logo
Sobota, 06 marca 2021 r.
imieniny:
Kolety, Jordana, Marcina, Róży, Wiktora – wyślij kartkę
Szukaj w
 
Posłuchaj Radyjka
kanał czerwony
kanał zielony
 
 
 
Facebook
 
Drukuj
A
A
A
 
ks. Mirosław Tykfer
Boże miłosierdzie znajduje granice tylko w nas
Zeszyty Odnowy
 
fot. Franck Denis | Pexels (cc)


Brak świątyni w zasięgu ręki to rodzaj kryzysu. Dotyka on wiary tych, którzy zabezpieczenie życia wiecznego widzieli w przyjmowaniu sakramentów. Zapewnienie o duchowym ich działaniu może im nie wystarczać.

 

Czy chcę w ten sposób zasugerować, że sakramenty nie są potrzebne do zbawienia? Albo że ci, którzy bardzo wiernie dotychczas przyjmowali je w Kościele, postępowali naiwnie, że przecież mogli inaczej? I tak, i nie. Jeśli rozumienie konieczności sakramentów do zbawienia rozumieli ekskluzywnie: tylko sakramenty dosłownie udzielane przez przedstawicieli Kościoła dają zbawienie – mijają się z nauczaniem Kościoła. Jeśli jednak widzieli tę konieczność w sposób inkluzywny: uważają, że sakramenty przyjmować powinni ci, którzy wartość sakramentów odkryli, ale nie zamykają drogi do nieba tym, którzy tej wartości nie poznali – zrozumieli sedno przesłania biblijnego.

Wrażliwość włączająca


Pisałem już w „Przewodniku Katolickim” na temat różnicy między ekskluzywnym i inkluzywnym rozumieniem chrześcijaństwa. Pierwsze miało wielu swoich zwolenników w historii Kościoła i byli to przeważnie ci, którzy na początku wydawali się mieć bardzo pobożne motywy, potem temu Kościołowi sami jednak często zaprzeczali. Nie potrafili przyjąć tego, co ten Kościół naucza, między innymi prawdy, że Bóg zbawia nie tylko formalnie przynależących do Kościoła katolickiego. Wiem, skąd brały się ich wątpliwości: bo jak rozumieć słowa Chrystusa, który mówi o konieczności chrztu albo o władzy odpuszczania grzechów, którą Jezus przekazał apostołom, a po nich wyświęconym duchownym? Jeśli czytać te słowa dosłownie i bez kontekstu, można w nich wyczytać tę zawężoną perspektywę rozumienia zbawienia: albo jesteś katolikiem i przyjmujesz sakramenty Kościoła, albo idziesz do piekła. I nawet jeśli jest to w sprzeczności z najbardziej fundamentalną definicją Boga – Tego, który jest miłością – to jednak racji tym, którzy ekskluzywizm katolicki nadal wyznają, zupełnie odebrać nie można.


Nie sposób dokonać tutaj interpretacji wszystkich, nawet najbardziej kluczowych wypowiedzi Kościoła, które w kontekście zbawienia wymagałyby omówienia. Ograniczę się więc do pokazania jednego przykładu tej niezawężonej, włączającej, czyli inkluzywistycznej perspektywy patrzenia na zbawienie.

Chrzest poza Kościołem?


Była nią dyskusja związana z pytaniem o ważność sakramentu chrztu udzielanego przez heretyków. Miała ona miejsce w połowie III w. Wówczas papież Stefan I, który nie zgodził się z decyzjami synodu afrykańskiego z 256 r., zaznaczył, że stara tradycja nakazuje nie chrzcić powtórnie heretyków przychodzących do Kościoła katolickiego. Inaczej mówiąc, że chrzest udzielany przez osoby niebędące w formalnej jedności z Kościołem jest ważny. Tradycja ta poszerzyła grono osób udzielających chrztu poza chrześcijan. Ostatecznie dotyczy ona wszystkich ludzi, jeśli tylko zachowują oni formę i intencję sakramentu, jaką ma Kościół, kiedy go udziela.


