logo
Piątek, 22 lutego 2019 r.
imieniny:
Piotra, Małgorzaty, Marty, Nikifora – wyślij kartkę
Szukaj w
 
Posłuchaj Radyjka
kanał czerwony
kanał zielony
 
 
Facebook
 
Drukuj
A
A
A
 
o. Błażej Strzechmiński OFMCap
Być górą cukru
Głos Ojca Pio
 


Życie wspólnotowe jest czymś ważnym i możliwym, prawda ta znajduje swe potwierdzenie także u Ojca Pio. Jest ono dla niego dzieleniem tego samego sposobu życia, tej samej franciszkańskiej tożsamości, a także ludzkich uczuć czy dbałości o wierność ideałom zakonnym,  aż po całkowite ofiarowanie się za braci. Życie wspólnotą i we wspólnocie było bowiem konkretnym sposobem, w jaki realizował on naśladowanie Chrystusa.
 
Wymagająca życzliwość

Od pierwszych lat swego życia zakonnego Ojciec Pio cieszył się we wspólnocie braterskiej szczególnym zainteresowaniem i szacunkiem. Również sam Stygmatyk dzięki swej uczuciowej serdeczności oraz wrażliwości na cierpienie innych darzył swych współbraci niezwykłą życzliwością. Nie szczędził jednakże cierpkich słów i uwag, które miały pomóc dojrzewać wspólnocie, zwłaszcza tej prowincjalnej, w klimacie prawdy, a także dobrze pojmowanej miłości braterskiej.
 
Ojciec Pio kochał swoją wspólnotę zakonną, szczególnie tę, której na imię prowincja. Jego miłość do niej przejawiała się przede wszystkim w trosce o jej wierność franciszkańskim ideałom oraz charyzmatowi Zakonu. W liście z 29 grudnia 1912 roku, adresowanym do ojca Agostino, żalił się, że Jezus nie udziela mu odpowiedzi na pytania o przyszłość prowincji zakonnej, a czyni tak z powodu jej postępowania, które Mu się nie podoba. O postawienie tych pytań Jezusowi prosił go sam ojciec Agostino: „Modliłem się do Pana Jezusa w tej intencji, którą mi poleciłeś, lecz mi nie odpowiedział. Od pewnego czasu nie chce  mnie zaszczycić odpowiedzią wtedy, kiedy chodzi o sprawy naszej prowincji, ponieważ doznaje wielkiej przykrości z powodu jej postępowania”.
 
Troska o dobro duchowe
 
Mimo iż Ojciec Pio w ciągu siedmiu lat (od 1909 do 1916) z racji swojej tajemniczej choroby przebywał poza prowincją w rodzinnym domu w Pietrelcinie, wciąż nie przestawał oddziaływać na ducha zakonnej obserwancji swych współbraci. W liście z 15 marca 1913 roku zwrócił się z gorącą prośbą do ojca Benedetta z San Marco in Lamis, swego kierownika duchowego i jednocześnie prowincjała kapucyńskiej prowincji z Foggii, o upomnienie tych braci, którzy utracili ducha ubóstwa. Odwołując się do roztropności, mądrości i autorytetu swego prowincjała, napisał mu o tym, jak to Jezus uskarżał się na jego współbraci z powodu niezachowywania świętego ubóstwa: „Jezus bardzo skarży się na niewdzięczność ludzką, lecz w szczególny sposób na niewdzięczność naszej matki prowincji. Och, mój Ojcze, jak często Jezus jest obrażany przez naszych braci! „Zakonnicy – mówi Jezus – uważają, że są wielkimi książętami. Patrz: czy to nie tylko książęta prowadzą korespondencję za pomocą telegramu, ale z jaką wielką powściągliwością? A czy zakonnicy dzisiaj nie robią tego samego? Gdzie jest ich ślub ubóstwa?...”.
 
Ojciec Pio w tych kilku słowach zwrócił uwagę na dwie ważne rzeczy, które przeszkadzają w autentycznym przeżywaniu ubóstwa: po pierwsze, na brak wdzięczności, bowiem posiada ją tylko ten, kto ma świadomość bycia obdarowanym, gdyż to, co posiada lub otrzymał, nie należy do niego (wdzięczność jest przejawem bycia ubogim), i po drugie, na złe maniery zakonników, którzy uważając się za książęta, przyjmują ich sposób bycia, czego nie można pogodzić ze sposobem bycia zakonnika. Być może nam, ludziom współczesnym, trudno jest zgodzić się z tak surową oceną, w tym przypadku wykorzystywania telegramu w korespondencji, ale trzeba pamiętać, że w roku 1913, w którym został napisany ów list, ten sposób komunikowania należał do form nadzwyczajnych, nie do zaakceptowania w zakonach żebraczych, znanych z surowości życia i umiłowania ubóstwa.
 
