logo
Sobota, 17 listopada 2018 r.
imieniny:
Grzegorza, Salomei, Walerii, Elżbiety – wyślij kartkę
Szukaj w
 
Posłuchaj Radyjka
kanał czerwony
kanał zielony
 
 
Facebook
 
Drukuj
A
A
A
 
Józef Augustyn SJ
Będziesz miłował siebie samego
Mateusz.pl
 
fot. Noah Silliman | Unsplash (cc)


Zbliżył się także jeden z uczonych w Piśmie, który im się przysłuchiwał, gdy rozprawiali ze sobą. Widząc, że Jezus dobrze im odpowiedział zapytał Go: Które jest pierwsze ze wszystkich przykazań? Jezus odpowiedział: Pierwsze jest: Słuchaj Izraelu, Pan Bóg nasz, Pan jest jedyny. Będziesz miłował Pana, Boga swego, całym swoim sercem, całą swoją duszą, całym swoim umysłem i całą swoją mocą. Drugie jest to: Będziesz miłował swego bliźniego jak siebie samego. Nie ma innego przykazania większego od tych (Mk 12, 28–31).
 
Obraz dla obecnej medytacji: Przypatrzmy się naszej podobiźnie na zdjęciu. Możemy spojrzeć na siebie w lustrze. Chciejmy sobie jednocześnie uświadomić fakt naszego istnienia. Pomyślmy też, że nasze istnienie jest darem Boga.
 
Prośba o owoc rozmyślania: Prośmy, abyśmy uznali miłość siebie samego jako ważne przykazanie. Prośmy także o poznanie, czego najbardziej w sobie nie akceptujemy i co nas najbardziej koncentruje na nas samych.

Miłość siebie samego miarą miłości bliźniego

Drugie przykazanie nakazuje nie tylko miłowanie bliźniego, ale także miłowanie siebie samego. Miłość siebie samego jest tak samo ważnym przykazaniem jak miłość bliźniego. Jezus uczynił z miłości siebie samego miarę miłości bliźniego. Stąd też waga miłości siebie, zawartej w pierwszym przykazaniu. Nie możemy pokochać bliźniego, jeśli najpierw nie pokochamy siebie samych.
 
P. van Breemen stwierdza, iż prawdziwa miłość siebie jest jedną z najtrudniejszych umiejętności w życiu człowieka. Doświadczenie pokazuje, jak niewielu otacza nas ludzi, którzy umieją kochać siebie miłością bezinteresowną, miłością ofiarną i wymagającą. Wielu ludziom mówienie o miłości siebie samego wydaje się czymś podejrzanym. Często sądzi się, iż Jezus wzywa przede wszystkim do nienawiści siebie samego. Na potwierdzenie takiego sposobu myślenia przytacza się słowa: Jeśli kto chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje (Mt 16, 24).
 
Ale jak należy rozumieć zaparcie się siebie? Z pewnością nie można utożsamiać go z nienawiścią do własnej osoby. Miłość siebie samego wypływa ze stwórczego aktu Boga. Ponieważ jestem dzieckiem Boga, jestem zrodzony z miłości i przeznaczony do miłości. Moje życie zasługuje na miłość, także na moją własną miłość. To, co pochodzi z miłości jako ze swego źródła, winno być objęte miłością. Zapieranie się siebie samego dotyczy zaś tego, co niszczy nasze życie: naszych namiętności i grzechów. Prawdziwa miłość siebie polega najpierw na pełnej akceptacji swojego życia takim, jakie ono jest w danej chwili, bez niechęci, bez zgorzknienia i rezygnacji.
 
Mówimy często o dobroci i cierpliwości wobec bliźnich. Aby móc przyjąć tę postawę wobec innych, dobroć i cierpliwość trzeba najpierw okazać sobie samemu. Kiedy nie kochamy siebie, nie umiemy też otwierać się na miłość innych; zbyt szybko podejrzewamy ich o brak miłości i o odrzucenie. Ponieważ wątpimy w wartość naszego życia, odbieramy nieraz innych jako zagrożenie. Kiedy wobec nas inni są chwaleni, my czujemy się wówczas zagrożeni. Łatwo rodzi się w nas uczucie zazdrości, z którym nie umiemy sobie radzić. Negatywny obraz siebie nie pozwala nam zbliżać się do innych i przyjmować ich miłości w sposób naturalny.
 