Jeśli przyjąć, że chrzest jest do zbawienia konieczny, już w III w. Kościół nie zawężał łaski zbawienia do formalnej przynależności szafarza do wspólnoty katolickiej. Bo nawet jeśli nie ma tu jeszcze mowy o zbawieniu poza sakramentami, to sam sakrament udzielany jest skutecznie poza widzialnym Kościołem. Łączność chrztu z Kościołem jest duchowa. Łaska chrztu płynie tam, gdzie się jej udziela, ale niekoniecznie jest to formalny przedstawiciel Kościoła. Wystarczy, że jest to ktoś, przez kogo Kościół duchowo tej łaski udziela. Następnym krokiem było poszerzenie grona osób przyjmujących sakrament chrztu. Tutaj nastąpiła duchowa interpretacja działania łaski chrztu, już nawet poza znakiem wody. Nastąpiło to w kontekście prześladowań chrześcijan, a właściwie katechumenów, którzy uwierzyli w Chrystusa, ale przygotowywali się jeszcze do przyjęcia chrztu. Kościół uznał, że umierając za Chrystusa, mieli oni pragnienie chrztu. A to wystarczy, aby miłosierny Bóg przyjął ich wołanie serca o zbawienie.

Poszerzone rozumienie miłosierdzia


Granica chrztu pragnienia została następnie poszerzona o inną kategorię osób, to jest o tych, którzy nie są męczennikami, ale swoim życiem wyrażają pragnienie, aby Boga poznać. Można uznać, że są to ludzie otwarci na przyjęcie Ewangelii, gdyby tylko ona była im głoszona.


W końcu ostatnim już elementem poszerzonej perspektywy chrzcielnej jest grupa osób, którym Ewangelia jest głoszona, ale z racji jakiejś wewnętrznej niepokonalnej przeszkody nie potrafią ze szczerą wolą jej przyjąć. Ważne jest jednak to, że mają tę szczerą wolę i starają się postępować zgodnie z głosem własnego sumienia. Ten głos jest przecież znakiem działania Ducha Świętego, którego Katechizm nazywa wewnętrznym Nauczycielem duszy. Sumienie narzuca ludzkiemu rozumowi prawo, którego on sam nie tworzy. Jeśli więc zgodnie z tym prawem człowiek postępuje, w jakiś sposób odpowiada sercem i rozumem na działanie w nim Ducha Świętego. Dlatego w encyklice „Redemptoris missio” Jan Paweł II podkreślił nauczanie Soboru Watykańskiego II, że „Duch Święty wszystkim ofiarowuje możliwość dojścia w sposób Bogu wiadomy do uczestnictwa w paschalnej tajemnicy Chrystusa”.

Droga pewna


Powyższy przykład przejrzyście obrazuje inkluzywistyczną wrażliwość chrześcijaństwa. Nie jest ono religią doktryny i formalnej przynależności do grupy wyznawców tej doktryny, ale wskazaniem drogi do Boga. A na tej drodze są ci, którzy w pełni uczestniczą w darach, które dają im sakramenty Kościoła. Ale są też inni, którzy z jakiegoś powodu tych sakramentów przyjmować nie chcą lub nie mogą. Jeśli ktoś zapyta, czy w przypadku osób, które żyją całkowicie poza sakramentami udzielanymi w Kościele lub przyjmują je w pewnych okolicznościach tylko duchowo, jest tej łaski mniej, to odpowiedziałbym zgodnie z Katechizmem: wiemy, komu Bóg na pewno udziela łaski, ale nie możemy powiedzieć, czy jest jej mniej, kiedy z powodów niezależnych od człowieka nie może on sakramentów przyjmować. Wiemy natomiast co innego, i to jest ważne. W Pierwszym Liście do Tymoteusza Apostoł wprost mówi o Bogu, „który pragnie, by wszyscy ludzie zostali zbawieni i doszli do poznania prawdy”. Jeśli więc tę wolę potraktować z całkowitą powagą i dołączyć do niej stwierdzenie Soboru podkreślone przez Jana Pawła II, że Bóg w sposób tylko sobie wiadomy może ludzi doprowadzić do zbawienia, to powinniśmy być spokojni o zbawienie ludzi dobrej woli. Także o siebie, kiedy z różnych przyczyn nie możemy przyjmować sakramentów w Kościele i jesteśmy zachęcani do praktykowania komunii duchowej. Bóg nie pozostaje głuchy na wołanie tych, którzy wzywają Jego miłosierdzia. Jednocześnie wierzymy jednak, i to jest równie ważne, że pełnię łask i pewność, że są nam one udzielane, znajdujemy w sakramentach sprawowanych w Kościele.

