logo
Niedziela, 27 września 2020 r.
imieniny:
Damiana, Mirabeli, Wincentego, Stanisława – wyślij kartkę
Szukaj w
 
Posłuchaj Radyjka
kanał czerwony
kanał zielony
 
 
 
Facebook
 
Drukuj
A
A
A
 
Wojciech Zagrodzki CSsR
Alkoholu nie można bagatelizować
Kwartalnik Homo Dei
 
fot. Yomex Owo | Unsplash (cc)


Nie tylko o duszpasterstwie trzeźwości z księdzem Piotrem Brząkalikiem rozmawia Wojciech Zagrodzki CSsR

 

Czy problem alkoholizmu w Polsce jest wciąż aktualny?

 

Wydawać by się mogło, że problem ten istnieje jedynie marginalnie, i to przekonanie jest dość powszechne. A jest tak dlatego, że funkcjonuje pewne przekłamanie. Na pytanie: „Czy w Polsce istnieje problem alkoholizmu?” większość z nas odpowiada: „Nie!”. Dlaczego? Ponieważ alkoholik to - zwykle tak sądzimy - ktoś leżący w rynsztoku. Tymczasem wielu alkoholików nigdy nie leżało w rynsztoku. Gdybyśmy jednak zapytali inaczej: „Czy w Polsce istnieje problem nadużywania alkoholu?”, to musielibyśmy odpowiedzieć twierdząco! Oczywiście, każdy nadużywający alkoholu, zapytany o swój problem alkoholowy, natychmiast zaprzeczy, niekiedy nawet się obrazi. Jeżeli jednak ktoś, widząc alkohol, nie potrafi nad sobą, a właściwie nad nim, zapanować, to co to znaczy? Przecież do alkoholizmu, czyli do uzależnienia, a niekiedy, bywa, że i do „rynsztoka” prowadzi właśnie nadużywanie alkoholu. Krótko mówiąc: od nadużywania do uzależnienia. Myślę, że mamy w Polsce właśnie wielki problem z nadużywaniem alkoholu. A nawet więcej, mamy ogromny problem z powszechnym bagatelizowaniem używania, a w konsekwencji nadużywania alkoholu! Gdybym miał jakoś zdiagnozować sytuację, to powiedziałbym tak: mamy olbrzymi problem z nadużywaniem alkoholu, który to problem wyrasta z bagatelizowania używania alkoholu, co w konsekwencji prowadzi do uzależnienia, czyli alkoholizmu.

 

Na czym polega bagatelizowanie używania alkoholu?

 

Jako przykład podam, że powszechnie zbagatelizowany został alkohol podawany pod postacią piwa. Jest to zresztą skutek pewnego świadomego działania. Kilkanaście lat temu pojawiła się idea, żeby zmienić strukturę spożycia napojów alkoholowych w Polsce. Pozornie intencje były słuszne: chciano zmniejszyć spożycie alkoholi wysokoprocentowych, zamieniając je na niskoprocentowe, czyli piwo. Ludzie zajmujący się rozwiązywaniem problemów alkoholowych w Polsce zwracali wtedy uwagę na kryjące się w tym pomyśle niebezpieczeństwo. Mimo to ideę podjęto i rozpoczęła się intensywna kampania reklamowa promująca piwo. Problem polega na tym, że wylaliśmy dziecko z kąpielą. W konsekwencji bowiem piwo stało się jednym z wielu napojów chłodzących, które wielu bez oporów ustawiło w swojej świadomości pomiędzy coca-colą i fantą. Jednocześnie wielu rodziców kompletnie bagatelizuje pierwsze piwne przygody swoich dzieci. Dzisiaj mało kto jest świadom, że dwie puszki piwa (pół litra) to tyle samo alkoholu we krwi co 25 gramów czystej wódki. Ogródki piwne wyrosły nam jak grzyby po deszczu. Nie ma meczu, nie ma spaceru, nie ma festynu i nie ma spotkania, żeby można je było przeżyć bez obecności piwa. Nazywam to powstałą nową kulturą piwną. Przyzwolenie na korzystanie z piwa szeroko wpisało się w świadomość młodzieży szkół średnich, a nawet gimnazjalnych. Po piwo coraz chętniej i liczniej sięgają nawet gimnazjalistki. Piwo stało się zwyczajnym i oczywistym towarzyszem, i to tak że każde spędzenie odrobiny wolnego czasu kręci się wokół piwa. Wcześniej czy później takie traktowanie piwa musi prowadzić do nie kontrolowanego używania alkoholu, czyli nadużywania, a w dalszej konsekwencji do uzależnienia. To są pewne etapy, które do uzależnienia prowadzą.

 

Ksiądz Marek Dziewiecki bardzo sugestywnie pokazał kiedyś owo oszukiwanie się przez młodzież. Mówił tak: zapytana na lekcji chemii młodzież bezbłędnie odpowie, że piwo zawiera alkohol. Ale ta sama młodzież w ogródku piwnym będzie przekonywać, że piwo to tylko zwykły napój...

 

Właśnie o to chodzi. Problem w nie mniejszym stopniu dotyczy świata ludzi dorosłych. Proszę zwrócić uwagę na sposób eksponowania piwa w sklepach, co widać szczególnie wyraźnie w supermarketach. Wódki i wina umieszczone są tam na specjalnych stoiskach wydzielonych z reszty sklepu, ale piwo znajduje się obok wody mineralnej. Niby to drobna sprawa, ale jak wiele sugeruje!

