Uproszczenie sposobu bycia Kościołem jest oznaką jego zdrowienia. Problem, jaki ma z kościelną instytucją wiele osób spragnionych ducha Ewangelii, polega na zmęczeniu zniekształceniami opakowanymi w komplikacje.
Martwisz się i troszczysz o wiele, a mało potrzeba (Łk 10,41-42).
Nie bój się, małe stadko, bo spodobało się waszemu Ojcu dać wam królestwo (Łk 12,32).
Spodobało się Duchowi Świętemu i nam nie kłaść na was więcej ciężarów, niż to konieczne (Dz 15,28).
Problem, jaki mamy z Kościołem, wiąże się ściśle z kłopotem, jaki sprawia nam Bóg – jednak nie w tym sensie, w jakim rozumiałby powyższe zdanie obrońca „tradycyjnego” katolicyzmu. Nie chodzi o to, że problem z instytucją miałby oznaczać kłopot z podporządkowaniem się Bogu i Chrystusowi jako „arcykapłanowi” wspólnoty wiary (por. Hbr 4,14). Wprawdzie przez stulecia utrzymuje się „tradycja starszych” (por. Mt 15,2), w myśl której Jezus zapoczątkował hierarchiczną organizację dla zarządzania łaską, lecz litera i duch Nowego Testamentu świadczą o czymś innym.
Właśnie dlatego historia Kościoła pełna jest starań o reformę jego funkcjonowania i odkłamanie tradycji. Podziały konfesyjne zachodniego chrześcijaństwa to ślady wystąpień w obronie danej każdemu i każdej z wierzących „śmiałości oraz dostępu w zaufaniu” do Ojca (por. Ef 3,12), a także zmagań o prymat siostrzeństwa i braterstwa nad zróżnicowaniem pełnionych we wspólnocie funkcji – z których żadna nie zapewnia wyższości ani uprzywilejowania. Chodziło także o prymat łaski-miłosierdzia nad regułami, choć łaska niewątpliwie reguluje życie na nowo i bardzo konkretnie.
Bóg się zniża, likwidując dystans
Jak wiemy, dobrej wiadomości (euangelion) Jezusa, że „przybliżyło się królowanie Boga” (Mk 1,15) towarzyszy apel: „odmieńcie umysł” (metanoeite). Nowy Testament zawiera również przestrogę, że nawet ktoś, komu „dano klucze królestwa niebios” (por. Mt 16,19) – czyli misję szafarza wiedzy o Przymierzu (por. Łk 1,52), interpretatora przykazań – może się okazać „szatanem i przeszkodą” dla Chrystusa, gdy „rozumuje nie po Bożemu, lecz po ludzku” (por. Mt 16,23). Jeśli Ekklesia, Gmina Zwołanych, ma stanowić „zakwas” królowania Boga (por. Mt 13,33), ferment odnowy rzeczywistości przez powrót do korzeni, to potrzebujemy korekty pojęcia królowania zgodnie z tym, jak widzi je sam Bóg. Chodzi więc o „królowanie nie z tego świata” (por. J 18,36).
Wspomniana korekta wiąże się w sposób oczywisty z rewizją wyobrażeń o Bogu na podstawie odzwierciedlenia Jego charakteru w osobie Syna (por. J 14,9). Czytając Nowy Testament, odkrywamy, że Najwyższy absolutnie nie jest wyniosły – reprezentuje Go Jezus jako król „skromny” (praus, por. Mt 21,5), usługujący własnym poddanym-uczniom (por. Mt 20,28; Łk 22,27). To niemożliwe, żeby ktoś taki stworzył system władzy nad sumieniami i błogosławił hierarchizację dzieci Łaski. Kłopot z autorytarnością i kastowością w Kościele jest związany z taką „intronizacją” Jezusa, wobec której On sam „wycofuje się” na ubocze (por. J 6,15). W Kościele klerykalnym Chrystus jest na wewnętrznej emigracji.
