DRUKUJ
 
Maciej Wasielewski
Chciałbym dotrzeć do celu
Miesięcznik W drodze
 


To, co piszę, rodzi się z milczenia. Całymi dniami milczę, żeby napisać dwa zdania i te zdania znaczą dla mnie więcej niż sto, które później wypowiem.
 
W podróżach szukam wspólnot. Wzięło się to najpewniej z dzieciństwa. Miałem pięć, może sześć lat. Co jakiś czas, w niedzielę, w domu rodziców gromadzili się ich znajomi – ciocie i wujkowie – tak do nich mówiłem. Są ludzie, którzy samą swoją obecnością wnoszą nerwowość, a inni – spokój. Ciocie i wujkowie wnosili do naszego domu spokój. Na te spotkania przychodził też jezuita. Mama z tatą rozkładali w dużym pokoju stół i ten jezuita odprawiał przy tym stole mszę, a ja mu podawałem patenę. Z tamtego okresu mam tylko dobre wspomnienia. Po dwóch latach msze się skończyły. Ciocie i wujkowie chyba nie mieli już czasu, a tata (choć jest historykiem sztuki i pracował wówczas w muzeum) zaczął handlować w weekendy pontonami na Skrze. No więc w podróżach szukam atmosfery tamtych spotkań, bo służyły nie tylko mnie, ale także mamie i tacie.
 
Ryba
 
Najważniejsze podróże odbyłem w pojedynkę, ewentualnie we dwoje, kiedy każde z nas chodziło osobnymi ścieżkami albo milczało, żeby jakimś zbędnym słowem nie zabić tego, co wydawało nam się wtedy najważniejsze – czegoś, co trudno nazwać, a co było najpewniej potrzebą dostrojenia się do chwili i miejsca. 
 
To sprzeczność, bo z drugiej strony jest we mnie głód współuczestniczenia i współodczuwania. Po to przecież pakuję plecak. Tego współuczestniczenia doświadczyłem w przetwórni ryb w Vestmannie na Wyspach Owczych. Pracowałem przy taśmie, patroszyłem czarniaki. Zbliżała się północ, kończyła się zmiana. Na pięć minut przed syreną do mojego boksu wpadło dziesięć cuchnących ryb. Pamiętam, jak chwyciłem nerwowo jednego czarniaka. Już miałem na niego przelać złość (jak przelać złość na martwą rybę?), ale wtedy podeszło do mnie troje młodych Farerów i nigeryjski piłkarz, który dorabiał w przetwórni do pensji futbolisty – wynagrodzenie piłkarzy na Wyspach Owczych pozostawia wiele do życzenia. Nieważne. Ważne, że każdy zabrał bez słowa po dwa czarniaki. 
 
– Przecież mogliście już pójść do domu. Nic by się nie stało, gdybyście zostawili mnie z tym skrobaniem – powiedziałem później dwudziestoletniej Kathrinie, która wypatroszyła za mnie dwie ryby. Spojrzała na mnie jak na tępaka, a potem rzuciła krótko: 
– Pracą staramy się dzielić równo. 
„Niewidzialna Ręka”
 
Ten głód współuczestniczenia potęgowały we mnie opowieści Macieja Zimińskiego, mojego nauczyciela. Zimiński wymyślił „Niewidzialną Rękę” – akcję społeczną, która przez blisko trzydzieści lat rezonowała na całą Polskę. Dzieci rąbały drewno, naprawiały płoty i dźwigały wodę ze studni. Zawsze w ukryciu. Pomagały ludziom starszym i schorowanym. Potem ci starsi i schorowani opisywali te dobre uczynki w listach – wyremontowane ławki w parku, naprawione wózki inwalidzkie, drewniany mostek na rzeczce postawiony na wysokości domu pewnej staruszki. Kobieta mogła wreszcie przejść na drugą stronę, do sklepu. Wcześniej była zdana na innych. Do najbliższego mostu był kilometr, a ona miała już słabe nogi. 
 