 

Warto również zwrócić uwagę na sugestie zawarte w reklamach promujących piwo. Bardzo lubię oglądać telewizyjne reklamy, często szukając w nich „drugiego dna”. Zapamiętałem sprzed laty szczególnie dwie reklamy piwa, które były jednak czymś więcej niż tylko czystą prezentacją promowanego napoju. W jednej z nich trzech mężczyzn idzie na stadion, na mecz. Jednemu z nich zabrakło pieniędzy na bilet. Co wtedy robi? – bez większego żalu idzie do pubu na piwo. Po chwili pojawia się dwóch pozostałych. Okazało się, że zrezygnowali z meczu, żeby dołączyć do kolegi w pubie i razem wypić piwo. To była interesująca, sprawnie zrobiona reklama piwa, w której jednak zawarta była niezwykle silna sugestia: to jest koleżeństwo, to jest grupa przyjaciół, to jest solidarność koleżeńska, którą można zbudować... przy piwie. Druga reklama rozpoczyna się od zwyczajnej sceny z życia małżeńskiego. Wieczorem on, zmęczony pracą, siedzi w fotelu przed telewizorem, a ona tuż obok, coś tam prasując, opowiada, opowiada i opowiada. Jego aż skręca w tym fotelu. W pewnym momencie, nie mogąc już dłużej znieść jej gadania, rzuca czymś czarnym w ścianę i w cudowny sposób przenosi się do... pubu, na piwo. Była to nie mniej od poprzedniej zdradliwa reklama, która przekonuje, że on nie musi słuchać jej nudnego gadania, nie musi się liczyć ze swoją żoną. Piwo wygrywa konkurencję z własną żoną! Nie interesowało go nawet to, że jego żona była ubrana w lekką bieliznę! Zapamiętałem sobie te dwie niezwykle zdradliwe reklamy, które promowały nie tylko piwo, ale również pewne zachowania, pewien styl. Dlatego środowiska trzeźwościowe zabiegały o to, żeby, wzorem innych krajów, reklama piwa nie była związana z żadną opowieścią, bo te towarzyszące reklamie piwa opowieści kreują pewne zachowania i mocno sugerują, że piwo dostarcza zawsze wyjścia z sytuacji, rozwiązuje jakieś problemy, w czymś pomaga, coś ułatwia, tworzy więzi koleżeńskie...

 

Mamy zatem problem nadużywania i bagatelizowania alkoholu. Ale czy liczba uzależnionych wzrasta, stoi w miejscu, czy też spada?

 

Można by w tym miejscu przywołać różne wyniki badań statystycznych. Jednak liczb tych nie można interpretować jednoznacznie. W jaki sposób zmierzyć ilość uzależnionych od alkoholu? – można policzyć uzależnionych, którzy poddali się leczeniu. Jednak nie wszyscy trafiają na leczenie. Badania pokazują nam, że liczba leczących się alkoholików rośnie. Ale z tego nie można wyprowadzić wprost wniosku, że skala alkoholizmu poszerza się, że rośnie liczba uzależnionych. Ta liczba równie dobrze może świadczyć o tym, że coraz więcej ludzi widzi sens leczenia. Natomiast wszyscy prowadzący terapię uzależnionych odnotowują alarmujący fakt: zdecydowanie obniża się wiek tych, którzy zgłaszają się do ośrodków odwykowych. Coraz młodsi pacjenci trafiają do tych ośrodków. Jest to między innymi skutek wczesnej inicjacji alkoholowej.

 

Czy można wskazać przyczyny nadużywania alkoholu i ulegania alkoholizmowi? Obserwuje się, że jedni dość szybko stają się uzależnieni, inni wydają się bardziej odporni. Czy to znaczy, że mogą istnieć również pewne predyspozycje psychiczne, a nawet organiczne?

 

Trzeba pamiętać, że nie każde nadużywanie alkoholu kończy się uzależnieniem. Tu nie ma matematyki, że jeśli wypijemy określoną ilość alkoholu, to z całą pewnością będziemy uzależnieni. Alkoholizm jest chorobą. Ja chętnie porównuję go do cukrzycy. Wszyscy używamy słodyczy i cukru i jest nam z tym dobrze, ale tylko niektórzy będą cukrzykami. I naprawdę nie wiadomo, ani kto, ani kiedy, ani dlaczego. Z alkoholizmem bywa podobnie: kiedyś rozpoczęliśmy przygodę z alkoholem, niekiedy w wieku dojrzewania, i jest nam z nim dobrze jako ze zwyczajnie używanym przez ludzi produktem. Jednak tylko niektórzy będą uzależnieni. I też nie wiemy, ani kto, ani kiedy, ani dlaczego. Nie ma tu żadnego związku z wykształceniem, z pochodzeniem, z zajmowanym stanowiskiem czy powołaniem. Ja nazywam to swoistym uczuleniem, alergią.

 

Dotychczas nie znaleziono żadnego potwierdzenia na przypuszczenie, że alkoholizm jest chorobą dziedziczną na sposób genetyczny. Jeśli możemy mówić o jakimś dziedziczeniu, to jedynie o pewnym dziedzictwie obyczaju. Jesteśmy społeczeństwem, w którym spożywanie alkoholu jest wpisane w nasz obyczaj. Alkohol towarzyszy nam od radości narodzin po łzy śmierci, od spotkań towarzyskich po spotkania biznesowe. On jest wszechobecny. Niektórzy w tym miejscu dodają okoliczność celowego rozpijania narodu np. przez zaborców, okupanta czy komunę. Byłbym tu bardzo ostrożny. Łatwo znaleźć w tym sobie proste usprawiedliwienie: byliśmy rozpijani, a więc sami jesteśmy niewinni. Myślę, że większym problemem jest dziedziczony obyczaj i kulturowy model funkcjonowania mężczyzny i kobiety. Choć i to ostatnie ulega szybkim zmianom, gdyż obserwujemy dramatyczny wzrost kłopotów z alkoholem u kobiet. Alkoholizm nie jest już tylko problemem typowo męskim.

 

Czy to znaczy, że poza obyczajem nie ma innych przyczyn?

