DRUKUJ
 
Beata Kolek, Anna Dąbrowska
Zanim spotkasz Boga musisz spotkać siebie
List
 


Ale przecież coś Ojciec robił, wtedy kiedy „nic nie robił".
 
Moim ulubionym zajęciem było siedzenie przy rozgrzanym piecu z kubkiem gorącej herbaty i gapienie się w okno. Domek stał na wzniesieniu, w dole płynął potok, a za potokiem widać było strome, gęsto zalesione zbocze. Obserwowanie go przez cały rok było ciekawym doświadczeniem. Kiedy przebywa się w górach dłużej i ogląda ten sam krajobraz przez kilka miesięcy, to zaczyna się dostrzegać mnóstwo szczegółów. Zauważyłem na przykład, że jesienią odcień żółci zmienia się z dnia na dzień; z jasnego na ciemniejszy, aż do czerwieni. Odkryłem tam, że jesień jest o wiele piękniejsza niż wiosna. Jesień to niezwykła dynamika barw, wiosna to tylko różne odcienie zieleni. Poza tym wykonywałem najprostsze czynności, umożliwiające przeżycie, na przykład rąbałem drzewo. Jeśli tego nie zrobiłem, nie miałem czym palić w piecu, nie mogłem ugotować obiadu ani nawet wody na herbatę.
 
Żeby pobyć w ciszy, nie musiał Ojciec zamieszkiwać w lesie. Można przecież zamknąć się w jakimś klasztorze kontemplacyjnym.
 
Można. Mój prowincjał proponował mi zresztą dołączenie do jakiejś monastycznej wspólnoty. Nie chciałem. W każdej wspólnocie chcąc nie chcąc musiałbym wchodzić w jakieś relacje. Musiałbym się czasem uśmiechnąć albo powiedzieć „Szczęść Boże". Zależało mi na tym, by – na tyle, na ile to możliwe – wyjść poza to. Nie chciałem być „wobec kogoś", chciałem być tylko „wobec siebie".
 
Miał Ojciec jakiś konkretny plan dnia?
 
Nie miałem żadnego planu.. Powszechne mniemanie jest takie, ze pustelnik to ktoś, kto wstaje o czwartej nad ranem i przez trzy godziny medytuje.
 
Ja natomiast wstawałem wtedy, kiedy się obudziłem. Na początku o ósmej, dziewiątej – odsypiałem kilka ostatnich lat. Potem bywało różnie – czasem budziłem się o czwartej, czasem o szóstej. Kiedy wszystko się ustabilizowało, budziło mnie słońce. Wstawałem razem z nim.
 
Bez określonego planu czy rytmu człowiek łatwo może się rozleniwić i nie robić nic. Brak planu może jednak również stać się elementem tworzenia przestrzeni do spotkania z samym sobą. Odkrywałem, czy w danym momencie chcę się pomodlić, czy nie – nie dlatego, że zadzwonił dzwonek czy wybiła określona godzina, ale dlatego, że chcę się spotkać z Panem Bogiem. Czasem chciałem poczytać książkę albo napić się gorącej herbaty, pójść na spacer, na rower, narąbać drzewa czy w strumieniu zbudować tamę.
 
Zawsze istnieje niebezpieczeństwo, że człowiek postawi sobie cel i będzie chciał go zrealizować za wszelką cenę. Wiedziałem o tym i dlatego chciałem tego uniknąć. Zapewne byłbym szczęśliwy, gdyby udało mi się uporządkować dzień, na przykład: jutrznia codziennie o szóstej rano, potem Msza, adoracja... Tylko czy dzięki temu rzeczywiście spotkałbym siebie i Pana Boga? Nie mówię oczywiście, że wszelkie plany są niepotrzebne i że w życiu zawsze trzeba podążać tylko za głosem serca. Nie w tym rzecz. Moim planem nie było też „nierobienie planu". Można powiedzieć, że zwyczajnie chodziłem po lesie i na bieżąco szukałem dla siebie ścieżki – nie podążałem konkretnym szlakiem.
 
Każdy dzień był inny?
 
Nie do końca. Bardzo często kolejne dni były do siebie podobne. Wstawałem rano, odmawiałem jutrznię, odprawiałem Mszę św. i adorację. To trwało godzinę albo dwie. Potem jadłem śniadanie, rąbałem drzewo, coś czytałem, pisałem, czasem cały dzień spędzałem na rowerze. Gdybym spisywał to, co robiłem, okazałoby się pewnie, że większość dni przebiegała według takiego samego schematu.
 
Był taki moment, że chciał Ojciec uciec?
 
