił do nich „innymi drzwiami, gdy już się przebudzili. Wrócił ze zdwojoną siłą. Ich ukrywany lęk wybuchnął w momencie pojmania Jezusa. Stało się jak przepowiedział Jezus: wszyscy pouciekali. Także po zmartwychwstaniu, pozostają zamknięci, „z obawy przed Żydami” (J 20, 19). Jezus wchodzi w ich lęk ze swoim pokojem: „Pokój wam” (tamże). Widzimy więc, że lęk był integralną częścią ich życia. Pojawiał się zwłaszcza w momentach wyborów.
 
Odkryć i uznać własne lęki
 
Jedno z pierwszych doświadczeń, które się nasuwa, a nawet narzuca w momencie wyboru jest lęk. Często nie wiemy, co z nim zrobić. Lęki potrafią nas tak bardzo straszyć, że boimy się dokonywać wyboru. Można zamknąć się w swoim lęku, który zamknie nas na wybór. Tymczasem Jezus przez swoją postawę wobec lęku, a także wobec lęku swoich uczniów zaprasza, a nawet wzywa nas do wypowiadania naszych lęków. Lęki, które wypowiadamy przed Nim tracą na mocy. Lęki, które ukrywamy umacniają się w nas. W modlitwie słowem Bożym doświadczać będziemy, że „słowo Boże nie zna lęku przed lękiem. Wchodzi weń z taką samą mocą jak we wszystko, co cechuje człowieka jako człowieka... lęk nie jest dla słowa Bożego niczym wstydliwym” [3]. Traktuje ono nasz lęk jako jeden z fundamentalnych stanów naszej kondycji i chce go w nas przewartościować. 
 
Nasz lęk może stać się gliną w ręku Zbawiciela, który nas wybrał [4]. Jezus, podobnie jak w przypadku Piotra, chce nam uświadomić nasz lęk i mówi do nas „nie bój się”. To „nie bój się” nie ma jedynie wartości ludzkiego pocieszenia. Ma w sobie moc Bożą. Bóg potrafi z miejsca naszego lęku uczynić miejsce swojego działania pełnego mocy. Co więcej lęk, tak było w przypadku Piotra, pomaga nam uświadomić sobie moment naszego wyboru, jego ważność i powagę. Jesteśmy więc zaproszeni, aby nie ukrywać naszego lęku i mu się nie dziwić. 
 
Mamy uczyć się modlić naszym lękiem, czasem wykrzyczeć nasz lęk. Nie wolno nam tłumić lęku, jak tłumił go Judasz, który bał się mówić Jezusowi o swoich wątpliwościach, o tym z czym się nie zgadzał. Przyszła noc, w której nagromadzony przez lata lęk śmiertelnie zmiażdżył Judasza. Wiele osób nie potrafi podjąć życiowych decyzji, ponieważ nie potrafi wypowiedzieć swojego lęku, jakby nie daje sobie do tego prawa, lub też odwrotnie, pod wpływem lęku podejmuje złe decyzje, wymuszone. 
Nie możemy zapominać, że Jezus, który także się lękał, wszedł w ten sposób w każdy nasz lęk. Najbardziej był kuszony w lęku przed swoją śmiercią w Ogrójcu i na krzyżu, i w ten sposób uśmierzył każdy nasz lęk i nadał mu sens. W kontemplacji ewangelicznej jesteśmy zaproszeni do stawania z naszym lękiem przed Tym, który zna i bierze na siebie każdy nasz lęk. Mówi do nas: „Odwagi, nie bój się”. Kontemplacja ewangeliczna staje się drogą do wyzwolenia z naszych lęków, które uniemożliwiają nam wybory. 
 
Św. Jan, który czuł się dogłębnie miłowany przez Jezusa, dzieli się swoim osobistym doświadczeniem. Pokazuje nam drogę do usuwania naszego lęku. Im bardziej będzie wzrastał w nas poziom miłości, tym bardziej obniżać się będzie poziom naszego lęku. Rozmiłowanie w Jezusie jest terapią dla naszych stanów lękowych. Tak pisze umiłowany uczeń Jezusa o lęku, który zniewala i o miłości: „W miłości nie ma lęku, lecz doskonała miłość usuwa lęk (...). Ten zaś kto się lęka, nie wydoskonalił się w miłości (1J 4, 18). 
 