Biblijna lekcja brzmi dobitnie: „Władcy narodów dominują nad nimi, a wielcy używają wobec nich władzy – nie tak będzie wśród was” (Mt 20,25-26). Tymczasem historia i teraźniejszość pokazują, że nie tylko tak jest, ale nawet dorobiliśmy do tego teologię. Czytamy też w Piśmie, że Chrystus otwiera przestrzeń bliskości (symbolizowanej przez wspólnotę stołu) Boga ze wszystkimi pogubionymi i uwikłanymi w „nieregularne sytuacje” („poborcami i błądzącymi”, por. Mt 9,10). Wobec ludzkiego „chybiania celu” (hamartia) istnienia – taki jest sens terminu, który tłumaczymy słowem „grzech” – ucieleśniona droga życia („jestem drogą”, J 14,6) sama wychodzi nam na spotkanie i wręcz kładzie się przy nas. W starożytności ucztowano półleżąc, więc w Ewangeliach mowa o Jezusie „spoczywającym” (anakeimenos) przy stole razem z grzesznikami.
W narracji ewangelicznej właśnie ta bliskość, niestawiająca warunków wstępnych, skutkuje nawróceniem – jak w przypadku Zacheusza, który deklaruje zmianę życia dopiero po kolacji, na którą Jezus niespodziewanie się do niego wprosił (por. Łk 19,1-10). Tymczasem popularne nauczanie i praktyka kościelna wykazują tendencję do „kontrolowania łaski”, na co zwrócił swego czasu uwagę papież Franciszek (por. „Evangelii gaudium”, 47).
Królestwo prostoty i miłosierdzia
Ewangeliczna „przemiana umysłu” pozwala dostrzec, że chrześcijaństwo jako „droga Boża” (por. Dz 18,26) przekracza ramy religii. Nowy Testament likwiduje podział na sacrum i profanum, bo „profanacja” Chrystusa w „postaci niewolnika” (morphe dulou, por. Flp 2,7) skutkuje sakralizacją całej rzeczywistości. Czytamy o symbolicznym rozdarciu zasłony sanktuarium w Jerozolimie w momencie śmierci Jezusa (por. Mt 27,51), oraz o Zmartwychwstałym „napełniającym wszystko we wszystkim” (panta en pasin pleroumenos, por. Ef 1,23). Chrześcijaństwo jest w swej istocie trzeźwą mistyką człowieczeństwa, sztuką przeżywania normalnej egzystencji wobec Boga, w którego otwartej na nas obecności „żyjemy, poruszamy się, i jesteśmy” (Dz 17,28).
Boskie Słowo (żywa reguła życia) zeszło między nas ucieleśnione jako Cieśla z Nazaretu, czyli (zgodnie z historycznym sensem tych określeń) budowlaniec z prowincji. Jezus nie należał do kasty kapłańskiej (por. Hbr 7,14) i radykalnie zmienił charakter kultu z rytualnego na egzystencjalny: „Miłosierdzia chcę, a nie ofiary” (Eleos thelo, kai ou thysian, Mt 9,13; 12,7). Jego własna ofiara z życia była wyrazem (oraz aktem) miłosierdzia – stanowiła cenę wytrwania w bliskości z ludźmi mimo ich pogubienia, skutkującego wrogością. W tym sensie była „okupem za wielu” (por. Mt 20,28). Pośrednik pojednania wziął na siebie impet wrogości, jaką Mu odpowiedziano i na krzyżu uśmiercił tę wrogość „w sobie”, przebaczając (por. Łk 23,34a; Ef 2,16). Ucieleśnił w upadłym świecie Boską „dobroć dla niewdzięcznych i złych” (por. Łk 6,35), a, emanując nią, „wszystkich do siebie przyciąga” (por. J 12,32).
Jako żywa reguła życia Jezus uczy codziennego ofiarowania siebie w „rozumnej posłudze” (logike latreia) dla wspólnego dobra (por. Rz 12,1-8), oraz poświęcenia we wspomaganiu potrzebujących (por. 1 J 3,16-18). Przy tym najprostsze codzienne czynności mogą być wykonywane „na chwałę Bożą”, jeśli pozostajemy uważni na innych i „szukamy ich pożytku” (por. 1 Kor 10,31-33). Chrześcijańska mistyka egzystencji to przeżywanie jej na sposób Chrystusa w oparciu o głębokie zespolenie z Nim. Czytamy o naszym „byciu w Chrystusie” (por. 2 Kor 5,17) oraz życiu Chrystusa w osobie wierzącej (por. Ga 2,20). Innymi słowy, On żyje naszymi sprawami, a my możemy żyć Jego usposobieniem (por. Flp 2,5).