Miłość siebie jest konsekwencją życia przykazaniem miłości Boga. Jeżeli człowiek czuje się kochanym przez Boga, jeżeli usiłuje odpowiadać Bogu miłością na miłość, to takie doświadczenie owocuje miłością samego siebie. Miłość siebie samego, podobnie jak miłość bliźniego stanowi jednak drugie przykazanie i wypływa z pierwszego. Tylko w perspektywie pierwszego przykazania, czyli w perspektywie miłości Boga, ma ona sens i uzasadnienie.
 
Sięgnijmy do całej historii naszego życia, szczególnie zaś do okresu dojrzewania, kiedy to w sposób świadomy uczymy się akceptacji swojego życia. Zadajmy sobie pytanie: Co mi się we mnie nie podobało? Czego nie akceptowałem w moim życiu? Co odrzucałem: wygląd mojego ciała, poziom mojej inteligencji, mój charakter, wyniki w nauce, moją seksualność? Co dzisiaj jeszcze nie podoba mi się we mnie? Czego ciągle jeszcze w sobie nie akceptuję? Co chciałbym w sobie zmienić?
 
Zauważmy, iż to czego w sobie nie akceptujemy, koncentruje naszą uwagę, pochłania nasze życiowe energie; sprawia, iż skupiamy się przede wszystkim na tym, czego nam brakuje. Z drugiej jednak strony zauważmy, że niektóre braki zaakceptowaliśmy już w naszym życiu. Być może każdy z nas zgodził się na pewne rysy swojego charakteru, pewne życiowe niepowodzenia, problemy. Chciejmy podziękować Panu Bogu za to, co zostało już przez nas przyjęte, zaakceptowane. Dostrzeżmy jednocześnie rodzącą się w nas wolność wewnętrzną. Akceptacja siebie w swej istocie polega właśnie na wolności wobec siebie samego, wobec wszystkiego, co posiadamy i kim jesteśmy. Zamiast dręczyć się brakami, możemy korzystać z darów, które już posiadamy.
 
Akceptacja siebie jest możliwa tylko wówczas, kiedy widzimy jasno granice naszych ludzkich możliwości, granice naszej odporności psychicznej, odporności emocjonalnej, naszą wrażliwość, słabości, ludzkie ubóstwo. Miłość siebie może być budowana tylko na prawdzie. Nieakceptacja siebie w swej istocie jest buntem przeciwko sobie, jest próbą zaprzeczenia naturalnym granicom, jakie posiadamy.
 
Kiedy nie kochamy siebie, wówczas rozwija się w nas przesadny lęk przed dostrzeganiem naszych błędów i braków. Nie jesteśmy w stanie stawić im czoła, a tym bardziej wyznać ich przed sobą i przed bliźnimi. Sądzimy bowiem fałszywie, że przyznanie się do własnej kruchości mogłoby spowodować jeszcze większe odrzucenie nas przez innych. Zamykamy się więc i kryjemy ze swoimi słabościami; maskujemy je przed sobą, przed Bogiem i przed ludźmi. Ten właśnie lęk o siebie jest źródłem izolacji, samotności, podejrzliwości i agresji wobec innych. Miłość siebie samego, akceptacja siebie uczy nas prawdziwej wolności wewnętrznej: wolności wobec bliźnich i wolności wobec siebie.

Przyjęcie swojego życia jako daru miłości Boga
 
Bóg nie kocha człowieka za to, kim jest, ale tylko dlatego, że go stworzył. Jego miłość jest czystym darem. Bóg nie oczekuje od nas niczego, poza przyjęciem Jego bezinteresownej miłości. On akceptuje człowieka w jego aktualnej rzeczywistości ze wszystkimi ograniczeniami, słabościami, zranieniami.
 
Miłość Boga do człowieka posiada charakter stwórczy. Jeżeli miłość człowieka do człowieka wyzwala w nim to, co jest najlepsze, to miłość Boga stwarza człowieka: A Bóg widział, że wszystko, co uczynił, było bardzo dobre (Rdz 2, 31). Tę afirmację stworzenia Księga Rodzaju odnosi nie tylko do człowieka w ogóle, ale także do każdego konkretnego ludzkiego życia. Bóg uczynił nasze życie dobrym; jednak bycie dobrym wcale nie oznacza bycia dojrzałym, ukończonym. Nasze życie staje przed nami jako zadanie do wypełnienia; jest jak ziarno wrzucone w ziemię, które — aby wydawać owoce — musi wzrastać. Wzrastanie zaś rozpoczyna się od umierania dla tego, co w nas jest stare, chore, nieuporządkowane.
 
