logo
Sobota, 18 listopada 2017 r.
imieniny:
Klaudyny, Romana, Tomasza, Karoliny – wyślij kartkę
Szukaj w
 
Posłuchaj Radyjka
kanał czerwony
kanał zielony
 
 
Facebook
 
Drukuj
A
A
A
 
Ks. Mariusz Pohl
Wykorzystać szansę
Przewodnik Katolicki
 
fot. Pexels, Blur | Pixabay (cc)


Sakrament bierzmowania, czyli dojrzałości chrześcijańskiej, często nie przynosi wymiernych, widocznych owoców w postaci mężnego wyznawania wiary i postępowania według jej zasad. Dlaczego?
 
Wielu księży i wiele wspólnot parafialnych dobrze zna ten obraz: na Mszy, podczas której ksiądz biskup udziela sakramentu bierzmowania jest sto procent młodzieży. Wszyscy śpiewają, przystępują do Komunii Świętej, zachowują się nawet nie najgorzej. Wrażenia i rokowania są bardzo dobre. Ale na ogół zaraz w następną niedzielę przychodzi zimny prysznic: w kościele jest już tylko garstka młodzieży, mało kto śpiewa, a po uroczystym skupieniu z bierzmowania nie ma śladu.
 
Sakrament dla niedojrzałych?
 
Jak to się dzieje, że ten sakrament nie przynosi wymiernych, widocznych owoców w postaci mężnego wyznawania wiary i postępowania według jej zasad? Otóż deklaracja wyuczona i wyrecytowana zgodnie z zasadami liturgii bierzmowania nie oznacza jeszcze rzeczywistej przemiany życia. Jest to naturalne i oczywiste: żaden sakrament niczego sam automatycznie nie zdziała, jeśli z naszej strony zabraknie wiary, zaangażowania, współpracy i dobrej woli.
 
W przypadku bierzmowania jednak cały paradoks polega na tym, że jest to sakrament dojrzałości chrześcijańskiej, a przyjmuje go młodzież, często dzieci, którym do tej dojrzałości jeszcze wiele, wiele brakuje. I nad tą sprawą trzeba się uważnie zastanowić: czy dopuszczenie i udzielenie bierzmowania komuś, kto nie wykazuje elementarnej dojrzałości – już nie tylko chrześcijańskiej, ale nawet tej czysto ludzkiej i naturalnej, nie jest jakimś nadużyciem, rzucaniem pereł przed wieprze?
 
Niestety, nie ma jednoznacznego, wyraźnego kryterium, które by mogło kogoś zakwalifikować lub zdyskwalifikować do przyjęcia bierzmowania. Nie ma też nikogo, kto by na sto procent mógł ocenić czyjąś dojrzałość i osądzić, czy ktoś jest, czy nie jest zdolny do przyjęcia Ducha Świętego w tym sakramencie. Raczej nikt nie jest zdolny, ani tym bardziej godny tego daru; gdybyśmy bowiem sami z siebie mogli osiągnąć wystarczającą dojrzałość w wierze i w życiu, nie potrzebowalibyśmy łaski sakramentalnej. Do istoty sakramentów należy to, że są one niezasłużonym darem łaskawości Boga, a nie świadczeniem czy usługą, która nam się sama przez się należy na mocy własnych zasług i kwalifikacji.
 
Ale niekiedy zbyt łatwo i tanio zgadzamy się na przyjęcie tego sakramentu. Bo skoro jest to sakrament dojrzałości chrześcijańskiej, to przynajmniej wymogi stawiane podczas przygotowania do bierzmowania mogłyby być na miarę jakiegoś minimum dojrzałości. Niestety, obawa, że ktoś w ogóle zrezygnuje z bierzmowania, jeśli będziemy od niego zbyt wiele wymagać, albo chęć, by mieć już z tym święty spokój powodują, że nieraz zaniżamy kryteria i rezygnujemy ze stawiania wymagań.
 
A szkoda. Bo jest to doskonała okazja, by kogoś zmobilizować do jakiegoś wysiłku i rozwoju, do poważniejszego potraktowania swojej wiary i Pana Boga. To taka swe­go rodzaju kościelna matura, która ma być nie tylko selekcyjnym sitem, które pozwoli wyeliminować nieuków, ale przede wszystkim bodźcem mającym na celu mobilizację w dziedzinie wiary. Tą szansą jest nie tylko sam sakrament, ale przede wszystkim cały proces przygotowania do jego przyjęcia. I tę szansę trzeba jak najlepiej wykorzystać. Tym bardziej że zbliżające się bierzmowanie rzeczywiście mobilizuje: młodzież w zdecydowanej większości przychodzi na spotkania. A jeśli ktoś nie chce przychodzić to sam siebie dyskwalifikuje. Wtedy potrzebna jest jakaś inna droga dochodzenia do tej dojrzałości i nie wolno z niej rezygnować dla ratowania frekwencji.
 
