logo
Sobota, 27 lutego 2021 r.
imieniny:
Gabrieli, Liwii, Leonarda, Anastazji – wyślij kartkę
Szukaj w
 
Posłuchaj Radyjka
kanał czerwony
kanał zielony
 
 
 
Facebook
 
Drukuj
A
A
A
 
Ks. Krzysztof Wons SDS
A ja jestem powszedni... razowy ksiądz
Magazyn Salwator
 


A ja jestem powszedni... razowy ksiądz

Idę sobie kiedyś dziarskim krokiem ulicą małego miasteczka i słyszę "pozdrowienie" dryblasów siedzących na przydrożnej ławce: "Księża na księżyc". Zwolniłem nieco, uśmiechnąłem się pod nosem i pomyślałem: no cóż, kocham księżyc, ale wolę "spozierać" na niego z ziemi.
Tak, kocham ziemię, kocham świat i chcę "z dołu" patrzeć na niebo i ludzi. Lubię razem z nimi chodzić po ulicach i mieć nad sobą to samo co wszyscy niebo, raz słoneczne innym razem szare i zachmurzone. Chcę oddychać tym samym co wszyscy powietrzem: i tym wiejskim, czystym, i tym miejskim zarażonym smogiem.  Bo chociaż przed nawiskiem mam napisane "ks.", to przecież bije we mnie normalne ludzkie serce.

Gdy byłem brzdącem, biegałem jak oszalały po podwórku i nie cieszyłem się wśród kolegów opinią świętego. Nikt mi nie mówił "pochwalonego", bo nie urodziłem się w koloratce. Wszyscy wiedzieli, że nie spadłem z nieba i że mieszkam w bloku na parterze. Na podwórko schodziłem bardzo szybko, po trzy schody, wolniej za to maszerowałem do szkoły. Każdy z moich kompanów założyłby się wówczas ze mną, że takiemu jak ja nigdy habitu nie uszyją. Zresztą, ja też nie zawahałbym się z przyznaniem im racji. Owszem, nieraz pokazywali na mnie palcami, częściej jednak wtedy, gdy nabroiłem lub "popstrykałem się" z kolegami. Dziewczęta też lubiłem zaczepiać, bo mi się normalnie w świecie podobały. Nierzadko chodziłem umorusany i darłem spodnie na kolanach równie skutecznie jak inni. Nauczyłem się mlaskać przy stole, grymasić i "beczałem", gdy kazali jeść coś, za czym nie przepadałem.  Nieraz dostałem lanie ...i nigdy za darmo. W szkole zbierałem dwóje i piątki, a najwięcej zarobiłem ocen "państwowych". Mój zeszyt do religii nigdy nie był na wystawie i na modlitwie potrafiłem się nieźle wiercić. Nawet gdy ubrali mnie za mninistranta, niespokojny duch we mnie pozostał. Pewnego razu musiałem dobrze się "wiercić" przy ołtarzu, skoro ksiądz proboszcz zadał mi pisemne ćwiczenie: 300 razy: "Będę grzeczny przy ołtarzu".

Bóg mnie zabrał z tej dziecięcej i młodzieńczej codzienności. "Ubrał" mnie w habit i 7 lat się mozolił zanim wyświęcił na księdza. Podziwiam Go szczerze za tę decyzję i nigdy nie zrozumiem do końca: dlaczego ja? A potem kazał wracać do codzienności podobnej do tej, którą znałem z dzieciństwa i młodości i której za żadne skarby nie zgodziłbym się wymazać z mego serca.
Mijają lata kapłańskiego życia, w którym podobnie jak u wszystkich ludzi, niedziela trafia się raz na siedem dni, a święta Bożego Narodzenia i Wielkanoc nie częściej niż raz do roku. Najwięcej jest chwil powszednich: zwykłych, szarych dni, które przypominają i uczą, co znaczy być nadal normalnym i zwyczajnym jak za dawnych lat.

Lubię się modlić z mojego kapłańskiego Brewiarza, bo zawsze znajduję w nim psalmy, które zadziwiająco do mnie pasują. Czasem słowo w słowo mówią o mojej codzienności, o moich słabościach, upadkach i małych wygranych. Nieraz sobie pokiwiam przytakująco głową, gdy trafiam na słowa: "Biedaka z prochu podnosi, z błota dźwiga nędzarza"; innym razem: "Sławię Cię, żeś mnie tak cudownie stworzył; godne podziwu są Twoje dzieła"; albo, gdy zaczynam Jutrznię jeszcze nieco zaspany i szepczę: "Dobrze jest dziękowć Panu... Rano głosić łaskawość Twoją".

Jedna z największych moich radości, która zaskakuje nieraz w najbardziej szare dni, zdarza się wtedy, gdy sponiewierany grzechem człowiek po długich latach wraca do Boga: to prawdziwe szczęście, gdy mogę uczestniczyć w jego powrocie i wypowiedzieć nad nim słowa: "I ja odpuszczam tobie grzechy…" Nieraz czuję jak ze wzruszenia ściska mnie w gardle. Innym zaś razem, słuchając spowiedzi jakiejś szlachetnej duszy chciałoby się wyjść z konfesjonału, ucałować jej ręce i podziękować za umocnienie w moim kapłaństwie.

