DRUKUJ
 
Ks. Andrzej Paś
Niby samotność
materiał własny
 


Niby samotność

"...znowu będę sam" - usłyszałem od mojego przyjaciela, który paląc następnego papierosa w duecie z kawą, nawet nie wiedząc o tym, pobudził mnie do refleksji Bożonarodzeniowej.
Tak naprawdę, ta myśl o Świętach rozpoczyna się w ciszy Wigilii Bożego Narodzenia. Ja rozpocząłem właśnie teraz. To, czego oczekujemy 24 grudnia, w jakiś niespokojny sposób przyszło do pokoju naszej rozmowy o codzienności, jej kłopotach, czy nawet rzekłbym - egzystencjalnej pustki. Atmosfera, w której dzieje się życie mojego rozmówcy, usprawiedliwia to jedno, dramatyczne zdanie. Wypadało mi, księdzu, znaleźć odpowiedź i ofiarować ją, jak szczególny drobiazg pod choinkę. Niestety, na truizmy nigdy nie było mnie stać. Zwykłe pocieszenie wydawało mi się żenujące i nie na miejscu. Tym bardziej, że treść zakłopotania wcale nie omijała mojego "ja", przeciwnie, zaczynałem odczuwać niespokojną nutkę empatii. Doskonale znam to uczucie zbliżających się Świąt i kontekst świętowania zarówno mojego, jak i chyba wszystkich ludzi. Niesamowita aura nocy i świateł, ciepła, przyjaźni, przebaczenia, porozumienia. Wszystko dałoby się zamknąć w worku jednego pojęcia - miłości!

"...a więc, brakuje Ci miłości?" - zapytałem, może chcąc zagłuszyć ciszę, którą odczytywałem jako swoją winę. Przecież musiałem odpowiedzieć, chociażby pytaniem.
"...tak"- otrzymałem krótką, ale wystarczającą odpowiedź.

Czy samotność bierze się z braku miłości? Czy też, brak miłości może zrodzić samotność? To, chyba dwa odrębne pytania, wcale niełatwe. Jednak zasadzone przez perypetie naszego życia, szukają samoistnie odpowiedzi. Już sama struktura wydarzenia: pytanie - odpowiedź, wytyczała mi terytorium poszukiwań. Będzie to człowiek, który jest pytaniem i odpowiedzią. Będzie to on, który jest dialogiem, żyje dialogicznie  i w nim padnie w końcu odpowiedź. Miałem taką nadzieję...

Skoro byt ludzki wymaga bytu innego, z którym nawiąże kontakt i który mu odpowie, to jest to jakaś szansa rozwiązania problemu. Ten byt inny musi żyć, musi być jak on - dawać odpowiedzi. Słyszałem nieraz, jak ludzie stwierdzali bardzo prosto: "Ja nie mogę być sam, potrzebuję kogoś" lub przeciwnie: "Jestem stworzona do samotności". Osobiście nie spieszyłbym się z takim czarno-białym oznajmianiem kondycji własnego istnienia. Raczej - poszukiwałbym szarości, w ocenie mojego stylu bycia. Ponieważ i jednemu, i drugiemu zaprzecza nasza struktura bytu homo socialis , którą rozpoznał już w starożytności Arystoteles, odkrywając fenomen dzóon politikón, człowieka jako istoty społecznej, dla której samotność, a może bardziej opuszczenie stawałyby się jakąś karą, przymusową izolacją - dramatem. W chwili nieskoordynowanej autorefleksji widzę siebie, jaki jestem, z moją potrzebą porozumienia z kimś, wchodzenia w społeczności i otwierania siebie, dla innych, dla wymiany tego, czym żyję, mojej piramidy wartości. Dziwnie rwąca we mnie potrzeba komunikacji, jest jakby pulsującym "spodziewaniem się człowieka". Gdyby dało się zatrzymać fragment tego, kim jestem, to pozostałby prawdopodobnie kadr ciekawości, zamkniętej w egzystencjalnym pytaniu: "Kto to jest?" Odczuwam więc pewien pęd istoty ludzkiej  do ludzkiej, może po to, by nie zapomnieć swego bytu, by wiedzieć, jak być dalej człowiekiem, mając ukrytą subtelna obawę jak Fichte, że można zgubić człowieczeństwo bez ludzi. Bez tego, bytowego szkieletu, pytanie- odpowiedź w moim "ja", nie byłoby człowieczeństwa. Wygląda na to, że "ja" i "ty" wychowują się wzajemnie, w ukrytej symbiozie przekraczania siebie, dla realności tego, kim są. Ta transcendencja siebie, by stawać się lepszym, czyż nie jest owocem owego "spodziewania się kogoś", a więc i tęsknotą za komunikacją z innymi?

Tak. Myślę, że uczucie tęsknoty za kimś, które trapi mojego przyjaciela, nie jest obce i mnie. Argumentuje to po prostu szkicem mojego jestestwa. Uspokoiła mnie, moje obawy, własna ontologia - taki jest człowiek. Badana natura będzie prawidłowo reagowała, posłuszna swojej konstrukcji ontycznej, tak we mnie, jak i w każdym. Będzie to zawsze: "spodziewanie się kogoś".
Ktoś, nie zawsze musi oznaczać człowieka, to nie jedyna kategoria bytu rozumnego i wolnego. A jeśli ktoś, to Ten, Którego imię brzmi: "Jestem, Który Jestem"?