Akceptacja swojego życia, miłość do siebie wiąże się z rezygnacją bycia jak Bóg. W buncie przeciwko swoim ludzkim ograniczeniom zawiera się bowiem pokusa dążenia do boskości o własnych siłach. U podłoża tej podstawowej nieakceptacji siebie i swego życia leży zakwestionowanie naszej zależności od Boga.
 
Miłość do siebie — wbrew temu, jak bywa ona rozumiana — nie polega na rezygnacji, na bierności wobec życia. Akceptacja swego życia zakłada decyzję twórczości życiowej, decyzję przekraczania ludzkich ograniczeń. Miłość siebie domaga się nawrócenia. Jeżeli w akceptacji nie byłoby zamiaru wzrostu, nawrócenia, wówczas byłaby to jedynie rezygnacja, która stawałaby się źródłem swoistej wegetacji życiowej.
 
Miłość siebie samego zakłada bezwarunkowe przyjęcie swojego życia jako daru Boga. Miłość nie stawia warunków. Także miłość siebie nie może łączyć się ze stawianiem sobie warunków. Stąd też miłość siebie samego jest możliwa od zaraz. Stawianie sobie warunków: pokocham swoje życie, jeżeli.... sprawia, że miłość do siebie staje się praktycznie niemożliwa. Miłość, która stawia warunki, przestaje być jednocześnie miłością, przechodzi w jedną z form manipulacji. Człowiek może manipulować nie tylko innymi, ale także i własnym życiem.
 
Granica między tym, czego człowiek nie może, a tym czego nie chce, jest zwykle bardzo cienka. Często niewiele możemy w naszym życiu tylko dlatego, iż naprawdę niewiele chcemy. Ludzkie możliwości znacznie się powiększają, jeżeli powiększają się ludzkie pragnienia, jeżeli rośnie dobra wiara w siebie. Akceptacja swojego życia, miłość do swojego życia będzie możliwa, jeżeli jej naprawdę zapragniemy i uwierzymy w nią.
 
Z naszą nieakceptacją siebie, z naszymi trudnościami miłowania swojego życia, nie zostajemy przecież sami. Przyjmując z pokorą nieumiejętność akceptacji, trzeba nam jednocześnie prosić Pana Boga, aby objawił nam prawdę o tym, że nasze życie jest Jego darem, którego nie wolno nam lekceważyć i odrzucać. Świadomość, iż życie jest darem Boga, łagodzi nasz bunt wewnętrzny.
 
A oto kolejne ważne ćwiczenie w obecnej medytacji. Chciejmy przywołać w pamięci na chwilę wszystkie nasze braki, ułomności, słabości, ograniczenia, grzechy. Wszystko to, co wydaje nam się najgorsze i najbardziej wstydliwe; coś, czego jeszcze być może nie wypowiedzieliśmy przed nikim. Mając w pamięci te wszystkie okropne rzeczy chciejmy poczuć się kochani, przyjęci, akceptowani przez Boga. Prośmy o to, abyśmy doświadczyli łaskawego, życzliwego spojrzenia Boga. Nieakceptacja siebie, szczególnie wówczas, kiedy przybiera większe rozmiary, staje się swoistym wstydem przed sobą i przed innymi. Obawiamy się, że inni, którzy nas kochają, wstydzą się nas. Bóg się nas nie wstydzi. Bóg — o ile tak możemy powiedzieć po ludzku — jest dumny ze swojego dzieła, jest dumny z nas: A Bóg widział, że wszystko, co uczynił było bardzo dobre.
 
Miłość siebie na równi z miłością bliźniego

Miłuj bliźniego swego jak siebie samego. Przykazanie miłości siebie samego zaprasza nas, abyśmy siebie traktowali na równi z innymi. Przykazanie to mówi nam: zrób dla siebie to, co chcesz zrobić dla innych. Akceptując siebie sprawiamy naszym bliskim największy prezent. Kochając siebie, będziemy bowiem w stanie także ich kochać; będziemy dla nich mocnym oparciem; będziemy w stanie pokojowo rozwiązywać rodzące się konflikty i nieporozumienia.
 
