logo
Poniedziałek, 14 czerwca 2021 r.
imieniny:
Bazylego, Elizy, Justyny, Metodego, Michała – wyślij kartkę
Szukaj w
 
Posłuchaj Radyjka
kanał czerwony
kanał zielony
 
 
 
Facebook
 
Drukuj
A
A
A
 
Irena Świerdzewska
Cierpienie Boga i człowieka
Idziemy
 
fot. Duy Hoang | Unsplash (cc)


Cierpienie Boga związane jest z tajemnicą wcielenia i odkupienia – mówi o. prof. Józef Augustyn SJ, rekolekcjonista i kierownik duchowy, w rozmowie z Ireną Świerdzewską.

 

Czy Bóg cierpi?

 

O cierpieniu Boga mówią wybitni teologowie, jak Hans Urs von Balthasar czy Dietrich Bonhoeffer. Mistyczny poeta Anioł Ślązak pisze: „Bóg w duchu swym wiecznego doznaje wesela, a w nas cierpi o tyle, o ile się wciela”. U wszystkich powtarza się ta zasadnicza myśl: cierpienie Boga związane jest z tajemnicą wcielenia i odkupienia. „Bóg chce być winny naszych grzechów” – mówi Bonhoeffer, a z winą i grzechem wiąże się cierpienie. Pan wszechświata z miłości do człowieka bierze na siebie wszystkie ludzkie grzechy z ich konsekwencjami, a więc cierpieniem i śmiercią. Ale ponieważ Syn Boży w swoim bóstwie nie mógł cierpieć, Ojciec zesłał Go „w wymiar czasu i historii”, by stał się Człowiekiem podobnym nam we wszystkim, także w cierpieniu i umieraniu. On sam, Baranek niewinny, choć nie popełnił żadnego grzechu, to jednak wziął na siebie wszystkie nasze winy i – jak mówi św. Paweł – „sam stał się grzechem”. Cierpienie Boga związane jest więc z losem człowieka.

 

Chrystus został przybity do krzyża naszymi grzechami. Ale czy człowiek wciąż może ranić Boga?

 

Bóg jest poza czasem i historią, stąd też okolicznik czasu „wciąż” w rozmowie o Bogu jest niestosowny. Człowiek ranił, rani i będzie ranił Boga zawsze wtedy, gdy będzie odwracał się do Niego plecami, lekceważył Jego miłość, bluźnił, usiłował żyć, jakby Go nie było. Życie bez Boga jest piekłem. „Czarna księga komunizmu”, przywołująca zbrodnie tego jednego tylko totalitaryzmu, to małe zobrazowanie tej prawdy. Raną Boga są nasze grzechy, które niszczą życie nasze i innych. Im głębsze są nasze więzi z bliźnimi, tym głębsze rany zadajemy im grzechami. Stwórca cierpi, kiedy człowiek cierpi. William Blake powie pięknie, że Bóg cierpi „z każdym człowiekiem chorym,/ z każdym ptaszkiem wyrzuconym z gniazda”. „Czy on nie siada jak ojciec przy łóżeczku chorego dziecka/ czy nie pociesza jakiejś wdowy czy matki serdecznie z nią łzy lejąc” – pyta poeta.

 

Izajaszowe Pieśni Sługi Jahwe to przejmujące proroctwo o cierpieniu Boga-Człowieka. Słowa „Spodobało się Bogu zmiażdżyć Go cierpieniem” budzą najwyższą trwogę, rzucają na kolana. Mistycy podkreślają, że głębia cierpienia Boga-Człowieka nie wiąże się z zadanym Mu bólem fizycznym, ale z bluźnierczym odrzuceniem tajemnicy wcielenia, poniżaniem Jego boskiej miłości do człowieka.

 

Czy każde cierpienie, które przeżywamy, jest wolą Boga wobec nas?