Łaska i otwartość


Ta ostatnia sprawa wymaga pewnego dopowiedzenia. Jedno bowiem to nie móc przyjmować sakramentów z przyczyn niezależnych od nas, tych zewnętrznych i wewnętrznych, jak była o tym mowa powyżej. Ale zupełnie co innego jest nie mieć ani wewnętrznej, ani zewnętrznej przeszkody, a jednak sakramenty odrzucać lub lekceważyć. Odrzucanie może polegać na nieprzyjmowaniu sakramentów w ogóle i liczenie na Boże działanie poza sakramentami. Lekceważenie natomiast będzie wtedy, gdy istnieje możliwość przyjmowania sakramentów dosłownie udzielanych w Kościele, ale mimo to ktoś będzie chciał je tylko interpretować i przyjmować duchowo. W jednym i drugim przypadku nie ma szczerego budowania więzi z Chrystusem tak, jak On sam chciał ją z nami budować.


Tam więc, gdzie tej dobrej i szczerej woli brakuje, nie ma też rzeczywistej otwartości na łaskę. Wówczas nawet wrażliwość włączająca, symbolizowana gościnnością wspólnoty i otwartością na wszystkich drzwi Kościoła, nie gwarantuje obecności w sercu ludzkim Gościa, który jest tam po prostu Gościem nieproszonym.

ks. Mirosław Tykfer
Przewodnik Katolicki 16/2020

 
Zobacz także
Jacek Salij OP
Symboliczne jest imię tego człowieka. Barabasz znaczy: syn ojca. A przecież każdy człowiek jest dzieckiem swojego ojca! Jedno nie ulega wątpliwości: Gdyby Piłat nie skazał Jezusa na ukrzyżowanie, Barabasz, wtedy już skazany na śmierć, na pewno zostałby stracony. Zatem, patrząc nawet w perspektywie czysto cielesnej, to dzięki śmierci Jezusa Barabasz został ocalony i uniknął śmierci. 
 
Michał Nieniewski
Skąd możemy wiedzieć, czego Pan Bóg od nas oczekuje? Po czym możemy poznać, że pełnimy Jego wolę? Jest sposób. Poznajemy to po owocach Ducha Świętego. Nie należy mylić ich z siedmioma darami Ducha Świętego, z których wynikają. W liście do Galatów św. Paweł zachęca ich, aby „postępowali według ducha” i pozwolili mu się prowadzić. Postępowanie „według ciała”, a więc z przyziemnych pobudek, owocuje wyłącznie występkami – choćbyśmy nie chcieli nic złego uczynić. Ich przeciwieństwem są owoce Ducha Świętego.  
 
Jacek Stojanowski
Nie wiem czy powinienem pisać o tej sprawie. Może to niezgodne z prawem, może czekają mnie jakieś sankcje. Po ostatnim wyroku sądu nakazującym „Gościowi Niedzielnemu” przeproszenie pani Alicji Tysiąc i wypłacenie jej odszkodowania moje wątpliwości nie są bezzasadne...
 
 
___________________
 
 reklama