logo
Czwartek, 25 lutego 2021 r.
imieniny:
Almy, Cezarego, Jarosława, Tarazjusza, Wiktora – wyślij kartkę
Szukaj w
 
Posłuchaj Radyjka
kanał czerwony
kanał zielony
 
 
 
Facebook
 
Drukuj
A
A
A
 
ks. Tomasz Opaliński
'My' czy 'oni'
Wieczernik
 


Miłość bliźniego nie polega tylko na głaskaniu po głowie
 
Od kiedy czytam Biblię (a przygotowując się niedawno do niedzielnego kazania obliczyłem, że od momentu, kiedy Jezus rzucił mnie na kolana i zacząłem samodzielnie czytać Ewangelie, minęło już nieco ponad ćwierć wieku) zastanawiały mnie dwa zdania, których nigdy ze sobą tak na serio nie zestawiałem, choć aż się o to proszą, bo mimo, że oby­dwa pochodzą z ust Jezusa, zdają się nawzajem wyk­luczać. Jedno z nich (napisałem nawet w mło­dzieńczych latach inspirowany nim, nieco grafo­mański, ale szczery wiersz) brzmi: „kto nie jest ze Mną, jest przeciwko Mnie; i nie zbiera ze Mną, rozprasza" (Mt 12,30); drugie zaś: „kto bowiem nie jest przeciwko nam, ten jest z nami" (Mk 9,40).
 
Czerwoni, różowi, czarni i kolorowi
 
Czasem korciło mnie, żeby coś z nimi zrobić, ale... wygodniej było używać ich oddzielnie. Wystarczyło w odpowiednich momentach odwołać się do „wygodniejszej" wersji i zawsze miało się argument. Py­tanie o to, jak to w końcu jest z tymi, co to „nie są z nami", zostawiałem na potem, kierując się wo­bec „innych" raczej „wyczuciem" i „tolerancją" (a może kompromisem i tchórzostwem?). Podpierałem się przy okazji innym cytatem, tym razem z Listu do Rzymian, w którym autor zachęca: „Jeżeli to jest możliwe, o ile to od was zależy, żyjcie w zgodzie ze wszystkimi ludźmi" (Rz 12,18). Swego czasu było to moje życiowe credo. Szybko jednak ten „młodzieńczy pacyfizm" mi przeszedł. Okazało się bo­wiem, że miłość bliźniego nie pole­ga tylko na gła­skaniu po głowie. Co bowiem mam zrobić, jeśli „życie w zgodzie ze wszystkimi" nie ode mnie zależy i jeśli okaże się niemożliwe? Dobra jest „otwartość", „wyczucie" i „tolerancja", ale jeśli ktoś ma ochotę mnie dręczyć, to czy też powinienem to „tolerować"? A jeśli chce dręczyć tych, których kocham? Jak rozróżnić, gdzie kończy się tolerancja, a zaczyna tchórzostwo, kompromis, czy zwykła obojętność („toleruję" nie samą osobę z szacunku dla niej, ale toleruję jej złe zachowanie, bo tak naprawdę mi na niej nie zależy)? Jak odróżnić tych, których trzeba tolerować, od tych, którym muszę się przeciwstawić, bo są niebezpieczni dla mnie i innych?
 
W czasach, kiedy wszystko było czarno-białe (a może naszo-czerwone) sytuacja była prostsza: jasny podział na „naszych" i „onych" – tych, którzy „nas" ciemiężyli. Wiado­mo było, że „naszych" trzeba było popierać, a „onych", którzy próbują „nas" zniszczyć – zwalczać wszelkimi (w miarę etycznymi) sposobami. Ale już ładnych parę lat temu sy­tuacja się zmieniła, a my wciąż próbujemy nałożyć na rzeczywistość siatkę „naszych" i „onych" (robią to również ci, którzy wołają, że są ostoją pluralizmu i tolerancji, a sami ochoczo wpychają całą resztę do zamkniętego getta „ksenofobicznych oszołomów" i „ciemnogrodu"). Tymczasem owa rzeczywistość, bogatsza niż ramki, w które chcemy ją wepchnąć, wciąż wystaje spoza nich, i to w najrozmaitszych barwach, których nawet czasem nie przewidywaliśmy.
 
Między radiem a orkiestrą
 
Choć minęły czasy tych, którzy w imię jedynej słusznej partii deklamowali „kto nie idzie znami, maszeruje przeciw nam", to problem „nasz czy nie nasz", „z nami czy przeciw nam" wcale nie jest przebrzmiały. Przykład? Bardzo proszę, nawet dwa.
 