Ojciec Benedetto już następnego dnia, tj. 16 marca 1913, odpowiedział listownie swemu współbratu zatroskanemu o dobro duchowe wspólnoty prowincjalnej. Z wielką powagą i ze zrozumieniem potwierdził obawy Ojca Pio i zapewnił go o swym zaangażowaniu w zachowywanie ubóstwa przez zakonników: „Z mojego pasterskiego listu mogłeś się dowiedzieć o moim gorącym pragnieniu, aby widzieć zakonników postępujących drogą świętych obowiązków, wynikających ze złożenia ślubów, a szczególnie ślubu ubóstwa. Będę usiłował nawet upominać i karać winnych, lecz kiedy wysiłki nie osiągną upragnionych wyników, nie pozostaje mi nic innego, jak wołać: Zmiłuj się nad nami Panie”.
 
Ofiara 
 
Ojciec Pio nie tylko ubolewał nad brakami we własnej wspólnocie prowincjalnej, co było przejawem jego głębokiej troski o jej losy, ale przede wszystkim modlił się za nią i ofiarował samego siebie. W liście do ojca Agostina, z 16 lutego 1915 roku, zapewniał o swym ofiarowaniu się za prowincję: „Zbędne jest, abyś polecał mi, bym modlił się w potrzebach naszej matki prowincji; Bóg wie, jak wiele razy w ciągu dnia wspominam o niej przed Nim. W całkowitej tajemnicy chcę Ci powiedzieć, mój Ojcze, że ofiarowałem się dobremu Bogu jako ofiara za duchowe potrzeby tej naszej najdroższej matki, z którą czuję się związany nierozerwalnymi węzłami. Ponawiam wiele razy to ofiarowanie Bogu i dziękuję wspaniałomyślności Ojca w Niebie za to, że w pewnym stopniu je przyjmuje, gdyż znoszę wiele cierpień danych mi przez Pana”. W podobny sposób napisał o swym ofiarowaniu do ojca Benedetta w liście z 11 marca 1915 roku, dołączając gorącą prośbę, by częściowe przyjęcie tej ofiary przez Jezusa stało się całkowite.
 
Empatia
 
Ojciec Pio znany był również ze swej wrażliwości na cierpienia fizyczne oraz publiczne kary nadawane zakonnikom. Warto tu przywołać świadectwo ojca Carmela z Sessano, gwardiana z klasztoru w San Giovanni Rotondo. Pewnego razu Stygmatyk żalił się swemu przełożonemu: „Jedyną rzeczą, której nie mogę znieść, jest ta: jeśli to ja muszę upomnieć kogoś, jestem zawsze gotowy, lecz widząc, jak to czyni ktoś inny, nie potrafię tego ścierpieć. Widzieć kogoś tak upokarzanego i umartwianego jest dla mnie nie do wytrzymania”. Gdy gwardian nie zrozumiał tych słów, Ojciec Pio jeszcze raz mu je wyjaśnił: „Posłuchaj, kiedy musisz dać upomnienie publicznie w refektarzu, proszę Cię, powiedz mi, abym przyszedł tam później”.
 
Zdarzyło się, że podczas obiadu dwóch młodych zakonników na środku refektarza – tak nazywa się klasztorna jadalnia – spożywało posiłek na klęcząco. Takie zachowanie było czymś zwyczajnym w klasztorach kapucyńskich: stosowano je szczególnie wobec tych, którzy mieli czynić publiczną pokutę za jakieś uchybienie w zachowywaniu Reguły, rzadziej jako formę umartwienia. Widok klęczących zakonników wywołał u Ojca Pio takie poruszenie, że z bólem wyznał ojcu Carmelo: „Dzisiaj nie mogłem już dłużej patrzeć na to, jak dwaj młodzi [zakonnicy] klęczeli na ziemi. To, co zjadłem, mam jeszcze tu, w żołądku. Gwardian postanowił się wytłumaczyć: Ojcze, ci nasi dwaj młodzi bracia jedli klęcząc na ziemi, ponieważ chcąc odnowić śluby zakonne, tak właśnie odprawiają ćwiczenia duchowe. Nie czynią tego z powodu kary lub reprymendy, lecz dlatego, że tak się czyni, by zachowywać nasze reguły”. Stygmatyk skomentował tę sytuację w następujący sposób: „Popatrz, jak jestem niemądry – rozumiem to – zrobiłeś dobrze i trzeba tak czynić. Rozumiem to – moja reakcja jest dziwna, a jednak nie umiem tego przezwyciężyć – moje serce tego nie wytrzymuje. Rozumiem, że podczas ćwiczeń duchowych młodzi muszą czynić takie umartwienie, a jednak nie mogę patrzeć, jak to robią. Serce moje nie wytrzymuje, widząc jak ktoś cierpi!”.
 