 

Zasadnicza przyczyna tkwi w głowie, w myśleniu, w psychice. Problem polega na tym, że alkohol bywa niekiedy używany niczym pyralgina, czyli środek na uśmierzenie - nie tyle bólu fizycznego, co raczej niepokoju wewnętrznego, np. jako środek na rozładowanie napięcia po całodniowym stresie, po pełnym napięcia spotkaniu itp. Alkohol rzeczywiście rozluźnia i daje poczucie odprężenia. Stres będzie jednak co jakiś czas powracał. Jeśli ktoś za każdym razem będzie szukał odprężenia w alkoholu, to z czasem mogą zrodzić się z tego poważne trudności. Wytwarza się najpierw pewien psychiczny mechanizm reagowania na stres. Z czasem następuje uzależnienie biologiczne. Pamiętajmy, że to się dzieje latami; nikt nie staje się alkoholikiem w ciągu jednej nocy, z soboty na niedzielę, a nawet nie z miesiąca na miesiąc. To jest proces, który rozwija się długo, od zwyczajnego towarzyskiego używania alkoholu po niebezpieczne nadużywanie i wreszcie uzależnienie.

 

Ważna chyba jest myśl, że jeśli nawet były próby rozpijania narodu, to jednak nie można zwolnić się z osobistej odpowiedzialności...

 

Nie kwestionuję, że świadome próby rozpijania mogły być podejmowane. Ale polityką rozpijania narodu nie można usprawiedliwić własnych kłopotów z alkoholem. Status ofiary bywa bardzo wygodny, bo zwalnia z osobistej odpowiedzialności, a nawet z podejmowania wysiłku, żeby swój problem przezwyciężyć. Dzisiaj łatwo można by się usprawiedliwić np. reklamą telewizyjną. Ale przecież tak jak wobec polityki rozpijania narodu, tak wobec reklamy człowiek nie jest bezbronny. Wybór jest, i to po mojej stronie: mogę z reklamy skorzystać, ale nie muszę. Zresztą w naszej historii w ostatnich latach mamy znakomity przykład, że można się oprzeć sile mediów, usiłujących kreować rzeczywistość. Myślę tu o wyborach parlamentarnych i prezydenckich w Polsce w 2005 roku, kiedy media i wszystkie sondaże jednoznacznie wykreowały zwycięzców. Kiedy wydawało się, że wyniki są już przesądzone, okazało się, że społeczeństwo wybrało zupełnie inaczej. Ten fakt przekonuje mnie, że media mogą kreować rzeczywistość jedynie w takim stopniu, w jakim ludzie im na to pozwolą. Propaganda nikogo nie zwalnia z osobistej odpowiedzialności za podejmowane wybory.

 

Czy można wskazać ów krytyczny moment, w którym używanie alkoholu zaczyna być nie kontrolowanym nadużywaniem prowadzącym do uzależnienia?

 

Na ogół sam zainteresowany nic nie zauważy. Pierwsi dostrzegą problem ci, którzy są najbliżej, żyją obok. To żony, matki, narzeczone, ojcowie, mężowie, sąsiedzi, koledzy, współpracownicy i przełożeni jako pierwsi zauważą, że jeszcze trzy lata temu czy rok temu używanie alkoholu przez tego człowieka wyglądało inaczej niż dziś: dziś wygląda to jakoś niebezpiecznej. Kiedy do pijącego niekontrolowanie zaczynają docierać informacje, że jego sposób używania alkoholu jest kłopotliwy, sprawia otoczeniu przykrość, pojawiają się jakieś konsekwencje, np. nie spełnione obowiązki, przykre, bo nie kontrolowane słowa – to są pewne sygnały wskazujące na moment krytyczny. Wtedy zwykle uruchamia się taki mechanizm samoobrony: sięgam po alkohol, bo... nie mam pracy, wykorzystuje mnie pracodawca, nie mogę się porozumieć z żoną, biskup mnie nie rozumie itp. Przyczyna zawsze lokowana jest na zewnętrz, poza sobą. Czasami usprawiedliwieniem sięgnięcia po alkohol bywa własne zdenerwowanie, ale wtedy również przyczyną tego zdenerwowania jest ktoś lub coś (np. sytuacja w pracy, ustrój polityczny, bezrobocie lub cokolwiek innego). Niektórzy mówią: gdybym miał inną żonę, to bym nie pił. To jest jedna z większych iluzji. Niestety, zainteresowanemu niezwykle trudno jest przyznać się do tego, że to on sam nie radzi sobie z pewnymi sytuacjami i dlatego sięga po alkohol. Dlatego też jemu samemu niezwykle trudno jest rozpoznać ów moment krytyczny.

 

Właściwie chyba większość uzależnień dokonuje się wtedy, kiedy człowiek nie radzi sobie z powstającymi w nim napięciami i nie umie się do tego przyznać...

 

Owszem, ale alkohol jest łatwo dostępny w najbliższym sklepie, prosty w użyciu i bardzo skuteczny, bo działa natychmiast. A ponadto jest wpisany w obyczaj.

 

Od wielu lat w Polsce istnieją struktury duszpasterstwa trzeźwości. W przypadku alkoholizmu chyba raczej specjalistyczne leczenie jest potrzebne, a nie oddziaływanie duszpasterskie...

 

Zgadzam się: w przypadku alkoholizmu, uzależnienia potrzebne jest przede wszystkim leczenie, a dopiero potem duszpasterstwo. Dlatego nie mówimy o duszpasterstwie uzależnionych, ale o duszpasterstwie trzeźwości. Ale muszę powiedzieć, mając świadomość, że zabrzmi to dość prowokacyjnie: ja nie wiem, czy istnieje jakakolwiek koncepcja duszpasterstwa trzeźwości jako pewnej formy, jako instytucji powołanej przez Episkopat Polski.

 

Przecież istnieje struktura ogólnopolska i diecezjalna! Wytyczne Episkopatu Polski dla kościelnej działalności trzeźwościowej1 wskazują wiele form pracy duszpasterstwa trzeźwości: „zachęta do podjęcia abstynencji”, „tworzenie parafialnych wspólnot trzeźwościowych”, „wprowadzenie w ramach poradnictwa parafialnego dyżuru specjalisty”, „propagowanie trzeźwości”, „propagowanie wesel bezalkoholowych” itp. Pojawia się wezwanie do kapłanów: Obecna chwila wymaga szczególnie zdecydowanej postawy kapłanów wobec zagrożenia alkoholizmem i przykładu całkowitej abstynencji...