Jezus wychowuje do wyboru radykalnego
 
Śledząc różne sytuacje, w których Jezus wychowuje uczniów, zauważymy, że wychowuje ich do wyboru radykalnego – do jednoznacznego opowiedzenia się po Jego stronie. Dzieje się tak zwłaszcza od momentu, w którym Jezus wybiera ich na apostołów. Przywoływany przez nas Ewangelista Marek zanotował, że Jezus przywołał ich na górze. I dodaje znamienne słowa: „przyszli do Niego” (gr. prós) (Mk 3,13). To bardzo ważne stwierdzenie w języku greckim znaczy coś więcej niż „poszli za Nim”. Znaczy, że „szli z Nim”, koło Niego. A więc już nie tylko idą za Nim jak uczeń za Mistrzem, ale „stanęli po Jego stronie”, „zostali z Nim”. Opuszczają tłum, w którym jeszcze niedawno się znajdowali, stają wyraźnie po stronie Jezusa. Św. Marek używa terminów, przez które pragnie podkreślić to, co w wydarzeniu wyboru ukazuje konkretną postawę. Nie mówi o wyborze, który polegałby jedynie na jakimś wewnętrznym przylgnięciu (etap rozmiłowania), ale o wyborze, który polega na stanięciu w miejscu, w którym stoi Jezus – stanęli z Nim, koło Niego.
 
To podkreślenie konkretności wyboru kryje w sobie ważną pedagogię. Nie jest jedynie akcentowaniem suchego wymagania. Jest czymś znacznie więcej. Radykalizm ewangeliczny, bezkompromisowość nie są potrzebne same dla siebie, dla samej dyscypliny. Radykalizm kryje w sobie głęboką ewangeliczną mądrość. Chroni uczniów przed wyborami połowicznymi lub pozornymi. 
 
Istnieje realne niebezpieczeństwo, zafałszowania i upozorowania wyboru Jezusa. Można chodzić za Jezusem, ale tylko zewnętrznie – bez zaangażowania. Jezus w rozmowie z uczniami często wraca do radykalnych wypowiedzi, które oczyszczają ich z postawy połowiczności i kompromisów. Jezus nastawia ich serce na radykalne opowiedzenie się za Nim. Kiedy dostrzega, że pełen entuzjazmu tłum ludzi idzie za Nim jak za bohaterem, który bardziej odpowiada ich oczekiwaniom niż samej prawdzie o Jezusie, odwraca się i wypowiada mocne słowa: „Jeśli kto przychodzi do Mnie, a nie ma w nienawiści swego ojca i matki, żony i dzieci, braci i sióstr, nadto i siebie samego, nie może być moim uczniem” (Łk 14,26). Owa nienawiść, o której mówi Jezus, nie odnosi się do ludzkiej miłości, która sama w sobie jest piękna, ale do wszystkiego co oddziela ucznia od Jezusa i odciąga go od zaangażowania w życie dla Niego [5]. Jezus pokazuje wyraźnie, że w przeżywaniu więzi z Nim nie ma miejsca na nieokreślone uczucia. Więź z Jezusem jest ewangeliczna – radykalna, albo nie ma jej wcale. 
 
Więź radykalna oznaczała dla uczniów całkowite opowiedzenie się za Jezusem. Jezus cierpliwie wychowuje ich do takiego wyboru. O wiele łatwiej było im wybrać Jezusa otoczonego tłumem ludzi, czyniącego cuda niż Jezusa opuszczonego i niepopularnego; Jezusa, który wymagał od nich powierzenia Mu całego swojego życia. Tłumacząc, pokazywał, że istnieje tylko jedna alternatywa: być z „całym Jezusem”, albo nie być z Nim wcale. „Kto chce zachować swoje życie, straci je; a kto straci swe życie z powodu Mnie i Ewangelii, zachowa je” (Mk 8,35). Kiedy Piotr nie chciał przyjąć Jezusa wzgardzonego, z krzyżem, i zaczął pouczać Jezusa „Niech Cię Bóg broni!”, Jezus bardzo stanowczo i ostro zareagował: „Zejdź mi z oczu, szatanie! Jesteś mi zawadą, bo myślisz nie na sposób Boży, lecz na ludzki” (Mt 16,22-23). Ta stanowczość informowała Piotra, że jest kuszony przez Złego bardzo niebezpieczną pokusą: odejścia od opowiedzenia się za całą Ewangelią, za całym Jezusem! Ostrość tej wypowiedzi miała wstrząsnąć Piotrem, aby zobaczył, że za Jezusem nie można kroczyć połowicznie, według ludzkiego myślenia.
 
Radykalne opowiedzenie się za całym Jezusem, oznaczało dla uczniów coś więcej niż tylko słuchanie Jego nauki. On nie był zwykłym rabbim, uczonym w Piśmie. Jezus nauczał jak ten, który ma władzę (por. Mt 1,22). On był Panem. Wybór Jezusa oznaczał całkowite złączenie się z Jego Osobą i z Jego życiem. Wybór Jezusa oznaczał dla uczniów pozwolić Mu zapanować całkowicie w swoim życiu. Wiedzieli, że to coś więcej niż przyjąć Go jako Nauczyciela.