W zmąconych uczuciach, które narastały podczas wzajemnego serwowania wątpliwości filozoficznego popołudnia, mój konwersarz przeczytał fragment Vladimira Holana: "Jest taka miłość, że świat się kończy tam, gdzie chcesz postawić stopę(...) Jest taka cisza, że musisz ją wyrazić: i to ty, właśnie ty!". W ten liryczny sposób dał mi do zrozumienia, że rozumie ciężar odpowiedzialności za swoje uczucia, a dokładnie za jedno - jakby samotność.

Mój przyjaciel wymyka się wszelkim szablonom religijności. Wierzy, ale jakby to można było określić - chadza swoimi drogami, subtelnie upominany przez dogmaty Kościoła. Dla mnie, jego obawa osamotnienia nie istniała w realności. Była, nazwałbym to - niedokończonym zdaniem. Trzeba było jeszcze poszukać przyczyn, oddających w ręce rzeczywistości taki, a nie inny owoc sytuacji.
Będą Święta. Kolejne Boże Narodzenie. Powinno być rodzinnie, ciepło i ze zrozumieniem. Gdzieś, jednak wkradła się mrożąca obawa i obcość. Może dlatego, że ten szczególny Czas stracił swój podmiot, swoją treść - istotę. Narodziny Emmanuela - czyli Boga z nami...

Człowiek, który wycofuje się w cień samotności, robi to dobrowolnie. Bóg, Który jest zawsze tym drugim "Ty", pozostaje w miejscu i też, spodziewa się człowieka, robi dokładnie to, co człowiek, ale nie kończy czekać. Wielka, przekraczająca Miłość wychodzi na zewnątrz, nie pozostaje sama ze sobą, by dla Siebie zostać Razem, lecz proponuje komunikację człowiekowi, jakby niepisany układ koegzystencji. Trochę tak, aby "ja" nie zarzucało "Ty"- niezrozumienia. Teraz, przez Tajemnicę Wcielenia, Bóg zaproponował człowiekowi spotkanie, pokonując nawet granice urzeczywistnienia, tylko z jednego powodu.... - właśnie.
 
Przygotowując się do Święceń, dokładnie medytowałem liturgię obrzędu. Pamiętam, że długo zastanawiałem się nad zdaniem: "Bądź z nami Panie...", z pozoru jasnym i czytelnym. Jednak dla mnie, to było ważne sformułowanie, znaczyło tyle, iż od tego momentu: "proszę, nie zostawiaj mnie. Dotąd, czułem tylko siebie, i było mi z tym ciężko. Teraz, jestem z Tobą i nie chcę sam przechodzić przez dar Kapłaństwa, wspólnie - jakoś dam radę". Chyba to, nazywam miłością, której nie trzeba tytułować i interpretować jak majestatyczny wykładnik teologiczny. Gdy "niby" osamotnieni uczniowie zdążający do Emaus, spotkali Emmanuela, czyż nie o to samo prosili: "Zostań z nami Panie..." (Łk 24,29), bądź, po prostu bądź. Nieoczekiwanie w przesuwanych faktach ich życia, pojawił się znowu On. Spełniając ich prośbę, wchodzi w obszar spotkania z człowiekiem. Nie usprawiedliwia chwilowej nieobecności, ponieważ jej nigdy nie było. Istniał inaczej niż dotąd i pozostanie z nimi- też inaczej. Pośród zimnego wieczoru zmysłów, okruchów chleba na stole, w przypływie wielkiej tęsknoty do spotkania, będzie z nimi, bo miłość tak samo i w Nim istnieje, a nawet więcej.

Nibysamotność, która niepokoiła bohaterów trasy do Emaus, powiała wątpliwościami. Czy aby na pewno wszystko zrozumieli? Czy czegoś nie przegapili, wpatrując się zbyt mocno w siebie, i swoje kategorie poznawcze? Te same dźwięki serca są słyszane dzisiaj, przeze mnie i mojego przyjaciela. Skoro, Nieznany Bóg zaproponował taki, a nie inny sposób konfrontacji, to, czyż nie należy szukać inaczej?

Idę za Teilhard`em de Chardin i pytam: "Jaki głos zburzy zaporę pomiędzy Bogiem i Dziełem Stworzenia, nie pozwalającą Temu połączyć się z tamtym?" Może właśnie w tym odcinku rozwiązuje się zagadka nibysamotności. Gdy od momentu Wcielenia Boga rozpoczęła się akcja dopełnienia świata i Wiecznego, ubrana w szaty eucharystyczne. To Kosmos dąży do spotkania ze Stwórcą, właśnie w tym Eucharystycznym momencie, kiedy przebóstwia Jezus - Słowo cały wszechświat, a w nim człowieka - każdego.
Nie spodziewając się takiego efektu rozważań Bożonarodzeniowych, kontestujemy nibysamotność, przywracając też wiarą, Pamiątkę Eucharystii, jak niesamowity wieczór w Emaus i to, niegasnące uczucie spodziewania się Kogoś.

Zapalił ostatniego papierosa, opadając na fotel z uczuciem słusznego odpoczynku. Urwałem porozumiewawczo już tlącą się ciszę. Na stojąco dopiłem ostatnie krople letniej kawy.

Ks. Andrzej Paś,
Diecezja Zielonogórsko-gorzowska

 
グッチバッグコピー グッチ財布コピー