logo
Piątek, 27 maja 2022 r.
imieniny:
Amandy, Jana, Juliana, Augustyna – wyślij kartkę
Szukaj w
 
Posłuchaj Radyjka
kanał czerwony
kanał zielony
 
 

Katoflix

Facebook
 
Drukuj
A
A
A
 
Ks. Henryk Skoczylas CSMA
Aniołowie miłujący nas bezinteresownie
Któż jak Bóg
 


 Kapitan Henryk Whalley, zwany „Harry’m Śmiałkiem”, dowodził sławnymi statkami handlowymi. Kilka z nich było jego własnością. Dokonywał sławnych podróży, był pionierem nowych dróg i nowych gałęzi handlu. Sterował po jeszcze nie zbadanych szlakach mórz Południa i oglądał wschód słońca z wysp nie oznaczonych jeszcze na mapie. Pięćdziesiąt lat służby marynarskiej, z czego czterdzieści na wschodnich morzach, począwszy od Bombaju, aż hen, tam, gdzie Wschód stapia się z Zachodem na wybrzeżach obu Ameryk. Jego sława została uwieczniona nadaniem, na cześć jego imienia, pewnej wyspie między Australią i Chinami, nazwy „Wyspa Whalleya” oraz odkryciem w 1850 r. wygodnej drogi morskiej z Chin na Południe, nazwanej „Szlakiem Whalleya”. Był to najczystszy zysk, jaki kapitan Whalley w życiu osiągnął. Nic nie mogło mu odebrać zdobytej sławy. Nigdy nie stracił okrętu i nigdy nie zgodził się na nieuczciwą transakcję. Był człowiekiem na wskroś szlachetnym i prawym. 
 
Spotkały go jednak różne dotkliwe nieszczęścia. Największym z nich była przedwczesna śmierć żony, którą pochował w zatoce Peczili, a później utrata prawie całego majątku wskutek bankructwa słynnego Towarzystwa Bankowego Travancore and Deccan, którego upadek wstrząsnął Wschodem jak trzęsienie ziemi. Dźwigał jednak swoje lata dzielnie, a bankructwa się nie wstydził. Po żonie pozostał mu bezcenny skarb – córka, podobna do matki z barwy oczu, z charakteru, a także i z tego, że rozumiała go prawie bez słów. Nazywał ją pieszczotliwie „bluszczem”, gdyż oplotła się mocno wokół jego serca i pragnął, aby wspierała się zawsze na ojcu, jak na potężnym filarze. Póki była malutka, to nie pamiętał o tym, że kiedyś córka, zgodnie z prawem natury, wybierze sobie kogoś innego, aby wesprzeć się na nim.
 
Dla człowieka morza tylko morze się liczy, toteż na „stare lata” kupił sobie mały statek handlowy. Był to statek wysokiej klasy, „istota” harmonijna, o pięknie zachowanych proporcjach. Widać było na pierwszy rzut oka, że „płynęła” w nim szlachecka krew. Należał do tego typu statków, które dzięki swej bezbłędnej konstrukcji i rzetelnemu wykończeniu nie poddawały się procesowi starzenia. Statek ten był jak rzadki rodzaj kobiet, które już przez sam fakt swego istnienia wzbudzały zachwyt i radość z powodu możności przebywania w ich towarzystwie. Stąd nazwał go „Piękne Dziewczę”.
 
Córka wyszła za mąż i zamieszkała w Australii. Wybrana przez nią podpora okazała się zaledwie „słabą tyczką”, nawet pod względem zdrowia. Nie wiodło mu się także w prowadzonych interesach. Pewnego dnia ojciec otrzymał od córki list z dalekiego Melbourne z taką oto wiadomością: „Mój mąż nigdy już nie będzie mógł chodzić. My i nasze dzieci, jesteśmy obecnie w tragicznej sytuacji. Jedynym dla nas ratunkiem byłoby otworzenie pensjonatu, który ma, zdaje się, dobre widoki. Potrzebuję dwieście funtów na początek!”. Zrozumiał tragizm sytuacji i po raz pierwszy w życiu przeraził się. Stanął jak wryty u drzwi kabiny z listem w drżących rękach i niemymi wargami powtarzał do siebie: „Dwieście funtów na początek! Jedyny ratunek! A ja nie ma mam przy duszy ani dwustu pensów!” Przez całą noc chodził po rufie swego statku, głowiąc się nad tym, co ma zrobić. Czuł się bezbronny wobec podstępów złego losu. W końcu postanowił sprzedać swój ulubiony, jedyny statek, który „zapełniał” czymś jego samotność i zabezpieczał mu ciągłość jego życia na morzu. Sprzedał go za siedemset funtów. Dwieście posłał córce, a pięćset złożył w banku, z nadzieją odkupienia statku.
 