Mój osobisty wybór Jezusa
 
Patrząc na nasz życiowy wybór Jezusa, rozpocznijmy od uświadomienia sobie prawdy, że my, którzy staramy się kroczyć za Jezusem i być z Nim, w sposób subtelny jesteśmy kuszeni do pozornych wyborów. Nie jesteśmy kuszeni do zerwania z Jezusem. To są rzadkie przypadki, gdy ktoś ostentacyjnie wyrzeka się relacji z Jezusem, mówiąc że nie chce mieć z Nim nic wspólnego. Jesteśmy natomiast kuszeni do przeciętności, do banalizowania ewangelicznej więzi z Jezusem. Jest to pokusa bardzo subtelna, ale też powszechnie ulegamy jej jako chrześcijanie, jako duchowni i osoby konsekrowane. Nie potrafimy często radykalnie opowiedzieć się po stronie Jezusa. Gdyby żyjący dzisiaj miliard katolików kroczył radykalnie za Jezusem, możemy powiedzieć, że świat byłby radykalnie odmienny – bardziej ewangeliczny. Musimy uznać, że jesteśmy kuszeni do pozornego życia i dlatego często nasze życie zmienia się tylko pozornie.
 
Prędzej czy później musimy wyraźnie usłyszeć i odpowiedzieć na pytanie: Za kogo uważam Jezusa w moim życiu? Wszystkie tytuły, jakie Mu nadamy, będą ważne o tyle, o ile wprowadzimy Go w nasze życie jako Pana. „Panem jest Jezus” – to była pierwsza katecheza w pierwotnym Kościele (por. Rz 10,9). Istotne jest to czy Jezus będzie jedynie naszym Nauczycielem, czy Panem i Nauczycielem.
 
Od zrozumienia tej fundamentalnej różnicy zależy nasz dobry lub fałszywy wybór Jezusa Chrystusa. E. Bianchi tak wyjaśnia tę zasadniczą różnicę: „Jezus działa jako Rabbi, ale ludzie idą za Nim nie dlatego, że jest Rabbim! Jeśli nie rozumiemy tej zasadniczej różnicy, próżne jest nasze pójście za Nim. Staje się On wtedy dla nas jedynie mistrzem duchowym, dla innych charyzmatykiem, a dla jeszcze innych rewolucjonistą. To nie wystarcza do zaszczepienia wiary i do uczynienia z nas wierzących. Bądźmy czujni: chrześcijaństwo zawsze było narażone na poważne niebezpieczeństwo pojmowania i często głoszenia Rabbiego, Jezusa zgodnie z interpretacją Jego nauczania, odpowiadającą aktualnym potrzebom. Tak pojawił się Jezus socjalista, Jezus hipis, Jezus guru, Jezus filantrop... Zwycięstwo takiego wizerunku Jezusa oznaczałoby koniec wiary chrześcijańskiej” [6].
 
Dzisiaj jesteśmy kuszeni do tego, by uczynić z Jezusa jedynie idola życia, osobę podziwianą, celebrowaną w Liturgii, słuchaną w Jego słowie. To wszystko nie ma znaczenia, jeśli nie wybierzemy Go jako Pana naszego życia. Kiedy uczniowie nazywają Go Nauczycielem i Panem, Jezus potwierdza, że dobrze mówią, i co znamienne, powtarza za nimi te dwa tytuły, ale odwraca ich porządek; mówi o sobie Pan i Nauczyciel (por. J 13,13-14) [7]. Znamiennym również jest fakt, że Jezus nazywany przez swoich uczniów Kyrios – Pan, nigdy nie jest tak tytułowany przez Judasza. Judasz nigdy nie zwraca się do Jezusa przez „Pan”. Wystarczy przywołać scenę z Wieczernika, kiedy Jezus zapowiedział, że jeden z „Dwunastu” Go zdradzi. Wszyscy zaczęli pytać Jezusa: „Chyba nie ja, Panie?”. Judasz natomiast zapytał: Czy nie ja, Rabbi?” (Mt, 26, 22. 25). Także w innej scenie ewangelicznej nasuwa się ta sama refleksja. Gdy pewien uczony w Piśmie przychodzi do Jezusa i prosi, tytułując Go „Naczycielu”, aby mógł pójść za Nim, nie słyszy zaproszenia. Gdy zaś ktoś inny spośród uczniów prosi o to samo, mówią do Niego „Panie”, słyszy radykalne, bezzwłoczne: „Pójdź za Mną” (por. Mt 8,18-22).
 
