DRUKUJ
 
Przemysław Radzyński
Przebywanie z Bogiem
eSPe
 


Co radziłby Ksiądz komuś, kto chce dopiero wejść w modlitwę w ciszy?
 
Św. Teresa od Jezusa radzi: „Chcesz nauczyć się modlić? – módl się!”. Niech to będzie 15 minut, ale trzeba zakosztowywać tej ciszy. Może to być bardzo powolne czytanie Pisma Świętego. Po jakimś czasie człowiek spostrzeże, że stąpa po grząskim terenie, że nie jest kompetentny. Wtedy zaczyna szukać.
 
Ja też szukałem. Dwa lata. Znalazłem wspólnotę karmelitańską w południowej Francji, nastawioną tylko na naukę modlitwy wewnętrznej. Codziennie konferencje o modlitwie wewnętrznej, a następnie praktyka – modlitwa w ciszy: godzinę rano i godzinę wieczorem. I tak przez cały rok. W trzydziestoosobowej grupie było trzech księży, reszta – świeccy.
 
Niedawno odkryłem, mimo że sam już wcześniej byłem związany z oazą, że Ruch Światło-Życie wydał zbiór małych książeczek o formacji do modlitwy wewnętrznej. Z książeczek tych przebija, że ks. Franciszek Blachnicki był bardzo kompetentnym nauczycielem modlitwy wewnętrznej. A zatem w oazie też istnieje olbrzymie bogactwo duchowej formacji do tej formy modlitwy. Jak ktoś chce, to oczywiście drzwi naszej pustelni też są otwarte. W każdy wtorek wieczorem można też przyjść na modlitwę w ciszy do kościoła św. Marka. Musimy szukać, a kto szuka – znajduje.

Jak doszło do Księdza wyjazdu do Francji?
 
W seminarium uczono nas modlitwy w ciszy. Dobrze wiedziałem, że źródło zawsze jest w kontakcie z Bogiem, bo z pustego nawet Salomon nie naleje. Miałem mocne postanowienie, że nigdy tego nie porzucę. Ale niestety zostawiłem, bo przyszedł natłok spraw na parafii – o szóstej pobudka, Msza św., konfesjonał, potem śniadanie i na ósmą do szkoły. Później obowiązki w parafii, przygotowanie do katechezy, kazania… I tak dzień za dniem, taka gonitwa. Trwało to cztery i pół roku. Pewnego dnia odmówiłem nieszpory, było już dosyć późno, zamknąłem brewiarz i zacząłem się zastanawiać, jakie psalmy odmówiłem, jakie było czytanie. Nie wiedziałem. Przeraziłem się, że wpadłem w rutynę. Jak człowiek jest za blisko świętych rzeczy – modlitwy, Eucharystii – i równocześnie brakuje modlitwy w ciszy, to jest to bardzo niebezpieczne. To moje ocknięcie przyszło w momencie, gdy zbliżały się wakacje. Wyjechałem na miesiąc do sióstr zakonnych na tzw. zastępstwo. Odprawiałem dla nich tylko Mszę św. a potem miałem czas wolny – na modlitwę i lekturę. Tam przeszedłem swoistą kwarantannę – powrót do źródeł. To był początek. Później zacząłem szukać wspólnoty, która formuje do modlitwy w ciszy. Gdy ją znalazłem, poprosiłem mojego biskupa, żeby mnie zwolnił z obowiązków i pozwolił tam pojechać na tzw. rok szabatowy. Początkowo nie chciał się zgodzić. Wszyscy jesteśmy przecież na froncie. Ale ja czułem się inwalidą, zupełnie niezdolnym do walki. Musiałem iść do szpitala. Zrozumiał to i po dwóch latach próśb się zgodził. To było czternaście lat temu.
 
Owoce z tamtego czasu czerpie Ksiądz do dziś?
 
Bez formacji jest bardzo trudno. Są geniusze, którzy może jej nie potrzebują, ale ilu ich jest? Z modlitwą jest podobnie jak z nauką języka obcego – trzeba to robić systematycznie, np. codziennie uczyć się trzydziestu nowych słówek. Po dwóch latach człowiek stwierdza, że ten język w niego przeniknął. Zaczyna mówić płynnie i już nie szuka odpowiedniej formy gramatycznej, nie zastanawia się czy to czas przeszły, czy teraźniejszy. Ale żeby do tego dojść, ile trzeba się namęczyć? Dopiero później okazuje się, jakie to jest łatwe i że może nawet sprawiać przyjemność. Wszystko, co jest piękne w ludzkim życiu, wymaga dużo trudu. A rzeczy Boże chyba jeszcze bardziej niż ludzkie. Dlatego formacja do modlitwy wewnętrznej trwa do końca życia…
 
Rozmawiał Przemysław Radzyński
 
strona: 1 2