DRUKUJ
 
Stanisław Łucarz SJ
Nie być czarną błyskawicą
Życie Duchowe
 


Choroba w życiu człowieka nie jest niczym wyjątkowym. Jest integralną częścią jego kondycji, polegającej na przygodności i przemijalności, a więc pewnej fundamentalnej niedoskonałości, która w chorobie dochodzi do głosu, niekiedy w sposób bardzo dojmujący. Zdrowie nie polega wcale na nieobecności żadnych pierwiastków chorobowych w organizmie czy psychice człowieka, lecz na równowadze pomiędzy nimi a mechanizmami odpornościowymi. Jest więc czymś dynamicznym. Ta równowaga na skutek różnych czynników ulega zachwianiu i to im człowiek starszy, tym częściej. Rzymski pisarz Terencjusz posunął się nawet do stwierdzenia: Senectus ipsa est morbus! – "Sama starość jest chorobą!". Traktowanie ludzi chorych jako szczególnej kategorii jest rodzajem ucieczki od tej fundamentalnej prawdy o każdym z nas. 

W stanie choroby

Nie godzimy się na naszą przemijalność, na ból istnienia przeciekającego nam przez palce, dlatego też relegujemy chorobę, która jest jej sygnałem i wysłanniczką, poza nawias tzw. normalności, a wraz z nią i chorych. Nie chcemy, by nam przypominali o tym naszym nierozwiązanym i nierozwiązywalnym problemie. Dzieje się tak nawet w szpitalach, które przecież mają być miejscem pomocy chorym. Sam jako kapelan szpitala byłem świadkiem, jak zdrowy personel szpitalny traktuje chorych jako inną kategorię, jakby inny gatunek ludzi. Owszem, świadczy się ich chorym ciałom czy chorej psychice fachową pomoc i to niekiedy na bardzo wysokim poziomie, ale nie ma mowy o wspólnocie losu, w którym przecież wszyscy – i leczeni, i leczący – czestniczymy. Przed owym stawianiem poza nawias i brakiem solidarności w chorobie chorzy sami się bronią, większość robi to tylko wewnętrznie, ale są i tacy, którzy walczą o to w sposób otwarty. Nie brak i w naszym społeczeństwie ludzi chorych, którzy pokonując swoje ograniczenia wynikające z choroby, w pełni uczestniczą w życiu społecznym czy politycznym, zajmując także wysokie stanowiska. 
 
Owo odsuwanie chorych i niepełnosprawnych poza nawias normalności to nie tylko krzywda, jaką się im wyrządza, to z chrześcijańskiego punktu widzenia także uniemożliwienie im misji, którą mają do spełnienia, czyli przypominania tzw. zdrowym o przemijalności i kruchości życia ludzkiego oraz o mocy Boga objawiającej się w ludzkiej słabości. Choroba nie jest nieszczęściem, nie jest jakimś fatum, które zwaliło się na człowieka, jest nieodłączną częścią życia i duchowym zadaniem, jakie Pan Bóg daje człowiekowi i właściwie przyjęta staje się źródłem niezwykłej płodności duchowej. Nie przypadkiem też sam Jezus utożsamia się z chorymi (Byłem chory, a odwiedziliście mnie – Mt 25, 36). W historii Kościoła nie brak świętych, których życie przez długie lata czy nawet dziesięciolecia naznaczone było ciężkimi chorobami. Wystarczy wspomnieć św. Teresę od Dzieciątka Jezus, św. Siostrę Faustynę czy Papieża Jana Pawła II.

Jedno kierownictwo dla zdrowych i dla chorych
 
Fundamentalną sprawą, którą, zajmując się kierownictwem duchowym chorych, trzeba podkreślić na samym początku, jest to, iż potrzebują oni tak samo kierownictwa duchowego, jak zdrowi i nie należy ich wydzielać jako szczególnej grupy potrzebującej specjalnych kierowników duchowych. Czasami, ze względu na stan osoby chorej, od kierownika duchowego wymaga się specyficznych umiejętności towarzyszenia, na przykład w ciężkim schorzeniu psychicznym. Jest jednak rzeczą najlepszą, jeśli kierownictwem duchowym osoby chorej zajmuje się ten sam kierownik duchowy, który ją prowadził, kiedy była zdrowa. Nie ulega wątpliwości, że sami chorzy tego chcą, bo też czują oni wewnętrznie, że choroba jest dalszym ciągiem ich historii i że tak jak wcześniej Pan ich prowadził, tak też prowadzi ich dalej. Ważnym wyrazem tej ciągłości Bożej opieki jest też kierownik duchowy. Dlatego jest rzeczą ważną, aby kierownicy duchowi osób, które zapadły na poważne choroby i przebywają w szpitalach czy innych zakładach opieki medycznej, nie dyspensowali się od kierownictwa duchowego, delegując rzecz całą kapelanowi danego ośrodka. Jest rzeczą oczywistą, że choroba osoby prowadzonej jest poważnym wyzwaniem także dla samego kierownika duchowego. Jeśli jest to choroba ciężka, nieuleczalna, a tym bardziej terminalna, musi on wraz z osobą prowadzoną uczyć się trwać w ludzkiej bezradności wobec krzyża. Nie tylko zachęcać do ufności w Bożą Miłość i opiekę, ale sam tej ufności się uczyć. 
 
Każda sytuacja krzyża jest nowa, każda jest naznaczona absurdem, za każdym też razem trzeba wraz z prowadzoną osobą wchodzić w ciemność wiary, w ciemność, w której światłem są tylko krzyż Jezusa i Jego Zmartwychwstanie. Tu też rodzi się dla kierownika duchowego pokusa, aby swe zadania przekazać wykwalifikowanemu duszpasterzowi chorych. Takich jednak nie ma i być nie może. Każdy bowiem chory to osobna, niepowtarzalna historia życia, a jego choroba to za każdym razem inna Pascha Jezusa Chrystusa w jego życiu. Pewnie, że z biegiem czasu kapelan szpitalny popada w rutynę, coraz sprawniej wykonuje swoją pracę w sensie posługi sakramentalnej, ale to wcale nie znaczy, że staje się przez to lepszym kierownikiem duchowym. Może być nawet przeciwnie: sam wypracowuje sobie mechanizmy obronne, które zewnętrznie pozwalają mu lepiej służyć chorym, ale wewnętrznie go od nich oddalają. Nie jest bowiem łatwo zachować tę samą wrażliwość i prowadzić ludzi, jeśli każde następne łóżko szpitalne to – patrząc po ludzku – kolejna tragedia. Stąd też apel do kierowników duchowych, by nie opuszczać osób prowadzonych w sytuacji choroby, bo wtedy szczególnie potrzebują właśnie ich, a nie kogoś innego.
 
strona: 1 2 3 4
グッチバッグコピー グッチ財布コピー