Dzięki wzajemnemu przenikaniu się egzystencji Chrystusa i naszej możemy też odkrywać analogiczne przenikanie się egzystencji własnej oraz pozostałych członków i członkiń naszych wspólnot. Ta wzajemność empatii oraz przyjacielskiego oddania stanowi udział we „wspólnocie Ducha” (koinonia tou Pneumatos, por. 2 Kor 13,13) Ojca i Syna, wiecznie nawzajem się afirmujących i wzajemnie sobie oddanych. Jak modli się Jezus w Czwartej Ewangelii: „Żeby wszyscy byli jednym, jak Ty, Ojcze, we Mnie, a Ja w Tobie, żeby i oni w nas byli…” (J 17,21).
Relacje – tylko i aż tyle
Zacytowane wyżej słowa „modlitwy arcykapłańskiej” mówią dobitnie, czym jest królestwo Boże i po co jest Ekklesia. Głęboka wspólnota osób wierzących Jezusowi to zarazem „koinonia z Ojcem i Jego Synem” (1 J 1,3), zanurzenie (baptisma) w ich wspólnym Duchu Miłości. Jezus przynosi nam królowanie Boga „zanurzając w Duchu Świętym” (por. Mk 1,8; J 1,33). Duch Boga staje się jakby „naszym żywiołem”, atmosferą, w której egzystujemy. Udział w królestwie Bożym, czyli życie wieczne, to „znajomość Boga” (por. J 17,3) – rozumiana po biblijnemu jako „smakowanie Go” (por. Ps 34,9) – dzięki chłonięciu tego Ducha niczym powietrza. Według innej metafory przyswajanie Ducha jest „piciem żywej (źródlanej) wody” (por. J 7,37-39), która staje się niewyczerpanym źródłem wewnątrz nas (por. J 4,14).
Mowa o czymś tajemniczym, lecz bardzo prostym (jakkolwiek „proste” nie musi znaczyć „łatwe”). Rozpoczynające się od „uwierzenia Bożej miłości” (por. 1 J 4,16) oraz przyjęcia jej Ducha życie wieczne to „przeżywanie” Boga (będącego ze swej natury Miłością, 1 J 4,8) – pod postacią relacji z siostrami i braćmi (por. 1 J 4,7-9.12.16). To przeżywanie Go jako źródła oraz esencji-paliwa naszej wzajemnej miłości praktykowanej w konkretach, „czynem i prawdą” (1 J 3,18). Trzeźwa mistyka egzystencji, którą w swej istocie jest chrześcijaństwo, to przeżywanie relacji międzyosobowych ze świadomością, że paliwem-pokarmem każdej autentycznej miłości jest ukryta wszechobecna Tajemnica afirmacji i oddania – Trójca powołująca nas do istnienia „na Jej obraz” (por. Rdz 1,27). Jesteśmy powołani do ucieleśniania w naszych interakcjach „wiernej życzliwości (charis - „łaski”) Pana Jezusa Chrystusa, miłości (agape) Boga i wspólnoty (koinonia) Ducha Świętego” (por. 2 Kor 13,13).
Tak więc wnikając w nowotestamentowe Objawienie (albo: dając mu wnikać w nas), odkrywamy coś zaskakującego, a nawet szokującego. Najwyższy nie tylko się zniża, ale wręcz się pomniejsza, trochę jak w kabalistycznej koncepcji cimcum – „skurczenia” się Jedynego, żeby mogło przy Nim zaistnieć coś jeszcze. Bóg nie tylko zniża się do poziomu stworzeń, „pociągając je ludzkimi więzami, węzłami miłości” (por. Oz 11,4), ale dąży do tego, żeby „zniknąć” w ich miłości wzajemnej. Apostoł streszcza całą regułę przymierza z Bogiem jednym wersetem Księgi Kapłańskiej (19,18): „Będziesz kochać twego bliźniego jak samego siebie” (por. Ga 5,14). Sprowadzenie całego chrześcijaństwa do kochania innych „jak siebie” bywa dziś dyskredytowane jako „dobroludzizm”, jednak przesłanie Pisma brzmi klarownie: „Bóg jest miłością i trwający w miłości w Bogu trwa, a Bóg trwa w nim” (1 J 4,16).