Oto jeden z tych listów, który schowałem do szuflady: „Piszę ze łzami w oczach. Ileż to dobra ma w sercu nieznana mi osoba, a zarazem tak bliska. Jestem starszą, samotną kobietą, mieszkam na przedmieściu, mam niedużą działkę. Niedawno wróciłam ze szpitala, byłam tam przeszło miesiąc. Martwiłam się, że nie będę mogła nic robić na tej działce. Gdy w niedzielę sąsiadka pomogła mi wyjść, poszłyśmy zobaczyć działkę, a tu takie zaskoczenie. Znalazłam bilet nr 59878 i zrozumiałam wszystko. Nie mam słów, jak mogłabym wyrazić swoją wdzięczność nieznanej mi osobie, która nie tylko skopała działkę, ale też porobiła grządki, a przy każdej jest tabliczka, co jest zasiane. Zofia B. z Bydgoszczy”.
 
Maciej Zimiński jest współodpowiedzialny za blisko dziewięć milionów takich uczynków. Ostatnio powtarza, że ludzie zapomnieli o przykazaniu miłości. 
 
Będzie pięć lat, jak odbyłem podróż tropem Niewidzialnej Ręki. Drewnianego mostku już nie ma, tych starszych kobiet też już nie ma. 
 
Bank 
 
Ale to chyba nieprawda, że ludzie zapomnieli o przykazaniu miłości. Przynajmniej nie wszyscy. Wiem to dzięki podróży na Wyspy Owcze. Tam od trzydziestu lat żyje Agnieszka, nauczycielka z okolic Włocławka. W Tórshavn, a więc w stolicy Wysp Owczych, założyła rodzinę. Najwspanialszą rodzinę, jaką w życiu widziałem: 

– Cześć mama, możemy zamówić pizzę? – spytał przy mnie David, syn Agnieszki. Miał wtedy jedenaście lat. 
– Nie, dziś zjemy to, co ugotowałam – odpowiedziała spokojnym głosem. 
– Ale ja chcę pizzę!
– Pizza jest droga, a my powinniśmy oszczędzać. Wytłumaczyłam ci, czym jest kryzys, prawda? A co będzie, jak mamę zwolnią z pracy?
– Oj, mama. Fuck off! – żachnął się David. 
– A gdzie się tak angielskiego nauczyłeś? – Agnieszka nie dała się sprowokować. 
– W szkole. Wszyscy tak mówią do swoich matek. 
– Davidku, a wiesz, że mama bardzo cię kocha?
– Wiem. 
– A wiesz, że mamę bardzo boli, jak ktoś, kogo kocha, mówi do niej w tak ohydny sposób? 
– Przepraszam, mamo. 
Agnieszka uczy w szkole podstawowej w Tórshavn. Wieczorami wypełnia tabelki, podania, te wszystkie dokumenty Polaków, którzy znaleźli albo chcą znaleźć pracę w stoczni na Wyspach Owczych. Jej dom to po trosze hotel, biuro podatkowe i gabinet terapeutyczny, z tą tylko różnicą, że Agnieszka i jej mąż nie pobierają opłat. Ludzie mówią, że ona jest jak matka, która pilnuje, byś założył czapkę. Którejś soboty minęliśmy się z Agnieszką w drzwiach: 
– Dokąd idziesz? – spytałem. 
– Do banku. 
– Przecież w soboty wszystkie banki są nieczynne. 
– Idę sprzątać do banku. W dni powszednie uczę w szkole, a w soboty sprzątam. 
W podróży chyba łatwiej jest spotkać się z ludzką życzliwością, zauważyła kiedyś Agnieszka. Chyba tak. Ja też, kiedy jestem w drodze, staję się bardziej uczynny. W podróży chcę być inny niż na co dzień. 
 
strona: 1 2
グッチバッグコピー グッチ財布コピー