 

To prawda. Wiele z tych propozycji jest podejmowanych. Ponadto diecezjalni duszpasterze organizują różne zloty, pielgrzymki, dni skupienia dla osób z problemami alkoholowymi i ich rodzin. Ja sam podczas każdych rekolekcji, których głoszę wiele, podejmuję ten temat, zwłaszcza podczas konferencji stanowych. Istnieją rozbudowane struktury duszpasterstwa trzeźwości. Są powołani duszpasterze diecezjalni, powinni być powołani duszpasterze dekanalni. Stawiam jednak pytanie: w jaki sposób te działania podejmowane na szczeblu centralnym znajdują swój oddźwięk w życiu konkretnej parafii? No i czy istnieje jakaś całościowa koncepcja duszpasterstwa trzeźwości?

 

A może po to są duszpasterze diecezjalni, żeby tych pracujących w parafii zachęcać do promocji trzeźwości?

 

Być może, ale jak to robić? Mam świadomość, że wypowiadam zdanie krytyczne, chociaż przyznaję, że sam w tej chwili nie mam gotowej recepty. Jestem jednak przekonany, że w duszpasterstwie parafialnym jako takim drzemie ciągle jeszcze nie wykorzystany, olbrzymi potencjał promocji trzeźwości jako stylu życia. Każdy duszpasterz, niezależnie od tego, czy znajduje się w strukturach diecezjalnego duszpasterstwa trzeźwości, czy jest poza nimi, powinien dużo wiedzieć na temat alkoholizmu, procesu prowadzącego do uzależnienia, i powinien nauczyć się też o tym mówić. Bo duszpasterze mogą pomóc ludziom uwikłanym w problem alkoholowy. Muszą jednak wiedzieć, jak to robić.

 

Jest Ksiądz duszpasterzem trzeźwości archidiecezji katowickiej. Jak do tego doszło?

 

Prawdopodobnie nigdy bym tej funkcji nie podjął, gdyby nie moje własne doświadczenie. Powiem wprost: jestem alkoholikiem, księdzem uzależnionym od alkoholu, po klasycznym leczeniu odwykowym, które miało miejsce jakieś 12 lat temu. W ten sposób znalazłem się w środowisku trzeźwiejących alkoholików i zostałem powołany do funkcji diecezjalnego duszpasterza trzeźwości. Dzisiaj widzę, że to był bardzo dobry pomysł mojego księdza arcybiskupa Damiana Zimonia. Dla kogoś, do kogo docierają sygnały o jego problemie alkoholowym, najważniejsze jest spotkanie drugiego, komu udało się nad uzależnieniem zapanować. Mogę być dla niego świadkiem, jakimś światełkiem w tunelu. Ponadto ja dzisiaj, mówiąc o drodze przechodzenia od używania alkoholu do uzależnienia, wiem, o czym mówię. Co więcej, jestem w stanie zweryfikować, czy stojący przede mną człowiek nie próbuje ukrywać przed sobą rozpoczynającego się w nim problemu alkoholowego, gdyż pewne reakcje są identyczne niezależnie od imienia.

 

Kiedy zostawałem diecezjalnym duszpasterzem trzeźwości, zacząłem szukać jakiegoś miejsca dla siebie: co ja mam robić jako duszpasterz trzeźwości? I tak powstał pomysł na kampanie promujące trzeźwość.

 

Co to jest?

 

Kiedyś zrodziła się myśl: skoro można reklamować proszek do prania czy pastę do zębów, to może i trzeźwość można reklamować, wykorzystując wszystkie środki tzw. reklamy zewnętrznej. Nawiązałem wtedy kontakt z katowicką agencją reklamową Business Consulting i z katowickim plastykiem Romanem Kalarusem, przygotowującym oprawę plastyczną. Kampanie te trwają już od 10 lat. W roku 2007 była skierowana do kierowców. Być może, chodząc po Krakowie, zauważył Ojciec billboardy z hasłem „Prowadzę – jestem trzeźwy”. Również w telewizjach emitowane są nasze spoty. Plakaty umieszczono również w środkach komunikacji miejskiej. Pomysłodawcą tego przedsięwzięcia jest nasze duszpasterstwo trzeźwości. Cieszą mnie te akcje, gdyż po raz pierwszy trzeźwość jako postawa pojawiła się na ulicach. Po raz pierwszy o trzeźwości zaczęło się mówić publicznie bez religijnego patosu. Co więcej, te kampanie zostały zauważone. Izba Gospodarcza Reklamy Zewnętrznej zwróciła się do nas z pytaniem, czy mogą wykorzystać nasz temat do zorganizowania ogólnopolskiego konkursu na plakat społeczny. Na konkurs wpłynęło ok. 270 prac. W maju 2008 roku w Collegium Maius w Krakowie odbyła się wielka gala wręczania nagród, do udziału w której zostałem zaproszony.

 

Nie jesteśmy wrogami alkoholu. Chodzi nam o to, żeby trzeźwość stała się modą, obyczajem. Bo im więcej ludzi trzeźwych, tym mniej nadużywających i uzależnionych.

 

Może to jest jeden z pomysłów na pracę diecezjalnych duszpasterzy trzeźwości czy ogólnopolskiego Zespołu Apostolstwa Trzeźwości?