Kontemplacja ewangeliczna pomoże nam demaskować nasze pozorne życie z Jezusem. Jeśli pozwolimy się prowadzić do wewnętrznego poznania i rozmiłowania w Jezusie, będziemy także stopniowo prowadzeni do radykalnych, wyraźnych i nie pozorowanych wyborów. Kontemplacja ewangeliczna oznacza bowiem wejście na drogę radykalnego wyboru Jezusa jako naszego rzeczywistego Pana. 
 
Ponowić i umocnić wybór
 
Modlitwa kontemplacji ewangelicznej wprowadza nas w przestrzeń ewangelicznego radykalizmu. Pragnąc, poznając, miłując Jezusa, dajemy Mu przystęp do naszego umysłu, serca i woli, i pozwalamy, aby wychowywał nas jak uczniów do radykalnych, rzeczywistych wyborów. Jednocześnie pozwalając nam na zażyłą z Nim więź i bliskość, będzie odkrywał i demaskował w nas to, co jest jedynie pozornym i połowicznym wyborem. Jezus uczy nas zażyłości, która jest więzią bez alternatywy. Albo otwieramy przed Nim serce jak Piotr i inni uczniowie, albo nasze serce twardnieje, jak tych, którzy od Niego odchodzili. Musimy jak uczniowie uznać, że wobec takiej alternatywy w każdym z nas rodzi się opór. Chcielibyśmy, aby istniała jeszcze trzecia droga. Trzecia droga jest iluzją. Jest „ślepą uliczką”. Obiektywna rzeczywistość, którą wielokrotnie potwierdza nasze życie jest taka: albo wybierzemy Jezusa, albo bałwochwalstwo.
 
Jezus wie doskonale, że do końca życia będziemy jak Piotr doświadczali oporów w radykalnym pójściu za Nim. Będzie uczył nas, jak je przekraczać. Ważne, aby pozostał w nas żywy radykalny wybór, abyśmy opowiedzieli się za całym Jezusem, umarłym i zmartwychwstałym, żywym, Nauczycielem, Przyjacielem i Panem. Modląc się z wiarą o radykalny wybór Jezusa, doświadczając w modlitwie miłości i lęku, usłyszymy słowa Tego, który pierwszy nas wybrał: „Nie bój się, wierz tylko” (Mk 5,36).
 
ks. Krzysztof Wons SDS
Zeszyty Formacji Duchowej nr 20/2002
 
fot. Josh Applegate | Unsplash (cc)
 
____________________
Przypisy:

[1] Por. C. Viard, Opuścić siebie, aby siebie odnaleźć, w: Zeszyty Ignacjańskie (4), Gdynia, 1992, s. 5.
[2] Por. C. Martini, Być z Jezusem. Medytacje nad Ewangelią św. Marka, Kraków 1997, s. 46.
[3] H.U. von Balthasar, Chrześcijanin i lęk, Kraków 1997, s. 11.
[4] Por. tamże, s. 11-12.
[5] Por. J. Neuner, W drodze z Chrystusem, Kraków 1992, s. 185.
[6] E. Bianchi, Radykalizm chrześcijański, Kraków 2000, s. 44.
[7] Tamże. 
 
Zobacz także
Krzysztof Osuch SJ
To niebywałe, że Jezus był „kuszony” przez diabła! Ale czy tylko przez niego? Otóż kuszenie w języku potocznym kojarzy się nam niemal wyłącznie z nakłanianiem do zła przez kusiciela, jednak pierwotny sens biblijny tego słowa oznacza także poddawanie kogoś próbie. To zazwyczaj w sytuacji próby ujawnia się i daje się poznać zarówno to, co w próbowanym jest szlachetne, jak też i to, co marne. 
 
S. Moisa
Kiedy pierwsi mnisi przemierzali pustynie egipskie, ich pragnieniem była przede wszystkim ucieczka od ludzi w celu zakosztowania ciszy. Agaton przez trzy lata trzymał kamyk w ustach nie po to, by – jak Demostenes – zostać mówcą, ale by się wyćwiczyć w milczeniu. Takie było pierwsze dzieło mnicha, który zbudował swoją ascezę na słowach św. Jakuba Apostoła: „Jeśli ktoś nie grzeszy mową, jest mężem doskonałym, zdolnym utrzymać w ryzach także całe ciało”...
 
kard. Luis Antonio Gokim Tagle
Modlitwa w Duchu wymaga od nas przede wszystkim pragnienia spotkania Boga. Możemy być hojni na modlitwie jedynie wówczas, gdy gorąco pragniemy spotkać się z Bogiem. Zacznijmy zatem od modlitwy o owo głębokie pragnienie widzenia Boga, wiedząc, że już ono samo jest owocem Ducha. To dobry początek; jak pisze św. Paweł, nie umiemy się modlić tak, jak trzeba (Rz 8, 26). To Duch wprowadza nas w modlitwę i budzi w nas jej głębokie pragnienie. 
 
__________________

 
___________________
 
 reklama