Uciec nie, ale pamiętam kilka niełatwych chwil. Bardzo czekałem na zimę. Miałem nadzieję, że spadnie ze trzy metry śniegu, zasypie wszystko i wtedy będę już zupełnie oddzielony od świata. Na moje nieszczęście zima nie była ani bardzo mroźna, ani bardzo śnieżna. Dwa razy jednak zasypało drogę tak, że od niedzieli do niedzieli zupełnie nie ruszałem się z chaty. Miałem wtedy poczucie, że to jest właśnie to, o co mi chodziło: niczym się nie zajmować, nigdzie nie chodzić. Trochę w myśl tego, co mówili Ojcowie Pustyni: „Siedź w celi, a cela cię wszystkiego nauczy". I tak rzeczywiście było. Kiedy byłem całkowicie zasypany, było mi ciężko. Czułem, że najchętniej coś bym zrobił, gdzieś poszedł, uciekł od ciszy.
 
W takich momentach dochodziły do głosu różne moje emocje i pragnienia. Wracały wspomnienia. Przypominałem sobie różne sytuacje z ostatnich lat, a także dawne spotkania z ludźmi. Zastanawiałem się, czy pewnych rzeczy nie można było zrobić inaczej, czegoś innego powiedzieć, wybrać, na coś innego się zdecydować. Z tym wszystkim musiałem się zmierzyć, a to wcale nie było łatwe. Czasem, żeby uporządkować te doświadczenia, próbowałem pisać. Coś, co jest zapisane na papierze, staje się bardziej konkretne, w inny sposób dociera do człowieka. Jeśli pozostaje tylko w myślach, gdzieś ulatuje.
 
Rozmawiał Ojciec z kimś o tym, czego doświadczał?
 
Nie złożyłem przecież ślubów milczenia. Kilka razy rozmawiałem z braćmi, próbowaliśmy nazywać pewne rzeczy, które przeżywałem. Te rozmowy były dla mnie bardzo ważne.
 
A jak wyglądała codzienna Msza Świeta? Odprawiał ją Ojciec bez wiernych...
 
Jeden z moich braci powiedział kiedyś, że aby samemu odprawiać Mszę św., trzeba mieć dużą wiarę. Wcześniej zawsze odprawiałem ją w kościele, dla ludzi. Podczas tego roku byłem całkiem sam. Bardzo pomogło mi to, co napisał Merton, który swoje próby samotnicze i pustelnicze rozpoczął w latach 60., gdy na samotne odprawianie Mszy św. potrzebne było specjalne pozwolenie. On je otrzymał i wielokrotnie podkreślał duże znaczenie sprawowania Eucharystii przez mnicha w samotności. To wyraz jedności Kościoła, bo tak naprawdę ja odprawiam Mszę nie sam, ale we wspólnocie, w jedności z całym Kościołem. Dla mnie miało to bardzo konkretny wymiar. Czasami moja modlitwa wiernych trwała dość długo, kwadrans albo więcej. Próbowałem sobie przypomnieć osoby i sprawy, za które w tym momencie chcę się pomodlić. Cicha, samotna Msza ma ogromny sens i myślę, że uczy wiary.
 
Nie ma nikogo, kto odpowiada...
 
Samemu się odpowiada. Można na głos, ale nie trzeba. Nie ma też jakiegoś specjalnego formularza. Jedynie przy ofiarowaniu zamiast słów: „Módlcie się, aby moją i waszą ofiarę...", w Mszale pojawia się inna formuła: („Módlmy się, aby Bóg Ojciec wszechmogący przyjął Ofiarę Kościoła na swoją chwałę i za zbawienie całego świata"), którą wypowiada kapłan, a potem modli się przez chwilę w ciszy.

I nie ma kazania.
 
O, było, i to czasem bardzo długie. Kazanie, czyli długa cisza po Ewangelii, żeby Słowo Boże wybrzmiało i dotarło do serca. Po Komunii też cisza. Nie miałem tabernakulum, więc adoracja polegała na przedłużonym uwielbieniu. trwało ono kwadrans, raz dwie godziny. Zdarzało się, że z zegarkiem pilnowałem czasu, żeby na przykład za szybko nie skończyć – by „dla przyzwoitości" dociągnąć do pół godziny. Czasem zdobywałem się na odwagę i w ogóle nie zerkałem na zegarek. Jeśli jeszcze kiedyś będę miał szansę pobyć w samotności, to chciałbym na jakiś czas w ogóle wyrzucić zegarek. Nie zdobyłem się na to, ale chciałbym spróbować.
 
 
strona: 1 2 3
グッチバッグコピー グッチ財布コピー