 

Być może... Ale trzeba dodać, że to są jedynie pewne akcje. Nieocenionym miejscem początku duszpasterskiego kontaktu z człowiekiem z problemami alkoholowymi jest konfesjonał. Dzięki Bogu, ludzie z tego się spowiadają, uznając nadużywanie alkoholu za grzech. Gdyby wtedy spowiednik potrafił się nad tym człowiekiem zatrzymać, poświęcić mu trochę więcej czasu, zapytał, jak ten problem wygląda, gdyby spróbował go zachęcić, że nie ma nic do stracenia, że wszystko da się odzyskać, odbudować, gdyby wskazał mu jakiś adres lub telefon kontaktowy do grupy anonimowych alkoholików, klubu trzeźwościowego znajdującego się dwie ulice dalej, to mógłby mu wiele pomóc. Wydaje mi się, że konfesjonał w tej dziedzinie pozostaje jeszcze mało wykorzystany.

 

A zatem w zasadzie nie można mówić o duszpasterstwie trzeźwości jako pewnej szczególnej formie pracy. Chodzi raczej o to, aby promocja trzeźwości znalazła się w polu zainteresowania zwyczajnego duszpasterstwa...

 

Tak to widzę. Co innego, jeśli mamy do czynienia z człowiekiem już uwikłanym w problem alkoholowy.

 

Wspomniał Ksiądz o roli konfesjonału. Wyobraźmy sobie, że człowiek uzależniony przychodzi do spowiedzi. Jeśli alkoholizm jest chorobą, to trudno mówić tu o grzechu. Otrzyma rozgrzeszenie. Co jeszcze powinien usłyszeć w konfesjonale?

 

Przede wszystkim powinien otrzymać ogromne wsparcie. Jego przypadek nie jest ani pierwszym, ani ostatnim. Człowiek z problemem alkoholowym musi nabrać przekonania, że jego trudność nie jest jeszcze największą tragedią, skoro przyszedł do konfesjonału. Nieszczęście i tragedia będzie wtedy, kiedy on z tym problemem nic nie zrobi, jeżeli nie podejmie pracy nad sobą. Wtedy może być tylko gorzej. Następnie, jeżeli ma problem z alkoholem, to trzeba mu pomóc zidentyfikować ten problem. Ponadto powinien otrzymać informację o możliwej fachowej pomocy oraz o możliwości spotkania ludzi, którzy kiedyś znajdowali się w podobnej sytuacji, ale którzy swój problem przezwyciężyli, bo przecież można żyć bez alkoholu. W Polsce mamy ogromnie dużo miejsc tzw. samopomocowych. Są to grupy anonimowych alkoholików, kluby trzeźwościowe, ośrodki rozwiązywania problemów alkoholowych, działające w różnych gminach. Każdy proboszcz powinien wiedzieć, gdzie w jego najbliższej okolicy takie punkty się znajdują.

 

Czy owe grupy samopomocowe podlegają duszpasterstwu? Czy znane są Księdzu parafialne grupy samopomocowe?

 

Grupy samopomocowe musimy podzielić na dwie zasadnicze grupy: kluby i stowarzyszenia trzeźwościowe (te, choć nie podlegają duszpasterstwu, to bywa, że proszą o opiekę duchową kapłana) i grupy AA. Te są grupami autonomicznymi i niezależnymi od duszpasterstwa, chociaż w Polsce zdecydowana ich większość korzysta z pomieszczeń parafialnych. Owszem, zdarzają się takie momenty wspólne, jak np. Msza św. w rocznicę powstania czy spotkanie opłatkowe z udziałem duszpasterza. Jeśli powstają gdzieś samopomocowe grupy parafialne, to dzieje się to raczej sporadycznie. Co więcej, myślę, że na początkowym etapie nie należy procesu trzeźwienia wiązać wprost z elementem religijności. Kiedy człowiek wchodzi na drogę uzależnienia, wtedy oddala się od Boga – i tak musi się stać. Nadużywany alkohol sprawia, że człowiek wiele spraw zepsuje, wręcz zniszczy, zwłaszcza w relacjach międzyludzkich. Próbuje się jakoś pozbierać, ale często mu się to nie udaje, więc w pewnym momencie rezygnuje w przekonaniu, że Pan Bóg przestał się nim interesować. Następnie przestaje chodzić do kościoła, żeby przypadkiem nie usłyszeć czegoś nieprzyjemnego z ambony z ust księdza. Kiedy rozpoczyna proces trzeźwienia, wówczas w naturalny sposób wejdzie również na drogę powrotu do Boga. Kluczem w tym procesie jest jednak podjęcie zwyczajnej terapeutycznej pracy nad sobą. W procesie trzeźwienia Pan Bóg jest punktem dojścia, a nie punktem wyjścia. Dlatego w dialog z człowiekiem uzależnionym lepiej nie wprowadzać na początku motywacji religijnej.

 

Czy jednak na drodze zmagania się ze sobą Pan Bóg nie jest bardzo potrzebny już od samego początku?

 

Zgoda, wyraziłem się mało precyzyjnie. Pan Bóg tak, ale religijność na początku może przeszkadzać. Proszę zauważyć sposób podejmowania przez niektórych ludzi postanowień abstynenckich na czas wielkiego postu czy adwentu. Bywa, że ktoś obieca rodzinie, że przez kilka tygodni wielkiego postu nie napije się nawet kropli piwa. Skoro słowo rzekł, to go dotrzyma z zaciśniętymi zębami. Ale w niedzielę wielkanocną „nadrobi” wszystkie zaległości, wynagrodzi sobie dotrzymanie obietnicy i diabli wezmą cały wielkopostny wysiłek. Osoby z problemami alkoholowymi przestrzegałbym przed podejmowaniem tego typu postanowień jako formy udowadniania komukolwiek, że „ja z alkoholem daję sobie radę”. Po to żeby poradzić sobie z nadużywaniem alkoholu, konieczne jest przyznanie się do swojego problemu. Jeśli się przyznam, to muszę podjąć pracę nad sobą, i to nie tylko przez kilka tygodni. Pracy tej nie można zastąpić łatwym rozgrzeszeniem. Bo wtedy istnieje niebezpieczeństwo: otrzymałem rozgrzeszenie, odprawiłem pokutę i... sprawa wydaje się zamknięta. Ale problem nie został rozwiązany. Dlatego powiedziałem, że Bóg powinien być punktem dojścia, a nie wyjścia w procesie trzeźwienia.