Trzeba się strzec chorej szlachetności, która każe twierdzić, że innym wszystko się należy, a mnie nic. Ta źle rozumiana szlachetność każe nam nieustannie wszystko oddawać bliźnim, zaniedbując siebie samych. Jeżeli nie umielibyśmy sobie ofiarować miłości, nie bylibyśmy w stanie ofiarować jej także naszym bliskim. Jeżeli nie potrafilibyśmy sobie samym ofiarować prostego ludzkiego miłosierdzia i współczucia, nie bylibyśmy zdolni ofiarować go także naszym najbliższym.
 
Ta źle rozumiana szlachetność wobec innych, która każe przekreślać siebie, ma w sobie wiele dwuznaczności. Za nią kryje się bowiem chęć zasłużenia sobie na zainteresowanie i miłość bliźnich; jeżeli pomimo poświęcenia i ofiary nie otrzymuje się spodziewanej gratyfikacji, rodzi się wówczas postawa pełna pretensji i żalu. Pretensje te bywają nieraz dławione aż do dnia, w którym puszczą nerwy. Wówczas, podobnie jak to zdarzyło się synowi pierworodnemu z przypowieści o synu marnotrawnym, wyrzucamy z siebie cały nagromadzony żal: Oto tyle lat ci służę i nigdy nie przekroczyłem twojego rozkazu; ale mnie nie dałeś nigdy koźlęcia, żebym się zabawił z przyjaciółmi (Łk 15, 29). Z pretensjami łączą się także potępienie i żal do innych: Skoro jednak wrócił ten twój syn, który roztrwonił majątek z nierządnicami, kazałeś dla niego zabić utuczone cielę (Łk 15, 27). Oto jak kończy się ludzka szlachetność, która niczego nie szuka dla siebie, ale zawsze wszystko poświęca dla innych. Człowiek, który nie kocha swojego życia, nie potrafi być bezinteresownym. Jest niezdolny do tego, by dać cokolwiek bliźniemu za darmo.
 
Stąd nasuwa się wniosek: zróbmy najpierw dla siebie to, co chcemy zrobić dla innych. Ofiarujmy sobie to, co chcemy ofiarować bliźniemu. W tym kontekście pytajmy się, na ile troszczymy się o nasze własne życie? Czy istnieje w naszym życiu równowaga pomiędzy dobrze rozumianą miłością siebie i miłością bliźniego? Czy nie kierujemy się źle rozumianą szlachetnością, która odmawia sobie wszystkiego, ale jednocześnie pielęgnuje uczucia żalu do innych? Czy nie mam żalu, pretensji do innych za to, iż nie doceniają mojego wysiłku, mojej pracy, mojego poświęcenia, mojego zaangażowania?
 
Żyje we mnie Chrystus

Miłuj bliźniego swego jak siebie samego. Słowa te są wprawdzie cytatem ze Starego Testamentu, ale przytacza je sam Chrystus. W ten sposób Jezus przykazanie ze Starego Testamentu przenosi do Nowego.
 
Przykazanie miłowania siebie nie zawiera w sobie cienia egoizmu. Nie jest też ono wyrazem jakiejś małoduszności człowieka. W autentycznej miłości siebie dokonuje się utożsamienie miłości siebie z miłością do Chrystusa. Piękne świadectwo takiego właśnie utożsamienia miłości siebie i miłości Chrystusa daje nam św. Paweł, który mówi o sobie: Teraz zaś już nie ja żyję, lecz żyje we mnie Chrystus (Ga 2, 20). To, co uczeń Chrystusa robi dla siebie, robi jednocześnie dla swojego Mistrza, dla Chrystusa. A to, co robi dla swojego Pana, robi jednocześnie dla siebie. Chrystus identyfikuje się z każdym człowiekiem, zwłaszcza z człowiekiem biednym i ubogim, potrzebującym miłosierdzia i pomocy.
 
Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci najmniejszych, Mnieście uczynili (Mt 25, 40). Zanim zaczniemy służyć ubogim i biednym, najpierw siebie uznajmy za takich. Trzeba najpierw sobie poświęcić wiele uwagi, czasu, energii, ofiary, aby nasza miłość do ubogich była choćby w najmniejszym stopniu bezinteresowna. Uznając się za jednego z tych najmniejszych, mamy prawo zająć się własnym ubóstwem, własną biedą, własną kruchością i do siebie najpierw zastosować słowa Jezusa: Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci najmniejszych, Mnieście uczynili.
 