Nie posiadał już statku, a zatem i domu. Poczuł się jak rozbitek-turysta nie mający przed sobą celu – jak zbłąkany, bezdomny podróżnik. Zadał sobie pytanie, co mam dalej czynić? Muszę chyba poszukać pracy. Po wielu trudach udało mu się znaleźć pracę jako kapitan na starym parowcu, ale za bardzo skromne wynagrodzenie, z którego sobie brał konieczne minimum, a resztę posyłał córce. Pokonywał trasę długości tysiąca sześciuset mil, trwający trzydzieści dni. I tak w kółko; statek przybijał do brzegu i płynął w dalszą drogę, brał tu i ówdzie ładunek, a na zakończenie płynął spokojnie jakieś sto mil przez labirynt drobnych wysepek. Kapitan Whalley nie patrzył na morze. Siedział w obszernym trzcinowym fotelu, wypełniając go całkowicie swoją osobą; przy sterze stał podeszły wiekiem, zwinny, drobny Malaj o bardzo ciemnej skórze: oko, ucho i prawa ręka kapitana. Zresztą statek znał drogę lepiej niż jego załoga, jak gdyby jego sędziwy wiek dał mu wiedzę, mądrość i spokój. Przybijał do brzegu nie odchylając się ani trochę od swego kierunku i trzymał się wyznaczonego czasu prawie co do minuty. Czy kapitan siedział na mostku z oczami wbitymi w pokład, czy leżał bezsennie w łóżku, mógł zawsze powiedzieć, gdzie się statek znajduje, oznaczyć dokładnie jego miejsce na szlaku, po prostu obliczywszy dni i godziny. Znał bardzo dobrze ten monotonny objazd handlowego parowca w górę i w dół poprzez cieśniny; znał jego rozkład, towarzyszące mu widoki, spotykanych po drodze ludzi. Nikomu się nie zdradzał, nawet staremu Malajowi, któremu ufał bezgranicznie, że traci wzrok i prawie już nic nie widzi.
 
 
 
1 2  następna
Zobacz także
ks. Łukasz Kleczka SDS
Jesteśmy pokoleniem epoki szumu, zgiełku, i niepokoju. Wciąż poszukujemy nowych rozwiązań technicznych, które bardzo często wiążą się ze wzrostem decybeli. Widzimy wielu młodych ludzi ze słuchawkami walkmanów na uszach. Słuchanie głośnej muzyki nie jest już nowością. Nawet na dworcach kolejowych wielkich miast przez megafony nadawana jest muzyka...
 
ks. Łukasz Kleczka SDS
In verba magistri iurare – przysięgać na słowa nauczyciela. Zamiast podania racji swych wywodów, starożytni mawiali: „magister dicit” (nauczyciel tak powiedział). Kiedy nauczyciel staje się autorytetem dla swoich wychowanków? Dorośli ludzie, wspominając swoich nauczycieli, zwykle doceniają wiedzę opiekunów, czasem nazywają ich mistrzami. Jednocześnie stwierdzają, że jako młodzi ludzie w szkole nie byli w stanie uznać zakresu wiedzy i jej głębi. Potrzebowali do tego dystansu i doświadczenia.
 
ks. Łukasz Kleczka SDS
Sześćdziesiąt lat prowadzę poradnię małżeńską. Spotykam ludzi, którzy zamiast miłością pałają do siebie nienawiścią, krzywdzą się, zdradzają, rozwodzą i porzucają. Nie słuchają Bożych przykazań ani nie liczą się z własną przysięgą. Dlatego tak bardzo potrzeba w naszych czasach takich świętych...
 
 
___________________
 
 reklama

katolicyzm