 

Pamiętajmy, że o problemie alkoholowym mówimy w kategoriach choroby. Czy mamy parafialne grupy dla chorych np. na serce? Musimy się zdecydować: albo alkoholizm traktujemy jako chorobę, albo jako grzech. Jeśli jest to choroba, to są też tego konsekwencje. Uparcie głoszę, że księża z problemami alkoholowymi też powinni się leczyć w najnormalniejszych ośrodkach odwykowych dla wszystkich. Nie należy tworzyć specjalnych ośrodków dla księży. Nie ma przecież osobnych szpitali dla księży chorych na żółtaczkę.

 

Bo rzeczywiście problem alkoholowy podświadomie dalej traktowany jest jako grzech, a nie jako choroba...

 

Zarówno mnie samemu, jak i moim współtowarzyszom bardzo dobrze zrobiło leczenie w normalnym ośrodku odwykowym. Mogę o tym mówić dopiero teraz, po 12 latach. Kiedy ksiądz w takim ośrodku spotka się z problemami ludzi świeckich, którzy potracili domy, rodziny, to się okazuje, że jego problemy są głupstwami. A im obecność księdza pozwala na odkrycie, że problem alkoholowy dotyka nie tylko „roboli” z fabryki czy z placu budowy, ale także księdza. To może być niesamowicie pozytywne wzajemne oddziaływanie. Jest wszakże jeden warunek: na czas leczenia ksiądz musi schować swoje kapłaństwo do kieszeni. Kapłaństwo bowiem przeszkadza w podjęciu leczenia. Z natury rzeczy są cztery grupy zawodowe, które mają trudność w podjęciu leczenia: ksiądz, lekarz, nauczyciel i prawnik, ponieważ oni są powołani do tego, żeby pouczać innych. Do nich ludzie przychodzą po pomoc: do księdza – jak się dostać do nieba; do lekarza – jak być zdrowym; do prawnika – jak załatwić formalności prawne; do nauczyciela – jak przejść do następnej klasy. W przypadku księdza pojawia się dodatkowa trudność pochodząca stąd, że kapłaństwo wsparte jest autorytetem Boga. Myślę, że święcenia biskupie przeszkadzałyby jeszcze bardziej. Tymczasem alkoholizm jest jedną z najbardziej demokratycznych chorób: ani święcenia, ani tytuły, ani pozycja nie stanowią zabezpieczenia przed problemami alkoholowymi.

 

Wydaje się, że ważny jest również czytelny przekaz wezwania do trzeźwości w nauczaniu płynącym z ambony. Na co Ksiądz zwróciłby uwagę?

 

Na sposób mówienia, w którym musi być rzetelna informacja, brak mentorskiego pouczania, a przede wszystkim nadzieja. Człowiek, który ma problem z alkoholem, na ogół próbuje nad nim zapanować. Często próbuje wielokrotnie, a czasem mu się udaje przez miesiąc, dwa, niekiedy pół roku. Ale kiedy po wielu próbach znów ujawni się jego słabość, w pewnym momencie utrwali się w nim przeświadczenie, że jest do niczego, i spisuje siebie na straty. Jeśli w takim momencie od księdza z ambony usłyszy dodatkowo to samo, może się zamknąć na bardzo długi okres, a nawet przestać chodzić do kościoła. Na ambonie trzeba przekonywać, że jest wyjście z każdej sytuacji, że są grupy samopomocy. Oczywiście, potrzebny jest wysiłek, czas, ale każdy może zwyciężyć swój problem.

 

Ponadto nie można problemu alkoholowego utożsamiać z grzechem. Trzeba też zachęcać rodziców, żeby nie bagatelizowali pierwszej przygody swoich dzieci z piwem. Rodzice ulegają czasem takiemu złudzeniu, że jeśli milczeniem przyzwolą na piwo, to ich dzieci nie sięgną po trunki mocniejsze czy narkotyki. To jest jedno z większych złudzeń.

 

Zrobiono badania w szkołach średnich i gimnazjalnych w pewnym mieście. Okazało się, że młodzież doskonale zdaje sobie sprawę z zagrożenia, jakie płynie z narkotyków, i dlatego po nie sięga rzadziej, ale nie zdaje sobie sprawy z problemu alkoholu i dlatego po alkohol sięga bez zastrzeżeń...

 

Tak, bo alkohol jest nieustannie i łatwo dostępny. Tego problemu nie rozwiążemy przez administracyjne zakazy. To jest kwestia kształtowania mody na trzeźwość, a także wychowania do zdolności realnej oceny, w którym momencie moje używanie alkoholu zaczyna być niepokojące dla mnie i dla mojego otoczenia. Informacja o tym skierowana w stronę zainteresowanego musi być bardzo jasna.

 

Często można spotkać osoby skarżące się na współmałżonka alkoholika, z którym trudno już w domu wytrzymać. Czy w sytuacjach skrajnych można sugerować separację jako czasowe rozwiązanie konfliktowej sytuacji w małżeństwie?