Praktyczna miłość bliźniego okazuje się „wiarą widoczną z uczynków” (por. Jk 2,18). Przy tym w pełnej zgodności z nauczaniem o wchodzeniu w przymierze z Bogiem „przez wiarę” (por. Rz 4,3.11.13-16) możemy uznać, że istnieje też „wiara niewierzących”, którzy wierzą głosowi sumienia – jak w przypadku pogan „z natury” (physei) realizujących treść nieznanych sobie przykazań (por. Rz 2,14-15). Również zdaniem Pawła jednająca z Bogiem wiara „działa przez miłość” (por. Ga 5,6). Tak więc ktoś, kto dał wiarę poczuciu, że znajdująca się obok osoba zasługuje na afirmację, życzliwość i solidarność, ten uwierzył ukrytemu Chrystusowi jako „Światłu oświecającemu każdego człowieka” (por. J 1,9). Jeśli głosimy takim osobom Ewangelię, to nie dlatego, że zupełnie nie znają Boga, lecz po to, żeby ich „radość była pełna” (por. J 15,11).
Bóg nie szuka chwały, lecz jej udziela
Wróćmy do szokującego odkrycia, że Bóg się pomniejsza i „znika” w międzyludzkiej miłości. Brzmi to na pierwszy rzut oka obrazoburczo, jednak skoro nasz Stwórca „jest miłością” (1 J 4,8), to stosują się do Niego słowa, którymi apostoł charakteryzuje miłość: „nie chełpi się, nie nadyma się, (…) nie szuka swego” (1 Kor 13,4-5). Ważnym elementem „przemiany umysłu” w konfrontacji z Objawieniem wydaje się zauważenie, że konieczność pokory wobec Boga nie wynika z Jego roszczeń do bycia wywyższanym – lecz z faktu, że pokora nas do Niego upodabnia. Pozwala „nadawać na tych samych falach” i doświadczyć spotkania.
Innymi słowy, stwierdzenie, że „kto się wywyższa, będzie poniżony, a kto się zniża, będzie wywyższony” (Mt 23,12) oznacza, że osoba zarozumiała i arogancka w gruncie rzeczy sama się degraduje, a więc poniża. Natomiast osoba, której „serce się nie wywyższa, spojrzenie nie jest wyniosłe” i która nie zabiega o rzeczy „zbyt cudowne” (por. Ps 131,1), odnajduje się w objęciach Boga jak właśnie nakarmione niemowlę przy piersi matki (por. Ps 131,2). Pokora rodzi się z Boga i Nim się karmi. Samego Boga stać na pokorę, bo jest absolutnie spełniony i nie potrzebuje dowartościowania – ale nas również stać na pokorę niebędącą upokorzeniem. Choć jesteśmy wywołani z nicości (por. Rz 4,17), to właśnie w tym „wywołaniu” mieści się afirmacja oraz wywyższenie. Stworzenie okazuje się powołaniem nas do bycia przybranym rodzeństwem Boga-Syna (por. Rz 8,29).
Uświadomienie sobie pokory i bezinteresowności Boga pozwala odeprzeć zarzut, że głoszona przez chrześcijaństwo miłość bliźniego jest pozorna. Zarzut ten bazuje na dość płytkim (choć niestety możliwym wśród ludzi religijnych) odczytaniu wersetu: „Ile tylko zrobiliście dla jednego z tych Moich najmniejszych braci, zrobiliście to dla Mnie” (Mt 25,40). Źle rozkładając akcenty, można uznać, że Chrystus w istocie „zawłaszcza” doznania osób, którym świadczymy dobro. Bliźni w potrzebie byłby tylko Jego „przebraniem”, a dla nas pretekstem i narzędziem, za pomocą którego służymy Bogu. Innymi słowy, druga osoba nie byłaby ważna dla niej samej.