Prawdziwe braterstwo
 
Ojciec Pellegrini tak scharakteryzował relacje swego świętego współbrata do wspólnoty: „W życiu braterskim był górą cukru”. Dało się to zauważyć szczególnie w okazywaniu uczuć i delikatności, których nie żałował stygmatyzowany Zakonnik swoim współbraciom. Dobrze wyraża to historia, która miała miejsce pod koniec Wielkiego Postu w roku 1923. Podczas trwania czterdziestodniowego postu Ojciec Pio nie spożywał żadnej kolacji. Było więc wielkim zaskoczeniem dla braci zakonnych, kiedy w Wielki Piątek poprosił o dwie filiżanki czekolady i trochę świeżych owoców. Zakonnik, wrażliwy na cierpienie braci, wiedział dobrze, że w klasztorze jest brat Egidio, który od kilku dni umartwiał się zbyt surowym postem. Wziąwszy ze sobą to, o co poprosił, udał się do niego. Zaskoczonemu wizytą bratu Egidio stanowczym głosem powiedział: „Zjemy razem kolację!”.
 
Kolejne wydarzenie, które objawia nam wrażliwe, ludzkie oblicze naszego Świętego, tym razem w relacji do, szeroko rozumianej, wspólnoty zakonnej, to przyjazd do klasztoru w San Giovanni Rotondo generała Zakonu Braci Mniejszych Kapucynów, Vigilia Dalla Zuanna da Vastagna. W czerwcu 1935 roku podczas uroczystego obiadu Ojciec Pio, zjadłszy kilka łyżek ziemniaków gotowanych w oleju oraz nieco sałaty i popiwszy posiłek szklanką wina, został poczęstowany przez generała jego własnym ciastkiem. Szybko podniósł się i poszedł je wziąć. Wtedy także prowincjał i ojciec Giovanni Bucci da Baggio ofiarowali mu swoje ciastka. Przyjął je wszystkie, ale ich nie zjadł. Pożartował nieco, po czym ofiarował je ojcu Bernardowi, swojemu rodakowi. Zatrzymał tylko ciastko od generała, mówiąc, że je zje nazajutrz. I rzeczywiście – dzień później zaledwie skosztował je, a pozostałą część rozdzielił pomiędzy współbraci.
 
Być bratem i nim pozostać to niełatwa sztuka. Ojciec Pio uczy nas jej poprzez miłość do wspólnoty, przede wszystkim do tej, do której powołuje nas Pan Bóg (bez względu na to, czy będzie nią rodzina, czy też zakon). Kochać uczuciową miłością, współczuć w cierpieniu i upominać w prawdzie z troską o to, by zachować większe dobro, czyż nie jest stawaniem się ową „górą cukru” w życiu każdej wspólnoty?
 
 
Błażej Strzechmiński OFMCap 
 
Zobacz także
br. Andrzej Zębik OFMCap.
W 1543 r. do furty kapucyńskiego klasztoru zadzwonił dwudziestoośmioletni Feliks, wyrażając pragnienie zostania zakonnikiem. Był dojrzałym mężczyzną, miał za sobą doświadczenie ciężkiej pracy na roli. Od dziecka wychowany przez głęboko wierzących rodziców w atmosferze zdrowej i prostej religijności. Jego powołanie kształtowało się pod wpływem dziecięcego zauroczenia opowieściami o pustelnikach, a przede wszystkim dzięki codziennemu chrześcijańskiemu życiu w rodzinie...
 
Ks. Jan Sikorski
Jestem proboszczem jednej z warszawskich parafii. Mam tę przyjemność, że św. Józef jest jej patronem. Jak wiemy, w Piśmie Świętym nie zanotowano ani jednego jego słowa, ale zdziałał dużo i działa do dzisiaj. Myślę, że to, co stało się w parafii, którą mam radość reprezentować, jest jego wielkim, cichym dziełem...
 
bp Grzegorz Ryś
Artykuł został usunięty, ponieważ redakcja Tygodnika Powszechnego zakończyła współpracę ze wszystkimi serwisami internetowymi, także z naszym.

Zapraszamy do czytania innych ciekawych artykułów w naszej czytelni.
 
 
___________________
 
 reklama