Chanel Santini KATOLIK.pl - Portal katolicki dla wierzących, wątpiących i poszukujących
DRUKUJ
 
ks. Mieczysław Maliński
Odwaga miłości
Przewodnik Katolicki
 


„Miejcie odwagę żyć dla miłości…” Odwagę? Co za pomysł? Żyjemy w czasach pokoju i skoro nie ma potrzeby podejmowania ryzyka, to i na odwagę nie ma aż takiego zapotrzebowania, również w kontekście miłości. A jednak…

 

O co mi chodzi? Spróbuję to wyjaśnić w trzech aktach. I nie ma znaczenia, czy są to reportaże z wydarzeń, które zarejestrowało oko z prawie dziennikarską wnikliwością, czy to obrazy zachowane pod powiekami, zaraz po przebudzeniu, których z reguły się nikomu nie wyjawia. Pozostają jedynie dla tego, kto był autorem scenariusza, scenografii, jedynym reżyserem, jedynym aktorem, a co więcej, jedynym widzem.

Wspomnienie z dzieciństwa

 

Mieliśmy kury. Opiekowała się nimi nasza sąsiadka, uboga starsza kobieta. Miała swoje, to przy okazji doglądała i naszych. Babcia utrzymywała z nią serdeczne, ciepłe, choć z lekka feudalne kontakty. A wszystko aż do dnia, gdy ta przeszła do świadków Jehowy. Coś rzadziej się spotykały, a szczerze mówiąc, jakoś nigdy na podwórku nie trafiały na siebie. Czasami wodziły za sobą zamyślonym wzrokiem, z reguły zawieszonym na plecach. Serdeczne rozmowy wsiąkły w glebę nieuprawianych wzajemności. Dystans, milczenie, a nawet obawa przed spotkaniem pochłaniały przestrzenie codzienności.


Jako młody chłopak – ba, dziecko jeszcze – wiedziałem, że jeśli wracając do domu, natknę się na obity emaliowany garnek, który nigdy nie grzeszy czystością, pełen jajek umorusanych w kurzych odchodach, powinienem go z najwyższą ostrożnością przynieść do domu. Babcia z tego garnka przekładała dwa, a czasami trzy jajka do małej miseczki i oświadczała krótko:
– A to odnieś Jagodzińskiej.
Odnosiłem. Pukałem w brudne drzwi. Pojawiała się zgięta kobieta. Mamrotałem, że to od babci. Kobieta brała jajka bez słowa i oddawała pustą miseczkę. Proceder trwał. Miałem wrażenie, że biorę udział w jakiejś tajemniczej liturgii. Nie wytrzymałem. Pewnego dnia spytałem:
– Dlaczego zawsze oddajemy Jagodzińskiej dwa lub trzy jajka?
– Bo ona jest świadkiem Jehowy! – nie przerywając zmywania, odpowiedziała babcia.
Miesiące zbiegały mi nad szukaniem korelacji między byciem świadkiem Jehowy i dwoma lub trzema jajkami w małej miseczce. Powoli dojrzewałem, aby pytanie postawić ponownie, ale w ulepszonej wersji:
– Dlaczego my oddajemy Jagodzińskiej dwa albo trzy jajka, bo ona jest świadkiem Jehowy?

– To proste – popatrzyła mi w oczy. – Widzisz, świadkowie Jehowy są niezwykle uczciwi i ona z pewnością, by nas czasami nie oszukać, dokłada nam jajka ze swoich. My je po prostu oddajemy.


Myślę, że to mogła być prawda. Stara kobieta zawsze bez słowa odbierała to, co przynosiłem. One w zjonizowanym ciszą powietrzu prowadziły dialog. Jedna mówiła: „Kochana moja, wiem jaka jesteś uczciwa i porządna!”. Druga odpowiadała: „Wiem, że ty wiesz… Wiem, że masz o mnie dobre zdanie”.
I to jest miłość. Kto wie, może to największa miłość, bo przedostaje się przez wyrosłe góry trudności, które trudno przemierzyć pieszo. Ale trzeba mieć odwagę, by pozwolić sobie na takie kochanie.

Ty wiesz lepiej

 

W jego spojrzeniu kryła się trudna do nazwania równowaga, wewnętrzna siła, jakieś nieugięte przekonanie, że będzie dobrze. Muszę przyznać, że ta stabilność bardzo mnie poruszała. Rozpoczynał nowe życie w zupełnie obcym kraju i w odmiennej kulturze. Nie znał tu nikogo. Nie rozumiał reakcji ludzi, wśród których przyszło mu żyć. Jak to jest możliwe, aby człowiek, z którym spędził serdeczne popołudnie wypełnione rozmową i życzliwością, na drugi dzień podawał mu rękę z chłodnym uśmiechem i cedził coś, że dziś jest zajęty i nie ma czasu. To było niezrozumiałe, niepojęte, straszne. A mimo wszystko wewnętrzna równowaga nie znikała z jego czarnych, przepalonych równikowym słońcem oczu. Kto, kiedy i jakie pale bezpieczeństwa wbił w jego życie, by na nich mógł postawić swą stabilną osobowość? Co to za miłość wydała tak niewzruszone owoce wewnętrznej równowagi?