Jednak Bóg nie szuka chwały, lecz się nią dzieli. W przywołanym wyżej wersecie Chrystus mówi tylko (i aż), że współodczuwa z cierpiącymi, a wszystkie nasze akty wobec innych osób przeżywa razem z nimi, jak ich mistyczny syjamski bliźniak. Nie tylko nie odbiera memu bliźniemu jego własnej wartości, lecz przeciwnie – oddaje mu swoją godność Króla. Taki właśnie tytuł nosi w przypowieści o sądzie solidarny z „najmniejszymi” Syn Człowieczy.
Chrystus nie domaga się adoracji własnej osoby (choć obiektywnie z pewnością jest jej godzien, por. Ap 4,11;5,12), lecz chce naszego współudziału w Jego usposobieniu i postawie (por. Flp 2,4-5). Zamiast słuchać, jak mówimy do Niego: „Panie, Panie!”, woli nas karmić treścią własnego przeżywania człowieczeństwa („jestem chlebem”, por. J 6,51), dając energię do „wykonywania woli Ojca” (por. Mt 7,22). Streszczeniem tej woli jest wezwanie do kochania bliźniego „jak siebie” (Ga 5,14). W chrześcijaństwie druga osoba ma dokładnie taką samą wartość jak ja – obdarowany przez Boga statusem Jego dziecka (por. 1 J 3,1) oraz „uczestnika Jego natury” (por. 2 P 1,4). Trzeźwa mistyka człowieczeństwa, którą jest chrześcijaństwo, oznacza kochanie siebie i innych właśnie tak, jak nas kocha Bóg.
Naśladować Boga prostotą
Powyższe uwagi o „znikaniu” Boga w międzyludzkich relacjach nie sugerują w żadnym razie Jego „unicestwienia”. Wskazują tylko drogę autentycznego zakorzenienia się w Chrystusie (por. Kol 2,7) i faktycznego uznania Boga za swoje „wszystko” (por. 1 Kor 15,28). Prawdziwą intronizacją Jezusa oraz przyjęciem królowania Ojca (por. Mt 6,9-10) nie jest dewocja, lecz wejście w Boski sposób bytowania (por. Ef 5,1-2). Oznacza to, rzecz jasna, absolutny prymat Boga i Chrystusa – nikt nie może nam być bliższy niż Jezus (por. Mt 10,37) i nie istnieje dobro „poza Bogiem” (por. Ps 16,2) – bo tylko mając intymną więź ze Źródłem relacji, możemy te relacje przeżywać. Kochać bliźniego bezinteresownie, dla niego samego, może tylko ktoś „narodzony z Boga i znający Go” (por. 1 J 4,7), a w konsekwencji do Niego podobny. Pamiętajmy jednak, że z Bożego Ducha rodzą się (o czym była już mowa) nie tylko zdeklarowani wyznawcy Objawienia…
Wracając do bycia Ekklesią jako przeżywania Boga pod postacią relacji z siostrami i braćmi – przez co realizujemy człowieczeństwo będące „obrazem Trójcy” – możemy zająć się kwestią prostoty jako naśladowania „Boskiego stylu”. Skoro Bóg jest Istnieniem relacyjnym i Jego królestwo w nas stanowią relacje, to właśnie na ich tworzeniu i pielęgnowaniu polega właściwie rozumiane bycie Kościołem. Przy tym relacje szczere oraz głębokie cechuje prostota. Osoby naprawdę sobie bliskie nie tworzą rozbudowanych procedur bycia razem, a potrzebna niekiedy formalizacja ich więzi (jak w przypadku małżeństwa i rodziny) sprowadza się do koniecznego minimum. Zróżnicowane role w ramach rodziny lub grupy przyjaciół są z reguły pełnione z dużą naturalnością, a celebrowanie tego, co łączy daną grupę, odbywa się w sposób niezbyt oficjalny, raczej pozbawiony patosu (z wyjątkiem bardzo szczególnych okazji). Dla Ekklesii jako swoistej sieci relacji, w których przeżywamy Boga, zdecydowanie bardziej właściwy jest klimat kręgu rodzinnego i przyjacielskiego niż duch społeczności „stanowej” na modłę quasifeudalną (jak w klerykalnym modelu Kościoła).