 

Tu nie da się ustalić jednej zasady dobrej na wszystkie sytuacje, gdyż wiele zależy od uwarunkowań indywidualnych. Zresztą w podejściu do tego problemu dostrzegam wielką ewolucję w samym sobie. Bezpośrednio po powrocie z leczenia i krótko po nim byłem bardzo radykalny i nieraz radziłem: „Zostaw go”, „Masz prawo do spokojnego życia”. Ale teraz, im jestem starszy, tym bardziej zmieniam zdanie. Może też dlatego, że w moim otoczeniu są dwa małżeństwa, w których on jest alkoholikiem po leczeniu odwykowym. Obydwa małżeństwa zdołały odbudować wszystko, co legło w gruzach przez alkohol: i ekonomię, i relację między sobą, i z dziećmi. Obydwaj mężowie mówią niemal jednym głosem: „Kiedy byłem w sytuacji krytycznej, moja żona mogła mnie zostawić, i nie miałbym prawa mieć do niej żadnych pretensji, ale dzisiaj jestem tym, kim jestem, dzięki temu, że ona mnie nie zostawiła”. Nie odważę się powiedzieć, co jest lepsze: trwanie razem czy separacja. Znam człowieka, który podjął leczenie dopiero wtedy, kiedy zobaczył leżący na stole pozew do sądu o sprawę rozwodową. Do dzisiaj żyją razem. Znam takiego, który musiał stracić dom. Ale znam też kogoś, kto poszedł na leczenie po tym, kiedy przy wigilijnych życzeniach usłyszał od własnego dziecka: „Tatusiu, ja bym bardzo chciał, żebyś już nie pił”. Nie ma zasady. Coraz bardziej się przekonuję, że obecność może więcej zdziałać niż odejście. Przyznaję się bardzo uczciwie, że kiedyś myślałem inaczej. Teraz, w kontekście wielu doświadczeń, na nowo odkrywam sens przyrzeczenia wierności małżeńskiej „w dobrej i złej doli”. Nie jest sztuką być wiernym tylko wtedy, kiedy jest w miarę dobrze. Sztuką jest trwać, kiedy jest bardzo ciężko. Nie ma to nic wspólnego z jakimś cierpiętnictwem. Trwanie jest istotą tego przyrzeczenia, chociaż jest oczywiste, że nie wolno się poddać sytuacji nadużywania alkoholu. Trzeba robić wszystko, żeby współmałżonek podjął leczenie.

 

W jaki jeszcze sposób duszpasterze mogą uczestniczyć w duszpasterstwie trzeźwości?

 

Przez własne świadectwo – to jest bardzo ważne. Na przykład: niech wszystkie uroczystości parafialne (odpusty, jubileusze, imieniny itp.) odbywają się nawet bez lampki wina. Nawet jeśli spotkanie odbywa się wyłącznie w gronie kapłańskim, to przecież to świadectwo jest widoczne na zewnątrz. To widać, bo przecież ktoś obiad odpustowy obsługuje, ktoś jest kelnerem, ktoś jest kucharzem... Ważny jest przykład, że można spędzić miło czas, nie wznosząc toastu alkoholem. To ma znaczenie. Ponadto musimy oduczyć się patrzeć ilościowo: że lampka wina to niewiele. Podobnie ilościowo patrzymy na duszpasterstwo: jak jest dużo uczestników pielgrzymki, to jest dobre działanie duszpasterskie. Byłem na niejednym odpuście, gdzie księża spędzili dobrze czas bez żadnego alkoholu.

 

Kiedyś głoszono tzw. rekolekcje trzeźwościowe. Czy jest to praktyka, która dzisiaj straciła już swoje znaczenie?

 

Ja już nie pamiętam rekolekcji trzeźwościowych. Pewnie w tamtym czasie była to dobra forma duszpasterska, gdyż nie mieliśmy do dyspozycji mediów, a ambona była jedynym środkiem przekazu. Ale były to też czasy, kiedy pijaństwo było widziane przede wszystkim jako grzech. Wobec tego tematem takich rekolekcji mógł być element grzeszności w alkoholizmie. Na przestrzeni ostatnich 15-20 lat wiedza na temat uzależnienia od alkoholu ogromnie się rozwinęła. Skłaniamy się do przekonania, że na problemy alkoholowe nie można patrzeć w kategoriach grzechu. Dzisiaj takich rekolekcji sobie nie wyobrażam. Wydaje mi się, że jest lepiej, jeśli temat trzeźwości zostanie wpisany w normalne wielkopostne rekolekcje, jeśli nie będzie zagadnieniem osobnym i wyjątkowym.

 

Wspomniał Ksiądz, że problemy alkoholowe nie omijają również kapłanów. Czy można pokusić się o jakieś uogólnienie: którędy wiedzie droga do uzależnienia w ich przypadku? Czy jest to duży problem?

 

Zasadniczo problem jest ten sam, co u wszystkich: jeśli ksiądz sięga po alkohol jak po tabletkę pyralginy, by uciszyć niepokoje, z którymi sobie nie radzi, to sytuacja taka może się skończyć uzależnieniem. Jednakże w życiu kapłańskim są obecne dodatkowe okoliczności, które mógłbym nazwać okolicznościami sprzyjającymi. Jedną z nich nazywam „omnibusowatością” księdza. Jest w nas kształtowana świadomość, że ksiądz powinien umieć dobrze robić wszystko: być dobrym kaznodzieją, dobrze śpiewać, być dobrym gospodarzem, spełniać oczekiwania biskupa, proboszcza i parafian, być zawsze wypoczęty i uśmiechnięty i zawsze do dyspozycji wszystkich... Problem polega na tym, że nie da się spełnić tych wszystkich oczekiwań. Jeśli zaś dołożymy do nich wrażliwe bądź co bądź sumienie, to w pewnym momencie czyjeś nie spełnione oczekiwanie może zrodzić poczucie winy i ból z powodu zawiedzenia pokładanych w nim nadziei. Stąd już tylko krok do sięgnięcia po jakieś znieczulenie, a alkohol świetnie się do tego nadaje. Zatem musimy sobie uświadamiać, że nie jesteśmy w stanie spełnić wszystkich ludzkich oczekiwań, rozwiązać wszystkich problemów, z którymi ludzie do nas przychodzą, a wreszcie że my również mamy prawo do popełnienia błędu. Przyznaję, że zgoda na te wszystkie ograniczenia nie przychodzi łatwo.

 

Trudnością kapłańskiego życia jest również pewne napięcie między jego powołaniem do występowania w imieniu świętego Boga, by w Jego imieniu rozgrzeszać, nauczać i błogosławić, a doświadczeniem własnej ułomności i ograniczoności. Spotkanie tych dwóch rzeczywistości (świętej i grzesznej) w jednej osobie księdza może burzyć wewnętrzny spokój, kiedy rodzi się świadomość nie dorastania do ideału otrzymanego powołania. Stąd już tylko krok, żeby sięgnąć po alkohol, by złagodzić owo bardzo realne napięcie.