Odpowiedzialność za przygotowania 
 
W procesie przygotowania bardzo wiele zależy od prowadzących: księży, katechetów, świeckich liderów i animatorów. Wytyczne Kościoła są tu dość jednoznaczne, a poczucie odpowiedzialności za wychowanie we wierze samo powinno podpowiadać nam konieczność poważnego podejścia do tych wymogów. Narzekanie na zanik wiary i znikanie młodych z Kościoła jest dość powszechne, ale trzeba raczej wyciągnąć z tego konstruktywne wnioski, niż tylko narzekać.
 
Pierwszy wniosek dotyczy odpowiedzialnych za przygotowanie: trzeba przyłożyć się do tego procesu z największą starannością i zaangażowaniem. Żadnej taryfy ulgowej dla prowadzących i dla uczestników, żadnych ścieżek na skróty, redukowania liczby spotkań, rezygnacji ze słusznych wymagań. Owszem, można nieco ograniczyć formalności i wymyślne metody egzekwowania obecności na spotkaniach i liturgii, ale tylko na rzecz bardziej osobistego świadectwa wiary, zaangażowania i zachęty ze strony prowadzących, rodziców i wspólnoty parafialnej.
 
Drugi wniosek dotyczy czasu i miejsca spotkań. Trzy lata wymagane w programie i wytycznych duszpasterskich to absolutne minimum, i to jeszcze pod warunkiem, że spotkania będą częste, regularne i treściwe, że będzie im towarzyszył także udział w niedzielnej liturgii i poszczególnych wydarzeniach roku kościelnego. Środowiskiem spotkań musi być parafia, a nie szkoła. Bierzmowanie jest wydarzeniem kościelnym, a nie tylko jednym z punktów programu dydaktyczno-wychowawczego szkoły.
 
Trzeci wniosek to umiejętne dozowanie różnych środków kontroli i przymusu w stosunku do elementów autentycznej, dobrowolnej zachęty, opartej na osobistym świadectwie wiary i zaangażowania prowadzących. Świadectwo to powinno być „zaraźliwe”, inspirujące i przekonujące na tyle, że młodzi sami zrozumieją, że muszą coś z siebie dać. Wychowawczy trud i odpowiedzialność rodziców powinny ustąpić miejsca procesowi samowychowania i osobistemu wysiłkowi młodego człowieka. Jeśli ktoś takiej zdolności nie wykazuje, to znaczy, że nie dojrzał jeszcze do przyjęcia bierzmowania.
 
W tym sensie możemy mówić o sakramencie dojrzałości chrześcijańskiej: człowiek bierze na siebie osobistą odpowiedzialność za kształtowanie i przeżywanie swojej wiary. Można by też powiedzieć o swoistej samodzielności w wierze, gdyby nie to, że w dziedzinie wiary bynajmniej nie chodzi o samodzielność – raczej o całkowite poddanie się prowadzeniu Ducha Świętego i włączenie we wspólnotę Kościoła. Ale w dziedzinie praktykowania wiary powinna to być samodzielność i odpowiedzialność. 
 
ks. Mariusz Pohl
Przewodnik Katolicki 22/2014
 
Zobacz także
ks. dr Johannes Gamperl
Oczywiście wiemy, że to nie Pan Bóg kusi nas do złego, jakby chciał nas oszukać. To byłby zupełny absurd! Słusznie możemy tutaj przytoczyć słowa z Listu św. Jakuba Apostoła, który pisze: Kto doznaje pokusy, niech nie mówi: "Bóg go kusi". Bóg bowiem ani nie podlega pokusie do zła, ani też nikogo nie kusi (Jk 1,13)...
 
Wojciech Werhun SJ
„Czy chcesz wyzdrowieć?” – zapytał Jezus chromego nad sadzawką Betesda. Odpowiedź wydaje się oczywista zarówno w sytuacji tamtego chorego, jak i w moim poturbowanym i poranionym życiu. Bo czy można w takiej sytuacji chcieć czegoś innego?!
 
Aneta Pisarczyk
Potrzeba kontrolowania własnego życia i otaczającego świata jest wpisana w psychikę każdego z nas. Różnimy się jednak między sobą poziomem jej natężenia. Są osoby, które próbują kontrolować najmniejszy szczegół, planują każdy kolejny krok i konsekwentnie trzymają się określonych reguł. Natomiast niektórzy z nas zdają się na to, co przyniesie kolejny dzień, potrafią delegować obowiązki, dzielić się odpowiedzialnością, żyją bardziej spontanicznie. Która z opisanych postaw jest nam bliższa? 
 
 

NASZ SKLEP

___________________
 
 reklama