Pamiętajmy też o przemianie umysłu w odniesieniu do kwestii sakralności. Biblia, będąca dokumentacją stopniowo doskonalonej recepcji Boskich natchnień, upomina się w pewnym momencie bardzo dobitnie o autentyzm międzyosobowych relacji, zarazem relatywizując akty kultu. Bóg mówi: „Co Mi po mnóstwie waszych ofiar? (…) Kto od was żądał tego, byście wydeptywali Me dziedzińce? (…) Nie mogę ścierpieć niegodziwości i świętowania” (Iz 1,11-13). W innym miejscu czytamy: „Miłości się domagam, a nie ofiary, poznania Boga bardziej niż całopaleń” (Oz 6,6). W jeszcze innym: „Powiedziano ci, człowieku, co jest dobre i czego oczekuje od ciebie Pan – tylko czynienia sprawiedliwości, ukochania życzliwości i pokory w chodzeniu przed twym Bogiem” (Mi 6,8).
Jeśli chodzi o uproszczenie kultu, to ostatecznie zarówno na „drodze Jezusa” (por. Dz 24,14), jak i w judaizmie rabinicznym po zburzeniu Świątyni, na pierwsze miejsce wysuwa się celebracja domowa, rodzinno-przyjacielskie spotkanie wokół stołu. Chrześcijanie mają „Wieczerzę Pańską” (por. 1 Kor 10,16; 11,20.23-25), a wyznawcy judaizmu wieczerzę szabatową oraz bardziej uroczystą w Święto Pesach. Eucharystia chrześcijan stała się z czasem celebracją publiczną, obrastając ceremoniałem, jednak jej właściwym rdzeniem wciąż pozostaje modlitwa nad chlebem i winem, oraz dzielenie świętego posiłku. Fakt, że najważniejszym obrzędem pozostaje dla nas spotkanie wokół stołu, powinien skutkować rodzinnym klimatem w Kościele, jednak na chrześcijańską pobożność nałożyły się wzorce religijności cesarstwa rzymskiego. Zagubiliśmy serdeczność Wieczernika.
Skupić się na tym, co istotne
Jeśli prostota stanowi cechę autentyzmu, to uproszczenie sposobu bycia Kościołem jest oznaką jego zdrowienia („wracania do siebie”). Problem, jaki ma z kościelną instytucją wiele osób spragnionych ducha Ewangelii, polega na zmęczeniu się zniekształceniami opakowanymi w komplikacje. Błędna wizja Boga (raczej Zeusa niż Jezusowego Abba), zgubienie sedna Dobrej Wiadomości o Łasce (por. Dz 20,24) oraz praktyczna negacja „uwolnienia do wolności” (por. Ga 5,1), łączą się z namnożeniem kazusów roztrząsanych przez skrupulatów. Wtłoczenie społeczności sióstr i braci – gdzie duszpasterze tylko „serwisują” kapłaństwo wszystkich (por. Ef 4,11-12; 1 P 2,5.9) – w schemat klerykalnej piramidy owocuje zawiłością systemu rang i zależności w księżowskich gremiach. Zmiana uczniów i uczennic Chrystusa (por. Mt 23,8.10) w konsumentów usług religijnych sprzyja gubieniu się w gąszczu prywatnych objawień oraz meandrach magicznego myślenia i spiskowych teorii. Miejsce utraconej prostoty zajmuje wtedy prostactwo, szukanie bezpieczeństwa w sztywnych schematach oraz zasadach, dawanie łatwych odpowiedzi na trudne pytania. Jest to niezgoda na Abrahamową wędrówkę w nieznane (por. Hbr 11,8), a także odwrót od Ducha Ożywiciela ku zabójczej literze (por. 2 Kor 3,6).