 

W jaki sposób można pomóc księdzu, u którego pojawia się problem?

 

Bardzo złą postawą jest fałszywa solidarność kapłańska. Solidarność taka istnieje zresztą w każdej zwartej, zamkniętej grupie zawodowej. Przede wszystkim nie wolno problemu „zamiatać pod dywan”. Trzeba koledze w kapłaństwie powiedzieć prawdę. Trzeba zauważyć znaki sygnalizujące, kiedy towarzyskie używanie alkoholu zmierza w złym kierunku i przybiera niepokojące formy. Te symptomy to np. podkrążone oczy, charakterystyczny poranny odór, a zwłaszcza pierwsze zaniedbane obowiązki z powodu alkoholu. Nie można tych znaków bagatelizować. W tym momencie musi być wysłany do takiego księdza czytelny komunikat: zaczyna się problem. Nasza współodpowiedzialność za siebie w problemach alkoholowych jest potrzebna przede wszystkim w pierwszej fazie, tej przejściowej od towarzyskiego używania alkoholu do jego nadużywania. To jest, niestety, czas najczęściej bagatelizowany, zarówno przez nadużywającego, jak i przez jego otoczenie.

 

Potrzeba również pokazywania w środowisku tych, którzy swój problem alkoholowy rozwiązali. My, kapłani, nie jesteśmy ani gorsi, ani lepsi od innych. Ten problem istnieje w każdej populacji. Często nie wynika on ani z braku pobożności, ani braku wiary. Dlatego propozycja udziału w rekolekcjach nie musi być rozwiązaniem problemu, a nawet może być oddaleniem rozwiązania. W sytuacji krytycznej jedynym rozwiązaniem jest podjęcie leczenia.

 

A po leczeniu?

 

Księdza po leczeniu koniecznie trzeba na nowo zaangażować w kapłańską służbę. Po leczeniu staje się on pełnowartościowym kapłanem. Jestem ogromnie wdzięczny mojemu arcybiskupowi i doceniam Jego odwagę, że zaproponował mi objęcie funkcji proboszcza parafii już po leczeniu. Powiem jeszcze jedno: przez minione 12 lat mój biskup abp Damian Zimoń nigdy, nawet w żartach, nie nawiązał do mojej przeszłości. To jest dla mnie fantastyczne! Ja przyznaję się do swojej przeszłości, ale ja się nią nie chlubię. Dlatego jest dla mnie czymś niezwykłym, że mój biskup nigdy nie wypominał mi moich dawnych błędów. Ogromnie ważny jest właściwy stosunek przełożonych kościelnych do podwładnych dotkniętych problemem alkoholowym.

 

Potrzeba odmitologizowania choroby alkoholowej na wszystkich szczeblach hierarchii Kościoła. Bo alkoholizm może być problemem każdego. Kiedyś w „Tygodniku Powszechnym” opublikowałem tekst, który zakończyłem zdaniem: Tego, czego nam chyba najbardziej potrzeba, to świadectwa uporania się z uzależnieniem, zwłaszcza [świadectwa] tych z pierwszych stron gazet, powołanych do przewodzenia i nauczania. Bardzo bym się ucieszył, gdybym mógł usłyszeć: „Mam na imię Andrzej, jestem biskupem i jestem alkoholikiem” albo gdyby któryś z księży trzeźwiejących alkoholików został biskupem. [...] W Kościele nie takie cuda się zdarzały. Ksiądz Arcybiskup Damian Zimoń skomentował tę publikację: Poszedłeś ostro. Nie twierdzę, że problem istnieje wśród polskich biskupów, ale nie zdziwię się, jeśli się zdarzy. Wyobraźmy sobie taką sytuację: biskup próbuje zachęcić jakiegoś księdza do podjęcia leczenia. Niektórzy wtedy pytają: „Dlaczego interesuje się mną, ale nie zainteresuje się tamtym proboszczem?”, „Dlaczego nie zainteresuje się biskupami?”. Oczywiście, to jest irracjonalny argument, bo w głębi kryje się pokusa szukania przyczyny w innych, poza sobą, a nie w sobie. Wtedy mówię: „Zajmij się sobą”. Ale... przykład idzie z góry. To byłoby ważne świadectwo.

 

Rozmawiał Wojciech Zagrodzki CSsR
Homo Dei 01/2009

 
Zobacz także
Wywiad z o. Augustynem Jankowskim OSB
Pan Jezus spędził około 30 lat w Nazarecie, a tak krótka, stosunkowo, jest Jego działalność publiczna. Mógłby ktoś powiedzieć: iluż ludzi można by przez te lata nauczyć, uzdrowić... Czy te lata Nazaretu nie są, przynajmniej sądząc po ludzku, jakby czasem straconym?...
 
Jarosław Wąsowicz SDB
Jedną z najbardziej znanych łacińskich sentencji, jest powiedzenie: Historia magistra vita est. Jest to jednak w rzeczywistości tylko część wypowiedzi Cycerona, słynnego mówcy rzymskiego, popularyzatora greckiej filozofii i polityka zarazem. W jednym ciągu wymienia on także inne przymioty historii, która jest według niego również „świadkiem czasu, światłem prawdy, życiem pamięci i zwiastunką przyszłości”.
 
Robert Krawiec OFMCap
Człowiek, który usłyszy przypadkowo czyjeś grzechy, nie ponosi za to osobistej winy moralnej. Jeśli jednak by je ujawnił, to popełni grzech ciężki. Naganne również stałoby się wykorzystanie usłyszanych informacji w celu zyskania osobistych korzyści, manipulacji czy pozbawienia kogoś dobrego imienia.  
 
 
___________________
 
 reklama