logo
Środa, 24 października 2018 r.
imieniny:
Arety, Marty, Marcina, Antoniego – wyślij kartkę
Szukaj w
 
Posłuchaj Radyjka
kanał czerwony
kanał zielony
 
 
Facebook
 
Drukuj
A
A
A
 
Ks. Henryk Skoczylas CSMA
Aniołowie ofiar manipulacji genetycznych
Któż jak Bóg
 


 Wielka firma armatorów „Apse i Synowie” miała zwyczaj nazywać każdy swój nowy statek imieniem któregoś z członków rodziny: brata, siostry, ciotki, kuzyna, żony. Była tam „Lucy Apse” i „Harold Apse”, i „Anna”, „John”, „Klara”, „Juliet”, i tak dalej. Mieli dużą flotę. Trzeba powiedzieć, że były to dobre, solidne, staromodne kupieckie statki, zbudowane, by wozić ładunki i trwać jak najdłużej. Żadnych tam nowomodnych, oszczędzających pracę urządzeń, ale dawano im liczne załogi i mnóstwo porządnej solonej wołowiny i sucharów – i już was nie ma, zabierajcie się za morza i z powrotem do portu! Traktowali swoich ludzi dobrze – i byli piekielnie dumni ze swoich statków. Nic im się nigdy złego nie przydarzało.
 
Ostatni z ich statków otrzymał nazwę: „Rodzina Apse’ów”. Miał być jak inne statki, tyle tylko, że jeszcze mocniejszy, jeszcze bezpieczniejszy, przestronniejszy i wygodniejszy. Chcieli pewnie, żeby im służył po wieczne czasy. Kazali go zbudować z kombinacji żelaza, teku i drewna gujańskiego, a jego konstrukcja była wprost niebywała. Jeżeli kiedykolwiek jakikolwiek statek był zamówiony z pychą w sercu, to na pewno dałoby się to powiedzieć o „Rodzinie Apse’ów”. Wszystko, co najlepsze. A ile zamieszania robiono, kiedy się ten statek budował! „To niech będzie trochę mocniejsze, a tamto trochę cięższe; i czy nie należałoby tej tam rzeczy wymienić na coś odrobinę grubszego?” Ludzie w stoczni zarazili się tym nastrojem, no i wyrastało toto na ich oczach na najcięższy, najniezdarniejszy spośród statków tego rozmiaru, chociaż jakoś nikt sobie tego nie uświadomił.
 
Mówią, że każdy statek ma swój charakter. Jest kapryśny lub potulny, zawadiacki lub łagodny. Ten był wprost demoniczny. Jak tylko przystąpiono do spuszczenia go na wodę, od razu pokazał swe piekielne rogi. Po prostu upatrywał sobie ofiary i je wykańczał. W dniu wodowania, na przykład, zginął cieśla okrętowy, którego ta bestia schwyciła i zmiażdżyła schodząc z pochylni. Następnie zerwał wszystkie łańcuchy hamujące, jak gdyby to był szpagat, i zaatakował z furią stojące w pogotowiu holowniki. Taki on był.
 
Bywają statki trudne w prowadzeniu, ale na ogół można im ufać, że będą się zachowywały rozsądnie. Z nim było inaczej. Nikt nigdy nie był w stanie przewidzieć, co on knuje, co go napadnie, i co zrobi za chwilę. Zachowywał się w niepojęty sposób. Sprawiał wrażenie, jakby był obłąkany. Jeśli nie był obłąkany, to z pewnością był najpodlejszą, najokrutniejszą, najbardziej podstępną bestią, jaką kiedykolwiek spuszczono na wodę.
 
Był postrachem na morzu i panicznie bano się go w portach. Przy lada prowokacji zaczynał zrywać liny, łańcuchy, stalowe cumy, nic sobie nie robiąc ze szkód, które wyrządzał. W portach, tam, gdzie go znano, bano się jego widoku. Wybicie dwudziestu metrów z solidnego kamiennego oczepu nabrzeża albo zwalenie końcówki drewnianej przystani było dla niego drobiazgiem. W czasie swojego żywota stracił mnóstwo łańcuchów i setki kotwic. Od dnia w którym go wodowano, nie przepuścił ani jednego roku, żeby kogoś nie zamordować. Miał w sobie coś złowrogiego. Duże, czarne paskudztwo. Sunął po morzu niczym ogromny karawan.
 
Ale pewnego dnia, jak to mówią, „trafiła kosa na kamień”, „trafił swój na swojego”. Kapitan przekazał wachtę pierwszemu oficerowi. Oficer był jeszcze bardzo młodym człowiekiem. Posiadał dużo umiejętności i doświadczenia, ale miał także swoje słabostki. Była to na pozór drobna rzecz, która jednak zgotowała mu straszliwą zgubę. Płynęli wówczas przez zatokę. Noc była czarna jak smoła. Lało jak z cebra. I oto w kabinie nawigacyjnej nagle usłyszał kobiecy szept. Było to tak, jak gdyby ktoś zapalił zapałkę w jego mózgu. Coś go olśniło, a jednocześnie zamroczyło. Zapomniał o całym świecie. Także o statku. Statek za każdym podmuchem wiatru stopniowo schodził z kursu, aż w końcu szedł prosto na brzeg. Pierwszy oficer nie mógł tego zauważyć, gdyż od godziny nie podchodził do głównego kompasu. Pierwsza rafa, nad którą statek przepłynął, zerwała mu stępkę zewnętrzną. Trrrach! Następne uderzenie zdruzgotało stewę tylną i zniosło ster, przy czym ta bestia wpadła na skaliste, wznoszące się półkami wybrzeże, rozpruwając dno, póki się nie zatrzymała w miejscu. Załoga i pasażerowie szczęśliwie wydostali się na brzeg.
 
 
 
1 2  następna
Zobacz także
ks. Adam Piekarzewski SDB
Jedni wychodzą na ulice z transparentami: "Brońmy życia!", "Stop aborcji". Drudzy wprost przeciwnie, chcą "wolności wyboru", końca średniowiecza, w którym "Kościół narzucał światu swoją ideologię", wprowadzenia praw i porządku społecznego, który zagwarantuje, że każdy będzie Panem swojego i cudzego życia i śmierci… Od czasu do czasu (w Polsce coraz częściej) usłyszeć można o nowej manifestacji, proteście, happeningu...
 
ks. Adam Piekarzewski SDB
Film „Bella” precyzyjnie oddaje dynamikę życia wielkiego miasta. Kapitalne, niepozbawione humoru, są sceny rozgrywające się w chaosie pracy restauracyjnej kuchni, czy mnóstwo doskonale uchwyconych na gorąco obserwacji obyczajowych. To właśnie one mocno osadzają w rzeczywistości uniwersalne przesłanie flmu...
 
Elżbieta Wiater
W naturze człowieka leży ofiarowywanie siebie w wolności jako daru dla drugiego, ale ten dar wymaga szacunku i odpowiedzialności ze strony przyjmującego. Jeśli daje tylko jedna strona, albo dany dar jest traktowany jako należny i bez poszanowania, to niemożliwe jest budowanie zdrowych relacji...
 
 

ISMCH

___________________
 
 reklama