Początek stycznia to czas, kiedy gra pewna wielka orkiestra. Gdy w styczniową niedzielę na ulice wyle­gają jej wolontariusze, wydaje się, że cały naród dmie w jedną trąbkę. No właśnie: wydaje się. Mimo bowiem spra­wianego w mediach wrażenia, że wszy­scy solidary­zują się z dyrygentem, co roku poja­wiają się (wyciszane przez media, którym orkiestra napędza koniunkturę) zarzuty.
 
To prawda – mówią przeciwnicy orkiestry – że funduje ona sprzęt medyczny dla potrzebujących, że tak wiele ciepła płynie z serc ludzi, którzy w ten mroźny dzień dumnie obnoszą przyklejone na ubra­niach czerwone serduszka. Ale cóż to za dobroczyn­ność, która nie jest darem serca, lecz owczym pę­dem? I czy to się opłaca? Czy pieniądze wydane przez media i instytucje na organizację dorocznego finału nie są przypadkiem większe od tego, co zbie­rze orkiestra? Kto na tym zarabia? Cóż to za dobroczynność, jeśli właściciel lub prezes firmy nie za swoje, lecz za firmowe czy społeczne pieniądze licytuje rzeczy, które ni­komu nie będą potrzebne, byle tylko pokazać, że jego firma jest wrażliwa na cierpienie i wykreować w ten sposób swój wizerunek dobroczyńcy, na którym można zarobić o wiele więcej? Skoro polskie prawo pozwala kwestować jedynie dorosłym, to dlaczego nikt nie reaguje na jawne i pub­liczne łamanie prawa przez wysyłanie dzieci z puszkami na ulice? No i najważniejsze – jak można powierzać swoje dzieci człowiekowi, który za część pie­niędzy stworzonej przez siebie fundacji organizuje pół roku później dla tej młodzieży naj­bardziej kontrowersyjną imprezę w Polsce?
 
To prawda – mówią zwolennicy – nikt nie jest doskonały, ale to jest zwykłe „czepianie się". Popatrzcie na ratujący życie sprzęt, którego bez orkiestry nie byłoby w tylu szpitalach. Popatrzcie na to, ilu ludzi orkiestra budzi z egoizmu choćby raz w roku. Popa­trzcie na dzieci, które uczą się otwartości serca na potrzebujących. I już nie jest wcale ta­kie jednoznaczne, czy dyrygent jest „nasz" czy „onych"... i czy ci, którzy nie są z nami, są przeciwko nam, czy też ci, którzy nie są przeciwko nam, są z nami?
 
1 2  następna
Zobacz także
Krzysztof Osuch SJ
W rozważaniu, opartym na Lm 3, 1-33, chcemy  wyraźniej zobaczyć, że  także w czasie bardzo wielkiej udręki obecny jest Bóg i śpieszy z pomocą. Każdy rodzaj bólu – fizyczny, psychiczny i duchowy – przynagla nas do wzmożonego wysiłku poznawczego, który naprowadza na właściwe zachowanie w cierpieniu.  Wcale nie jest tak, że cierpienie bezapelacyjne skazuje nas na pogrążenie się w poczuciu beznadziejności i rozpaczy. Pośród największych cierpień Bóg objawia się jako źródło nadziei na ocalenie.
 
o. Gabriel od św. Marii Magdaleny
Dzisiejsze czytania podają nam rozważanie o pokorze, tym bardziej potrzebnej, im mniej ta cnota jest rozumiana i praktykowana. Stary Testament (I czytanie: Syr 3, 17-18. 20. 28-29) również mówi o jej konieczności – tak w obcowaniu z Bogiem jak i z bliźnim: „O ile wielki jesteś, o tyle się uniżaj, a znajdziesz łaskę u Pana” (tamże 18). Pokora człowieka nie polega na zaprzeczaniu własnym zaletom, lecz na uznaniu, że one są wyłącznym darem Boga; stąd wynika, że im ktoś jest „większy”, czyli bogatszy w zalety, tym bardziej winien upokarzać się uznając, że wszystko dał mu Bóg. 
 
Michał Gryczyński
Przykazanie miłości Boga i bliźniego, czyli dziesięć słów Boga w jednym. Będziesz miłował Pana Boga swego całym swoim sercem, całą swoją duszą i całym swoim umysłem, a bliźniego swego jak siebie samego to streszczenie wszystkich naszych zobowiązań wobec Boga, bliźnich oraz siebie. Pan Jezus zapewniał, że nie ma innego, większego przykazania (Mk 12, 29-31)...
 
 
___________________
 
 reklama