A Msza Święta… Każda jest tak samo święta: i ta prymicyjna w złotym ornacie, odprawiana w kościele zatłoczonym ludźmi, i ta w samotności, w radosnym uniesieniu, czy z bólem głowy, katarem i ochrypłym gardłem. W każdej z nich tak samo biorę do ręki chleb, a potem widzę, choć tylko oczami wiary, jak Jezus w moich dłoniach zamienia ten kawałek chleba w swoje Ciało. I myślę sobie w sercu, że podaję Go tym samym ludziom, co ciężko pracowali przy powstaniu chleba, co orali, siali i plony zbierali. Ten sam chleb, na który mój tato ciężko pracował, który mama z miłością całuje... a który Bóg zamienia w swoje Ciało. Kapłaństwo jest dla mnie jak chleb: proste, codzienne, a zarazem boskie, bo przecież tę prostą i codzienną strawę człowieka, Bóg zamienia w swoje Ciało. Z kapłaństwem jest tak jak z chlebem w Eucharystii: jego cudowność i moc objawiają się w słabości, szarości i codzienności.

I wtedy czuję się najbardziej księdzem, gdy podobnie jak chleb, co Eucharystią dla ludzi się staje, mogę się zbliżać do człowieka i być z nim... a właściwie uczyć się z nim być. Być z człowiekiem… To jest chyba najtrudniejsze, ale jest istotną częścią mojego kapłaństwa. Nie po to zostałem księdzem, by mnie na plebanii, w zakrystii czy pięknym kościele zamknęli. I cóż z tego, gdyby kościół był nawet najpięknieszym z pięknych, jeśli byłby bez ludzi.

Biorąc ślub z Bogiem, poślubiłem także samotność. Ona nie jest łatwa. Ale może właśnie dlatego potrafi być piękna. Bo w samotności nieraz jest łatwiej przyglądać się szczęściu innych, łatwiej pomóc innym i łatwiej im Boga przybliżać. Kocham też mój pokój, kapłański pokój, w którym codziennie przygotowuję się do spotkania z człowiekiem, do spotykania człowieka z Bogiem. Kapłański pokój ma w sobie coś z górskiego schroniska. Można w nim odpocząć, przemyśleć dalszą wspinaczkę, można w nim przyjąć innych, ale bez dłuższego rozsiadywania się, bo to tylko miejsce na chwilę. Najpiękniejsze czeka za drzwiami. Tam jest droga i ludzie, z którymi trzeba razem iść.  Potrzebują księdza jako przewodnika. Ksiądz też potrzebuje ludzi, ich życzliwości, serca, nieraz porady, a najbardziej modlitwy. Bo ksiądz to zwykły człowiek. Nie staje się świętszym, gdy przywdzieje habit. Nie suknia czyni mnicha i nie tutuł "ksiądz" czyni świętym. Pozostaje zwyczajny i prosty jak Chrystus z Ewangelii, choć daleko mu do swego Mistrza, do Jego miłości, dobroci i czystości serca.

Czasem gdy patrzę w kościele, jak dzieci wiercą się i rozrabiają, pytam w sercu z ciekawości: które z nich wybierzesz sobie, Panie? Na razie mają jeszcze czas. Niech przesiąkną codziennością, podrą trochę spodni na kolanach i powycierają wszystkie kąty na podwórku. Przyjdzie czas, kiedy ich zawołasz… Bóg ma doskonałe "wyczucie". On tylko spojrzy i już wie. U Niego habity pasują wszystkim, których umawia do "przymiarki". Nieraz, po ludzku sądząc aż się wierzyć nie chce, że …pasują. A jednak wierzę… Wystarczy, że popatrzę na siebie, zwykłego powszedniego księdza.
Może dlatego tak bardzo przypadł mi do serca wiersz, który pokochałem, gdy byłem jeszcze klerykiem:

"myślisz że ja mam dojścia w niebie
że Bóg wcześniej wysłucha
mojej modlitwy
niż twoich łez
myślisz że u mnie w pokoju
aniołki tylko latają
że ja wiem wszystko
że ja zawsze w białym
a ja jestem powszedni
czarny razowy ksiądz".

Ks. Krzysztof Wons SDS

 
Zobacz także
Małgorzata Tadrzak-Mazurek, ks. Andrzej Godyń SDB
Małżonkowie muszą wiedzieć, że w zupełnie innym celu mówi kobieta, a w innym mężczyzna. Kobieta mówi po to, żeby przekazać stan emocjonalny, w którym się znajduje. On natomiast mówi po to, żeby przekazać informację. I dla niego nie jest normalne, żeby mówić żonie pięć razy, że ją kocha...

Rozmowa z Jadwigą i Jackiem Pulikowskimi – autorami poradników dla małżonków, rodzicami trójki dzieci, zaangażowanymi w działalność Duszpasterstwa Rodzin i pracę w Poradni Rodzinnej w Poznaniu.
 
ks. Paweł Sobierajski
Wielki Post w ogóle nie miałby żadnego sensu gdyby nie to, co stoi na jego szczycie. Gdyby nie krzyż. A sam krzyż byłby bezsensownym symbolem, drzewem hańby i narzędziem kata gdyby nie fakt, że z tego krzyża płynie dla nas Życie i cała historia krzyża, tak czy inaczej zanurza się w prawdzie zmartwychwstania. Pan Jezus nie przyszedł na świat po to, żeby umrzeć, ale po to żeby umrzeć i zmartwychwstać. Czyli na Wielki Post musimy patrzeć przez perspektywę zmartwychwstania...
 
Teresa Sawicka
Modlitwa rodzi się z potrzeby chwili. Od dwudziestu pięciu lat prowadzę wraz z moją siostrą, Martą, kuchnię dla ludzi samotnych, chorych i ubogich. Niejednokrotnie nasza działalność natrafiała na przeszkody, wobec których mogłyśmy bezradnie rozłożyć ręce. W tych krytycznych momentach, a było ich niemało, w podniszczonym zeszyciku dzieliłam się swymi problemami ze św. Józefem...
 
 
___________________
 
 reklama