Ma dużą rodzinę. Wszyscy: rodzice i rodzeństwo, bez wyjątku, jak cała reszta wioski, to wierzący i gorliwie praktykujący muzułmanie; ojciec ma trzy żony i wiele dzieci z każdą z nich. Gdy miał osiem lat, rodzice posłali go do szkoły. Uczył się czytać i pisać po francusku. Dostał Biblię i czuł się w obowiązku powiedzieć o tym ojcu. Ten milczał. Gdy miał lat dziesięć, powiedział ojcu, że czyta Biblię, że nabiera zaufania. Ojciec milczał. A gdy miał lat dwanaście, oznajmił, że dalej czyta Biblię i chciałby się ochrzcić. Co na to ojciec? „Synu, ja nigdy nie czytałem Biblii – odpowiedział spokojnym głosem. – Ty czytasz ją już cztery lata. Ty wiesz lepiej”.


Młody czternastoletni chłopak dowiedział się, że coś wie lepiej od swojego doświadczonego ojca, który roztacza opiekę nad trzema żonami i ponad dwudziestką dzieci. A na dodatek to „wiesz lepiej” dotyczy spraw najważniejszych, bo życia duchowego. To jest odwaga miłości, która buduje silną osobowość syna.

Na obcasie

 

Decyzja o adopcji nie była łatwa. Wzięli ich razem, bo byli rodzeństwem. Dysfunkcje? Oczywiście. Ogrom poświęconego czasu, morze miłości, w którym rodzeństwo się pławiło, robiły swoje. Zarówno on, jak i ona, o cztery lata młodsza, na swój sposób cywilizowali się i odnajdywali w tej rodzinie, którą brali już za swoją. Jednak gdy zbliżali się do przełomowego okresu dojrzewania, problemy powracały z nową mocą, często poprzebierane w nowe, do tej pory nieznane szaty. Bunty przybierały na sile. Wicher ostrej wymiany zdań łamał gałęzie porozumienia, na których już z rzadka siadały ptaki, wygwizdujące sielankowe melodie. On zbuntowany, że musi mówić, dokąd idzie i kiedy wraca, któregoś dnia, kiedy ojca nie było w domu, wykrzyknął:


– Gdy tylko skończę osiemnaście lat, będę chodził, gdzie chcę i kiedy chcę! Nigdy nie dowiecie się ani dokąd wyszedłem, ani kiedy i o której wrócę!


Matka wysłuchała zmasowanego ataku bez słowa. Przerwała gotowanie. Pozakręcała gaz na kuchence, obtarła ręce i oddaliła się do sypialni. Patrzył za nią zdziwiony. Przeniósł wzrok na siostrę, która z dużą wprawą udawała, że niby odrabia lekcje. Uśmiechnął się szelmowsko i gdy matka zamknęła drzwi do pokoju, rzucił do siostry:
– No, dotarło! Widziałaś? Nareszcie zrozumiała. Nikomu nic nie będę mówił. Żadnych tłumaczeń.
Po dłuższej chwili drzwi sypialni skrzypnęły. Ukazała się matka w eleganckiej galanterii, pachnąca. Blask się nad nią roztaczał. Podpłynęła do garderoby, a tam włożyła eleganckie czółenka na obcasie. Patrzył na nią z niedowierzaniem. Nie rozumiał, co się dzieje. Co to znaczy? Co ona sobie myśli? Co kombinuje?
– Co ty wyprawiasz? – wykrztusił z siebie.
A ona nic. Tylko stanęła przed lustrem i dawaj poprawiać sobie usta szminką. Podszedł bliżej. Zatrzymał się przed nią. Poczuł wyraźnie jej perfumy i słyszał, jak mu serce wali. Spróbował przemówić stanowczym głosem:
– Dokąd się wybierasz?
Uśmiechnęła się miło, choć sztucznie i odpowiedziała spokojnym, wymuszonym tonem:
– Skończyłam osiemnaście lat, mój drogi…
Zbladł. Próbował się opanować:
– Kiedy wrócisz?
– Skończyłam osiemnaście lat… – powtórzyła, próbując dalej się uśmiechać.
On eksplodował:
– Nie możesz tak postępować. Masz zrobić kolację. Co będziemy jedli? Ja to jeszcze, ale masz przecież małą córkę. Kto ją umyje? Kto ją położy spać? Na mnie nie licz…


Pogładziła go po policzku. Wyrwał się jak oparzony. Ruszyła w kierunku drzwi. Rzucił się na nią i walił pięściami po plecach. Osunął się na podłogę. Usłyszał chrzęst klucza w zamku.
Gdy wróciła po trzeciej w nocy, znalazła ich śpiących, przytulonych do siebie pod stołem na dywanie, okrytych ciepłym kocem. Nie budziła ich. Rozejrzała się po mieszkaniu. Niczego nie ruszała, tylko przymknęła lodówkę.
Rano, gdy krzątała się przy śniadaniu, pojawił się z podkrążonymi oczyma. Stanął przy niej. Po chwili wahania podszedł, przytulił się i wyszeptał: Przepraszam. Zrozumiałem.
Pogładziła go po głowie. Nie żachnął się, nie cofnął.


Tak, to też jest odwaga miłości.

ks. Mirosław Maliński
Przewodnik Katolicki RODZINA dodatek do PK51-52