Tymczasem „droga Boża” wiąże się z prostotą koncentracji na Jezusie nawiedzającym daną chwilę i w niej przemawiającym – wtedy krzątanina wokół życiowych spraw i obowiązków nie będzie miotaniem się, rodzącym frustrację (por. Łk 10,41-42). Poprawnie odczytana opowieść o Marii i Marcie nie zachęca do zastępowania aktywności kontemplacją – sam Jezus nie był obojętnym na świat kontemplatykiem – lecz przypomina, że „usługiwanie” Bogu zaczyna się od afirmacji Jego obecności oraz wsłuchania w Jego Słowo. Dopiero wtedy będziemy „wykonywać dzieła Boże” (por. J 6,28). Chcąc być Ekklesią z prawdziwego zdarzenia, potrzebujemy pielęgnowania intymnej relacji każdego i każdej z Chrystusem, praktykowania chwil wyciszenia.
Ponieważ istotą bycia Kościołem jest przeżywanie relacji, w których mieszka Bóg, potrzebujemy też konkretnej, nie za dużej grupy „będących obok”. Polskie słowo „bliźni” to przekład greckiego plesion i hebrajskiego rea, oznaczających kogoś, kto jest blisko. Zgodnie z wymową przypowieści o dobrym Samarytaninie (por. Łk 10,30-37) nie chodzi tylko o osobę „bliską” w sensie pokrewieństwa, dobrej znajomości lub życia w sąsiedztwie (jako „swój”). Sensem miłości bliźniego jest stawanie się kimś bliskim, życzliwym i pomocnym, dla każdego, na kogo się natknę w jakichkolwiek okolicznościach. Dlatego choć potrzebujemy małej grupy realnie bliskich, nie może ona być zamknięta we własnym kręgu. Niemniej jednak niewielka grupa przyjaciół w Chrystusie sprawia, że miłość bliźniego przestaje być abstrakcją. Łatwo się „kocha ludzkość”, trudniej sąsiada, współlokatora lub współpracownika. Kiedy zawiązuje się mała grupa chrześcijan („wspólnota podstawowa”), wtedy Kościół („Ciało Chrystusa”, por. 1 Kor 12,27) naprawdę staje się ciałem, a nie widmem.
Minimalizm nie tylko funkcjonalny
Mała grupa (pamiętajmy: koniecznie „niedomknięta”) pozwala na przeżywanie tego, co istotne – wzajemnej afirmacji i oddania, w których mieszka Bóg – bez gubienia którejkolwiek z osób powierzonych przez Ojca Jezusowi, a przez Jezusa nam (por. J 6,39). W rozbudowanych strukturach ulegamy magii wielkich liczb, planów pełnych rozmachu. Wtedy łatwo poświęcić jednostkę dla wzniosłych celów czy nawet dla „dobra wspólnoty” (por. J 11,50). Królowanie Boga, czyli „prawość i pokój, oraz radość w Duchu Świętym” (por. Rz 14,17) rozrastają się z drobnego ziarenka wiary w potężne drzewo (por. Łk 13,18-19; 17,6) wewnątrz „małej owczarni” (por. Łk 12,32). W księdze Dziejów Apostolskich rozrastający się coraz bardziej Kościół pozostaje siecią grup spotykających się „po domach”, we wspólnocie stołu (por. Dz 2,46-47). Właśnie w takim środowisku doświadczamy bycia „domownikami Boga” (por. Ef 2,19).
A ponieważ rodzina (w języku Biblii „dom” to jej synonim) podlega formalizacji w stopniu minimalnym, to nie należy obciążać bycia Ekklesią nadmiarem przepisów. Słynny wzorcowy „sobór jerozolimski” wykazał się korespondującym z Bożą prostotą minimalizmem: „Nie kłaść więcej ciężarów, niż to konieczne” (por. Dz 15,28). Kościół nie potrzebuje drobiazgowych praw, podobnie jak rozbudowanych struktur – choć doświadczenia nadużyć „władzy duchownej” i charyzmatycznego autorytetu wskazują na konieczność stworzenia mechanizmów kontroli przełożonych i liderów (bez wyjątku), a także ochrony osób potencjalnie narażonych na wykorzystanie. Taki wymóg wpisuje się jednak w treść i ducha minimalistycznego zalecenia z Księgi Micheasza (6,8) – tam, gdzie mowa o „czynieniu sprawiedliwości”, chodzi dosłownie o „sąd” (miszpat). Tradycja biblijna i rabiniczna wymaga organizacji sądów, a sprawiedliwość rozumiana jest w Piśmie konsekwentnie jako ochrona słabszych i bezstronne upominanie się o krzywdzonych.
