logo
Poniedziałek, 06 lipca 2020 r.
imieniny:
Dominiki, Jaropełka, Łucji, Marii Teresy – wyślij kartkę
Szukaj w
 
Posłuchaj Radyjka
kanał czerwony
kanał zielony
 
 
 
Facebook
 
Drukuj
A
A
A
 
Piotr Baron, o. Andrzej Bujnowski OP
Baron z muzułmanami gra
Ruah
 



 
O ekumenizmie i nowej płycie z Piotrem Baronem rozmawia o. Andrzej Bujnowski OP
 
 
 Kiedy miała miejsce premiera Twojej nowej płyty?
 
Przed jej nagraniem - w marcu tego roku w Ameryce. Pierwszy koncert zagraliśmy w San Diego w Salonie Artystycznym prowadzonym przez Polaków. Byli na nim Polacy i Amerykanie. Program spotkał się z niespodziewanie dobrym przyjęciem, mimo że to nie jest łatwa muzyka. Potem graliśmy w zaskakującym miejscu - w Club Tropical, lokalu prowadzonym w Los Angeles przez Salwadorczyków (w Hollywood). To było raczej ostatnie miejsce, gdzie, jak sobie wyobrażałem, można byłoby grać taką muzykę. Tymczasem tam właśnie sprzedało się bardzo dużo biletów, przyszedł nawet Bennie Maupin. Nie tylko nie wyszedł po pierwszym secie, ale został do końca i po koncercie dostałem od niego mail z zapewnieniem, że bardzo mu się podobało. Dopiero potem zaczęliśmy nagrywać płytę. Chcieliśmy, by ta muzyka już wcześniej trochę zaistniała. Jest ona w głównej mierze intuicyjna, my, muzycy, musieliśmy się więc najpierw trochę poznać.
 
Płyta nosi tytuł "Salve Regina". Zatem dawna muzyka Kościoła - i to, o dziwo, dedykowana Matce Bożej - nadal Cię inspiruje. Dlaczego wybrałeś tę akurat pieśń?
 
Jest w tym złożony proces oddziaływania na mnie Ducha Świętego. Kiedyś nie przypisywałem Mu podobnej roli w tworzeniu muzyki, widziałem raczej ciąg przypadków. Miałem pojechać w marcu na koncerty do Darka Oleszkiewicza do Kalifornii. Darek załatwił świetne studio i, jak twierdził, najlepszych na świecie muzyków. Prosił tylko, bym przywiózł materiał na płytę. Darek zaproponował grę w kwartecie bez fortepianu: trąbka, saksofon, perkusja i kontrabas. Nie miałem w głowie zagospodarowanego podobnego brzmienia. I wtedy przypomniałem sobie o naszej rozmowie o dominikańskiej "Salve Regina", która, nawiasem mówiąc, jest prebenedyktyńska, pochodzi z IX wieku albo wcześniej. To wersja spisana przez o. Hermana Von Reichenau OSB. Zacząłem szperać po śpiewnikach. Jasne było dla mnie, że płyta musi być na chwałę Bożą i musi być jazzowa. Pozostało zrymowanie tych dwóch pozornie nieprzystających do siebie zagadnień. Znalazłem trzy wersje "Salve Regina". Tę naszą pogrzebową z XVI wieku, drugą z kancjonału sandomierskiego z XVIII wieku, której w ogóle nie znałem, urzekła mnie swoim nostalgicznym zadumaniem. No i ta dominikańska wersja, którą Ojciec mi nagrał na telefon... (śmiech). Wiedziałem, że koniecznie chcę ją nagrać, ale to były na razie dopiero trzy utwory na płytę. Na naszych rekolekcjach w Ponikwie śpiewaliśmy "Krzyżu Święty nade wszystko". To był Wielki Post. Ja tę pieśń znałem ze słyszenia, wtedy jednak usłyszałem, jak można to zagrać. Usłyszałem ją jako utwór jazzowy. Potem w kościele św. Wojciecha, czyli u Was, usłyszałem, jak jeden z Ojca konfratrów śpiewał antyfonę "Ja jestem zmartwychwstaniem i życiem", ta melodia też weszła we mnie i wszystkie wymienione stały się kanwą płyty. Znalazły się też tam dwie pieśni, pierwsza związana z szóstym rozdziałem Księgi Jozuego. Te mury Jerycha mają dla mnie znaczenie rezurekcyjne, mają wymiar kajdan, z których przychodzi kiedyś uwolnienie. Druga pieśń - "Marysia" - to dwie kołysanki, które śpiewałem mojej córeczce, kiedy się urodziła. One przyszły same. To są "nasze piosenki", słowa do nich pojawiły się później. Pomyślałem, że Matka Boża też kiedyś była małą Marysieńką i rodzice w domu śpiewali jej kołysanki... Ktoś może się obrazi, że tak mówię, ale np. św. Ludwik Maria Grignon de Montfort - na pewno nie! Tu zaznaczam, że płyta nie jest dedykowana mojej córce, ale Matce Zbawiciela, a to, że moja Marysia się jakoś na niej znalazła, ma wymiar dziękczynienia Bogu za to cudowne dziecko.
 
