logo
Środa, 02 grudnia 2020 r.
imieniny:
Balbiny, Ksawerego, Pauliny, Rafała, Bibiany – wyślij kartkę
Szukaj w
 
Posłuchaj Radyjka
kanał czerwony
kanał zielony
 
 
 
Facebook
 
Drukuj
A
A
A
 
Maciej Wasielewski
Chciałbym dotrzeć do celu
Miesięcznik W drodze
 


Gorgonzola 
 
Czasem zdarza mi się spotkać zupełnie obcych ludzi, którzy stają się bliscy, zanim się jeszcze odezwą. Ot, taki Walter, Niemiec. Poznaliśmy się na campingu w Orewa w Nowej Zelandii. Obok mojego namiotu zaparkował kamper. Wyszedł z niego facet, na oko po pięćdziesiątce. Rozstawił stolik turystyczny, położył na nim gruby zeszyt i zaczął w nim pisać. Nie mogłem nie zapytać, o czym pisze. 
 
To było po dwudziestej drugiej, w każdym razie wszystkie sklepy w okolicy były już zamknięte, a mnie ssało w żołądku. Walter zaprosił mnie do swojego stolika i poczęstował pastą z serem gorgonzola. Przegadaliśmy tak pół nocy. Opowiadał o matce, która miała alergię na światło i nie odsłaniała zasłon w mieszkaniu, co ostatecznie doprowadziło ją do samobójstwa. Napomknął też o trudnym dorastaniu w cieniu ojca, który kochał, ale miłością despoty. Walter również próbował odebrać sobie życie, dwa razy. Potem jednak poznał Koreankę z Północy, zakochali się w sobie i mu przeszło.
 
– Na marginesie, wiesz, że w północnokoreańskim słowniku pod hasłem „matka” znajdziesz blisko dwieście słów? – wtrącił Walter. – „Kobieta, która urodziła. Kobieta, która dokłada troskliwych starań, by ich dzieci chowały się zdrowo. Wyrażający szacunek termin na określenie kogoś w wieku zbliżonym do jego własnej matki. Metafora wyrażająca bycie kochającym”. I tak dalej. 
 
Nie wiedziałem, co odpowiedzieć, tym bardziej że akurat napchałem makaronu do gardła. Walter mógł więc dalej mówić: 
– A pod hasłem „ojciec” znajdziesz tylko jedno zdanie: „Mąż czyjejś rodzonej matki”. 
Rozmowa z nim była tak fascynująca, że nie mieliśmy czasu albo potrzeby się sobie przedstawić. Zrobiliśmy to dopiero nazajutrz: 
– Nazywam się Kohl. Tak, Helmut jest moim ojcem. 
 
Telefon
 
Szkoda, że tamten dzień nie ułożył nam się najlepiej. Walter podwoził mnie do Auckland, w trasie zrobiliśmy postój. I właśnie wtedy zginął mu telefon. 
 
– Walter, czuję się niezręcznie – odezwałem się po chwili krępującego milczenia. – Wiem, że obce są ci stereotypy i te wszystkie dowcipy o Polakach, ale muszę powiedzieć to na głos: To nie ja ukradłem ci tę komórkę. 
Spojrzał na mnie z pobłażliwym uśmiechem i odparł, ale tak, że trudno mi było mu wierzyć: 
– W życiu bym nie pomyślał. 
 
Może uznał, że skoro nie ma dowodów, to nie ma winnych, a może nie chciał psuć nastroju poprzedniego dnia. Koniec końców nie zapamiętamy naszych telefonów (bo i po co?), a ja spotkania z Walterem Kohlem nie zapomnę. 
 
Portfel
 
Tak jak tego Hindusa, choć nawet nie znam jego imienia. Miał trzydzieści parę lat i brudną od smaru podkoszulkę. Był skwar, a on pokazał mi na migi, że biegł za mną dwie przecznice. To było poza ścisłym centrum Kalkuty, gdzie jedną ulicę od drugiej dzieli jakieś pięćdziesiąt metrów. Ten mężczyzna biegł za mną, żeby oddać mi portfel, który zgubiłem. Było w nim pięć, może dziesięć tysięcy rupii. Nie pamiętam. Pamiętam za to dobrze, że sto rupii to jego dniówka. I że na oczach tego mężczyzny zajrzałem do portfela, żeby sprawdzić, czy nic nie zginęło. Wstydzę się tego potwornie. 
 