Kościół małych wspólnot o minimalistycznej organizacji, koordynowanych w sposób również ograniczony do niezbędnego minimum, odzyskuje swą prawdziwą twarz. W znakomitej książce Grzegorza Strzelczyka „Eklezjologia. Jak Kościół rozumie sam siebie” znajdujemy pod koniec ostatniego rozdziału opis „eklezjologicznego minimalizmu” jako strategii wychodzenia z kryzysu wygenerowanego przez klerykalizm – a konkretnie radzenia sobie z niemożnością szybkiego przeprowadzenia reform systemowych. Minimalizm kościelny odzyskuje właściwą jakość życia eklezjalnego dzięki idei i praktyce „wspólnot podstawowych”, zachowujących to, co najistotniejsze (Ewangelia i sakramenty), lecz koncentrujących się przede wszystkim na żywych relacjach.
Obserwacje i uwagi teologa z Katowic są trafne, jednak minimalizm kościelny to w istocie dużo więcej niż doraźna strategia uzdrowicielska czy nawet trwały bezpiecznik o charakterze funkcjonalnym. Jest to – co ostatecznie sam Strzelczyk również wydaje się konstatować – cecha konstytutywna Ekklesii jako takiej. Lud „ubogi i skromny” (por. So 3,12) to Kościół naprawdę Boży (por. Dz 20,28), ciało-ucieleśnienie Chrystusa „skromnego (praus) i pokornego” (por. Mt 11,29). A Jezusowa prautes – „cichość”, subtelność i szlachetna prostota – ucieleśnia „brzmienie” Słowa miłości, którą jest Bóg (por. J 1,1; 1 J 4,8). Jeśli uczciwość i szczerość nie potrzebują wielu słów, lecz wystarcza im proste „tak” lub „nie” (por. Mt 5,37), to najszczersza i najuczciwsza Miłość wyraża się podobnie.
Marek Kita
Więź | 09 lipca 2026
wiez.pl
Tekst odnosi się do pojęcia „minimalizmu eklezjologicznego”, wprowadzonego przez ks. Grzegorza Strzelczyka w książce „Eklezjologia. Jak Kościół rozumie sam siebie”. Tego rodzaju minimalizm to sposób myślenia o Kościele, który próbuje odróżnić niezbywalne minimum chrześcijańskiej tożsamości – Ewangelię, sakramenty, nawrócenie, modlitwę i żywe więzi wspólnotowe – od późniejszych, historycznie narosłych form instytucjonalnych, zwyczajów i praktyk. Nie oznacza on odrzucenia Kościoła instytucjonalnego, lecz próbę jego oddolnej reformy poprzez powrót do prostego życia Ewangelią we wspólnotach podstawowych, bez czekania na odgórne zmiany systemowe. Kluczowe są tu osobiste nawrócenie, bliskość relacji, wzajemna troska i świadectwo dawane także wobec tradycyjnych form katolicyzmu. Jako przykład tak uprawianej eklezjologii ks. Strzelczyk podaje książkę „Zostać w Kościele/Zostać Kościołem” autorstwa Marka Kity.
Formacja jest powinnością każdego chrześcijanina, zarówno świeckiego, jak i duchownego. I nie jest ona celem samym w sobie. Formacja ma nas przygotować do wypełniania woli Pana: Uznaj w sercu, że jak wychowuje człowiek swego syna, tak Pan, Bóg twój, wychowuje ciebie (Pwt 8,5). Pamiętajmy, że zawsze Pan Bóg jest pierwszym formatorem i Jego mamy słuchać.
___________________