KATOLIK.pl - Portal katolicki dla wierzących, wątpiących i poszukujących
DRUKUJ
 
Jacek Pleskaczyński SJ
Kryzys sensu życia w doświadczeniu choroby i śmierci
Obecni
 


NMP z Lourdes
Światowy Dzień Chorego

Głębokie przeżywanie sensu egzystencji 

Do czasów najnowszych cierpienie i śmierć były codziennym, wspólnie przeżywanym integralnym doświadczeniem życia. Sytuacja dzisiaj uległa znacznej zmianie. Cierpienie i śmierć przeżywane są często w poczuciu osamotnienia, nierzadko w całkowitym opuszczeniu. W ten sposób niepomiernie wzrastają trudności – tak w rozumieniu siebie, jak i odkrywania sensu w tych doświadczeniach. Konsekwencją powszechnie dostrzeganego zubożenia społecznej komunikacji jest brak umiejętności korzystania z doświadczeń innych. Toteż nader często choroba i śmierć nie są przyjmowane jako doświadczenie ludzkie.

Tonięcie w bezradności

Choroba jest postrzegana jako coś, co się Panu Bogu nie udało; wobec śmierci nawet najbliżsi okazują wzajem bezradność – brak bogatszego nad wytarte zwroty języka sugeruje niezbyt głębokie przeżywanie sensu egzystencji. Zachowywana jeszcze na wsi obyczajowość także stopniowo zanika. Umysły, którym telewizor zastąpił doświadczanie świata rzeczywistego za nic mają nagromadzone od setek lat zwyczaje i tradycję. Gdy więc przychodzi samemu doświadczyć choroby czy umierania toną w bezradności. Nie ma do czego się odwołać, na kształcenie kultury w tym doświadczeniu jest często już zbyt późno.

Powyższy opis nie jest, rzecz jasna, żadną diagnozą. Posługując się pewnym uproszczeniem i jednostronnością chcemy wskazać na rozległość zagadnienia powszechnego kryzysu poczucia sensu w omawianych doświadczeniach.

Pełniąc posługę kapelana dużego szpitala, w którym rocznie przebywa ok. 20 tys. osób, codziennie oprócz posługi sakramentalnej, po kilka godzin rozmawiam z pacjentami. Wypada wspomnieć w tym miejscu niewątpliwych współautorów tego opracowania, zwłaszcza tych, którzy już przeszli na drugą stronę życia.

Wielka lekcja

W chorobie zmierzającej do śmierci wiele postaw ukazuje się w całej jaskrawości. Pozwolę sobie najpierw wspomnieć dwie osoby, dwa ważne w moim życiu wydarzenia. Po raz pierwszy towarzyszyłem umierającemu gdy miałem prawie trzydzieści lat, było to w nowicjacie. O nietypowej porze zebrał domowników dźwięk dzwonka, wokół starszego brata zakonnego zebraliśmy się na modlitwie. Byłem zdumiony ogromem spokoju – ten człowiek, w agonii, modlił się spokojnie z nami – niemal do końca, do ostatniego tchnienia. W powadze chwili odbierałem wielką lekcję dobrego przygotowania do ostatniego życiowego egzaminu. Później też długo zastanawiałem się – jak ja będę umierał. Mało znając zmarłego dochodziłem do przekonania, że taka śmierć potwierdza wewnętrzną harmonię życia zakonnego. U progu życia zakonnego dla trzydziestoletniego mężczyzny był to ważny argument za autentyzmem tego rodzaju życia. Byłem bardzo krytyczny wobec form zewnętrznych, dostrzegałem bowiem wiele rozbieżności między tym, co zewnętrzne a wewnętrzną treścią. Tego dnia jednak otrzymałem do przemyślenia istotne kryterium autentycznie doświadczanego sensu życia, które jest powierzone Bogu.

Po upływie dwu lat musiałem ten temat przemyśleć na nowo. Tym razem stanąłem wobec zbliżającej się śmierci bardzo starego i bardzo czcigodnego kapłana. Poznaliśmy się dość dobrze. Bardzo szlachetny starzec (ponad siedemdziesiąt lat kapłaństwa) zaofiarował mi swoją przyjaźń. Wezwany przyjechałem tuż przed jego śmiercią. Obraz, jaki zastałem, zaskoczył mnie i wręcz przeraził. Od wejścia usłyszałem słowa wykrzyczanego buntu, moje próby łagodzenia spotkały się z niezbyt elegancką, mówiąc delikatnie, agresją: „Dlaczego właśnie JA mam cierpieć?” Nie chodzi tylko o to, że wtedy nie wiedziałem, iż niemal każdy przechodzi taką fazę zbuntowania.

Niezwykły był ton, nieprzystający do obrazu tego człowieka, ale... Po śmierci tego przyjaciela długo myślałem – co tu się nie zgadzało. I chyba odnalazłem. Będąc często w jego domu podziwiałem nadzwyczajne uporządkowanie życia. Z góry wiadomo było o której godzinie zostaną podjęte pewne czynności, uświęcone dziesiątkami lat niezmiennych zwyczajów. Wszędzie panował wielki porządek, czystość. To mogło zaimponować. Także sposób bycia tego kapłana, ogromna kultura, wielka godność osobista. Ale kiedyś – w rozmowie – gwałtownie przerwał mi, gdy zacząłem mówić o śmierci. Po pewnym czasie, zapominając o upomnieniu, znowu zacząłem o tym mówić. Tym razem usłyszałem stanowcze zapewnienie, że w tym domu ten temat nie istnieje. Tak, niemal do końca życie toczyło się, jakby choroba i śmierć nigdy nie miały nadejść.

Nie dać się zaskoczyć

Jeśli zadajemy pytanie o autentyzm przeżywania sensu życia to nie można wykluczyć tych dwu doświadczeń – całkowitej pewności śmierci i znacznego prawdopodobieństwa choroby. Jedno i drugie jest zazwyczaj zaskoczeniem, nie znamy dnia ani godziny. Ale przecież otrzymaliśmy ewangeliczną zachętę aby czuwać, nie dać się zaskoczyć. Jeśli powiemy w tym miejscu, że autentyczny sens życia ludzkiego człowiek odnajduje tylko w odniesieniu do Boga (nie można zrozumieć człowieka bez Chrystusa – znane słowa z homilii Jana Pawła II) – to wszystko, co w życiu utrwala takie poczucie sensu, zwłaszcza codzienne znoszenie przeciwności przygotowuje na godziny najtrudniejszych prób.


 

 
strona: 1 2 3 4 5
グッチバッグコピー グッチ財布コピー