Tak to między innymi w Indiach zobaczyłem swoją śmieszność. Pierwszego dnia nawet nie wyjąłem aparatu, nie dawałem sobie moralnego przyzwolenia, żeby fotografować coś, co Europejczycy nazywają ubóstwem. Drugiego dnia opory zniknęły, a trzeciego zapłaciłem Salimowi dwieście albo trzysta rupii, żeby oprowadził mnie po najpodlejszych rynsztokach Kalkuty. 
 
Salim to był mądry gość, miał czworo dzieci na utrzymaniu. Przez godzinę prowadził mnie nocą po ciemnych ulicach – ludzie z trądem zasypiali na chodnikach, dziewczynka, na oko trzyletnia, żuła prezerwatywę. Kilka dni później pojąłem, że zabrał mnie na bezpieczny spacer. 
 
Latryna
 
Mam tylko trzydzieści jeden lat i trzymam się myśli, że wiem niewiele, że co najwyżej widzę. I to w dodatku po czasie. 
 
Zresztą, z widzeniem też miewam problemy. Pamiętam, że stałem pod Górą Cooka. Powietrze jak po kroplach do nosa, gapiłem się w chmury. Obok mnie Anthony, kumpel z Francji. Powiedział: „Patrz na drzwi!”, bo prawda jest taka, że staliśmy nie tylko pod Górą Cooka, ale też obok latryny. Gdyby nie on, najpewniej bym nie zauważył – na wewnętrznej stronie drzwi ktoś utrwalił wyznanie flamastrem: „Karolina i Patryk ze Szczecina (Poland). Tu się pokochali”.
 
Anthony miał szósty zmysł. Wyłapywał detale i niektóre z nich prowadziły go do większych historii. Ja mam po prostu fart – znajduję tematy jak jagody. Trudności zaczynają się potem, przed komputerem. To, co piszę, rodzi się z milczenia. Całymi dniami milczę, żeby napisać dwa zdania i te zdania znaczą dla mnie więcej niż sto, które później wypowiem. Pisanie to nieustanna samotność. Wcześniej nastrajałem się na tę samotność, decydowałem się na nią. Od jakiegoś czasu nie potrafię z niej wyjść. Ludzie to czasem mylą z pychą. 
 
Z jednej strony fart, z drugiej niefart – wciąż nie znalazłem wspólnoty. Ale w życiu i w książkach porusza mnie retoryka nowego dnia, drugiej szansy, nadziei. W podróży każdy nowy dzień jest nadzieją na odnalezienie wspólnoty. Moje podróżowanie to nic innego jak szukanie ludzi, bliskości, zrozumienia. I w tym sensie chciałbym zaniechać podróży. Chciałbym dotrzeć do celu.
 
Maciej Wasielewski
W drodze 7 (479)/2013
 
Zobacz także
Grażyna Rolkiewicz

Małżeństwo, tak jak i ludzkie życie, jest zbyt skomplikowane, by komukolwiek udało się wypracować uniwersalną receptę na udane życie czy szczęśliwe małżeństwo. Nie znaczy to jednak, że nie wiemy, czym jest szczęśliwe małżeństwo i jak do tego dążyć. Udane małżeństwo to związek, w którym obie osoby czują, że się kochają, szanują się nawzajem, rozumieją, wspierają.

 

Z Barbarą Smolińską – psychoterapeutą w laboratorium psychoedukacji w Warszawie, rozmawia Grażyna Rolkiewicz

 
ks. Tadeusz Miłek
Zbliżający się wigilijny wieczór jest bodaj najbardziej wzruszającym i uroczystym wieczorem roku. Nie ma chyba drugiego takiego kraju na świecie, gdzie Wigilię Bożego Narodzenia obchodzonoby tak uroczyście jak u nas. To czas wzajemnego zbliżenia, darowania win i urazów, zadumy i refleksji.
 
ks. Ottavio De Bertolis SJ
Darem Serca Jezusa jest Duch Święty. Cała Ewangelia św. Jana przedstawia nam Go jako dar Syna. Być może szczyt tego nastąpił w chwili śmierci Jezusa, kiedy Zbawiciel "wyzionął ducha" (J 19, 30). Owo "wyzionął ducha" nie oznacza zwykłego "umarł" w tym sensie, że ktoś właśnie zmarł. Ma ono znaczenie o wiele głębsze, zauważalne w łacińskiej wersji tłumaczącej tekst grecki - "oddał ducha"...
 
 
___________________
 
 reklama
 
 
 

 

 
 
グッチバッグコピー グッチ財布コピー