Nie ma większego przykazania od tych dwóch

Nie ma większego przykazania od tych dwóch — mówi Jezus. Dwa przykazania nazywa jednym. W ten sposób łączy przykazanie miłości Boga z przykazaniem miłości bliźniego. Te dwa przykazania w zasadzie wystarczyłyby do życia duchowego. Gdybyśmy umieli wcielić je w życie, niepotrzebne byłyby inne przykazania. Św Augustyn mówi: Miłuj i czyń co chcesz. Ale ponieważ nasza miłość jest bardzo uboga, poraniona, stąd też potrzebujemy innych przykazań. Jednakże wszystkie nakazy, przepisy, przykazania służą jedynie interpretacji pierwszego z nich: przykazania miłości. Przykazanie i prawo dają nam gwarancję dobrego rozumienia pierwszego przykazania — przykazania miłości.
 
Jeżeli jakieś przykazania, reguły i przepisy nie byłyby praktyczną wykładnią miłości, stałaby się pustym prawem. Każde prawo obróci się przeciwko człowiekowi, jeżeli zabraknie w nim przykazania miłości. Nasza religijność byłaby zniekształcona, gdyby zabrakło w niej miłości Boga i bliźniego; łatwo przekształciłaby się w zbiór rytów religijnych, w zbiór zwyczajów i przepisów moralnych, które trzeba zachować.
 
Kończymy rozważania na temat pierwszego przykazania. Pytajmy się więc, na ile nim żyjemy? Czy uświadamiamy sobie jego wagę w naszym życiu? Czy spowiadamy się z grzechów przeciwko niemu? Czy przeżywamy pierwsze przykazanie jako fundament innych przykazań? Czy mamy świadomość, że wszystkie inne przykazania, przepisy, nakazy, zakazy wypływają z tego pierwszego? Pierwsze przykazanie wprowadzone w praktykę upraszcza bardzo życie duchowe. Dla wielu osób duchowość chrześcijańska wydaje się być skomplikowanym i złożonym zbiorem wielu różnych treści, informacji, metod. Wielu gubi się w tej wielości. Syntezą życia duchowego może stać się właśnie przykazanie miłości Boga i bliźniego. Prośmy zatem, byśmy także w tych rekolekcjach umieli przebić się przez gąszcz treści odwołując się do sedna życia duchowego: do przykazania miłości.
 
Józef Augustyn SJ
mateusz.pl 
 
Zobacz także
Ks. Tadeusz Koncewicz SDS
Naród i jego ziemia, historia i zwyczaje pozostawiają niezatarte piętno w charakterze, w sposobie myślenia i bycia człowieka, stanowią jego podstawowe dziedzictwo kulturowe i duchowe. Syn Boży, który zechciał stać się człowiekiem, narodził się dwa tysiące lat temu, w narodzie żydowskim, z matki Żydówki, dziewicy Maryi, na ziemi, którą określa się także i dzisiaj różnymi nazwami politycznymi bądź religijnymi...
 
O. Tomasz Kwiecień OP
Czasami oglądanie telewizji wiąże się z tym samym rodzajem perwersji, która charakteryzowała starożytnych Rzymian oglądających gladiatorów na arenie cyrkowej. Widocznie tkwi gdzieś w człowieku potrzeba napawania się przemocą. Właśnie w tej sferze naszego życia najmocniej widać obecność grzechu pierworodnego, a nie - jak często się uważa - w płciowości...
 
o. Robert Wawrzeniecki OMI
Gdy słyszymy słowo „moralność’, to często mamy skojarzenia z tym, co krępuje i ogranicza człowieka. Tymczasem Jezus, a za Nim Kościół mówi nam o moralności, która jest drogą praktycznego zastosowania wskazań Ewangelii i Przykazań Bożych. Moralność nie jest związana z niewolniczym podporządkowaniem się tym wskazaniom. Chodzi tu o wybór dokonany w pełnej wolności, którą daje Jezus. To wybór tego, co dobre, a unikanie rzeczy i spraw złych. Wybór, przed którym staje każdego dnia...
 
 

Zaduszki

___________________
 
 reklama