Dlaczego inspirują Cię stare pieśni kościelne? Czy obecnie nie ma w Kościele pieśni, którymi warto się inspirować?
 
Nie śmiem tak uważać, nie uważam tak i nie mam prawa tak uważać. Jakkolwiek te wszystkie pieśni, różne bardzo - i te dobre, i te złe (bo są też pieśni słabe muzycznie, nie mówię o ich stronie duchowej) - są zbyt współczesne, by bez "kastracji" muzycznej móc zagrać je tak, by nadawały się do grania. Zdarzają się niekiedy utwory, jak choćby "Let there be Glory", które są na stałe w repertuarze mojego zespołu, ale cała reszta zbyt mocno kojarzy się z ludycznym nurtem tradycji Kościoła Katolickiego w Polsce, albo jest osadzona w takim oazowym gitarowo-ogniskowym brzmieniu. Nie jest ono złe, tylko nie przystaje nijak do jazzu, a paradoksalnie - chorał gregoriański - przez swoją modalność, swoją surowość, jest tak ascetyczny w swej warstwie wyrazowej, że tam się nic nie da zepsuć, wystarczy wziąć i zagrać. Wystarczy dodać kontrabas, bębny i gdzieś zaznaczyć zmiany harmoniczne, bardziej wynikające z kontrapunktu, bo melodia jest monodyczna, żeby to była muzyka jazzowa. Wtedy jazz stanowi ornament dla chorału i nie trzeba go przerabiać, bo on jest piękny sam w sobie! Ja z tą muzyką, tak naprawdę, nic nie robię poza tym, że zapisałem ją w nutach, zrobiłem z tych czterech linii - pięć i powiedziałem kolegom, o czym to jest. Nuty wyglądają jak scenariusze, bo jest w nich zapisane przede wszystkim to, co się tam będzie działo. Jest to potraktowane opisowo... No i... zagraliśmy to wszyscy razem. Tu moja zasługa jest naprawdę żadna.
 
 
1 2  następna
Zobacz także
o. Joseph-MarieVerlinde
Chciałbym się podzielić moimi doświadczeniami związanymi z oddawaniem się różnym praktykom Wschodu, ukazać niebezpieczeństwa z nimi związane i wskazać drogę wyjścia z nich.
 
Łukasz Kaźmierczak
Przede wszystkim praźródłem grzechu jest zły duch. Musimy tę obecność Szatana przyjąć. Owszem, ona bywała ostatnio przeakcentowywana – bo przecież nie chodzi o to, żeby widzieć zasadzki złego ducha za każdym rogiem ulicy – ale on działa i istnieje. I to jest to pierwsze zło personalne, które nas kusi, które z zawiści o nasze zbawienie, nasze szczęście z Bogiem, działa przeciwko nam. 

Z o. Piotrem Jordanem Śliwińskim OFMCap rozmawia Łukasz Kaźmierczak
 
Katarzyna Cudzich
Spotkali się w 1992 w Hamburgu. Dwóch polskich jazzmanów. Pragnienie mieli jedno: grać dla Boga. Wtedy to nie było popularne. Ba. Nie zdarzało się w Polsce w ogóle. Jeśli kojarzono tego rodzaju muzykę, to z sacrosongami czy zespołami parafialnymi. Poza tym wiara była kwestią czysto prywatną i najlepiej, żeby w ogóle się nią nie dzielić, czytaj: w ogóle jej nie mieć...
 
 
___________________
 
 reklama
 
 
 

 

 
グッチバッグコピー グッチ財布コピー