 

Trzeba rozróżnić cierpienie, które jest bezpośrednią konsekwencją grzechu, i to, które jest „tajemniczym dopustem”. Bóg nie chce cierpienia grzesznika. Pragnie, by się nawrócił i „miał życie”. Do uzdrowionego Jezus mówi: „Nie grzesz już więcej, aby ci się coś gorszego nie przydarzyło”. Ale w innej sytuacji, pytany „kto zgrzeszył”, że ten człowiek urodził się niewidomy, mówi: „Ani on nie zgrzeszył, ani rodzice jego”. Bóg ma „upodobanie” nie tyle w cierpieniu Sługi Jahwe, ile raczej w Jego nieskończonej miłości, dzięki której obarczył się naszymi grzechami i naszym cierpieniem. W ten sposób uwolnił nas od śmierci, piekła i szatana. Kiedy łączymy nasze cierpienia z cierpieniami Sługi Jahwe, one stają się miejscem naszego zabawienia. Przejmujący przykład takiej postawy znalazłem w listach mojej matki. Po śmierci siedemnastoletniego syna napisała do córki: „doszłam do tego, że Pan Jezus nas doświadcza dlatego, żebyśmy Go bardziej kochali i grzechami nie obrażali, i ja w tym przeżyciu bardziej poznałam Boga i Jego przykazania. To już na zawsze pozostanie w sercu i pamięci”. Tylko w Bogu-Człowieku, w Jezusie „zmiażdżonym”, dzięki odpowiedzi naszą miłością na Jego miłość, wszystko nabiera nowego sensu.

 

Czy jako ludzie wierzący możemy bronić się przed cierpieniem? Czy ucieczka od cierpienia zawsze jest czymś złym?

 

Cierpienie samo w sobie jest złem. Ono samo nie zbawia. Bronienie się przed cierpieniem godziwymi środkami jest naszym prawem, a łagodzenie cierpienia bliźnich – naszym obowiązkiem. Św. Ojciec Pio, apostoł ewangelicznego cierpienia, w miasteczku San Giovanni Rotondo zbudował z przyjaciółmi szpital godny wielkiej metropolii. Ale nasze możliwości bronienia siebie i innych przed cierpieniem są ograniczone. Jak bronić się przed cierpieniami związanymi z doznaną krzywdą, przemocą, poniżeniem, chorowaniem, umieraniem? Jak bronić się dzisiaj przed pandemią? Jesteśmy zaproszeni, by przyjmować z Jezusem te cierpienia, przed którymi nie jesteśmy w stanie się obronić.

 

Wejście człowieka w cierpienie nie jest nigdy jednorazowe, definitywne, niezmienne. Wymaga nieustannej walki. Dobrze ukazuje to film Martina Scorsese „Milczenie”. Wczorajsza stałość wiary dzisiaj uległa zachwianiu, a lęk przed cierpieniem wymaga nowego aktu wiary. Prości chłopi japońscy odnajdywali w sobie nieraz więcej wiary i odwagi niż wysoko wykształceni europejscy księża. Sam Jezus, który zapowiadał swoją mękę, tuż przed jej rozpoczęciem prosi Ojca, by oddalił od Niego „ten kielich”, jeżeli to jest możliwe.

 

Jezus kocha swoje ziemskie życie, jak każdy człowiek. Miłość do życia dyktuje mu tę prośbę. Ale ponad życie ziemskie Jezus kocha Ojca i nas ludzi, dla których stał się człowiekiem, dlatego dodaje: „Jeżeli to jest zgodne z Twoją wolą, Ojcze”. Święci w jakimś mistycznym bólu, którego nie jesteśmy w stanie przeczuć, w rozmowie z Bogiem posuwają się niekiedy do granicy bluźnierstwa. Zawsze jednak kończą modlitwę jak Jezus. Wola Boga jest granicą „sporu” udręczonego człowieka z Bogiem.

 

Ale wielu świętych i mistyków pragnęło cierpienia i prosiło Boga o nie?

 

Im tak naprawdę nie chodziło o cierpienie jako takie, ale o intymną więź z Jezusem cierpiącym. Cóż by to była za miłość, która unikałaby towarzyszenia Boskiemu Oblubieńcowi w Jego cierpieniu? Oni pragnęli towarzyszyć Mu, podobnie jak żony towarzyszyły mężom skazanym na zsyłkę na Syberię. Święci byli wolni także wobec cierpienia. Teresa z Lisieux pisała: „Nie pragnę już cierpienia, ani śmierci, chociaż kocham jedno i drugie, ale pociąga mnie tylko sama miłość”. Podobnie notuje Siostra Faustyna: „Z jednakowym usposobieniem przyjmuję radość i cierpienie”.

 

W objawieniach mistycznych sam Jezus szuka u swoich oddanych dusz pocieszenia w cierpieniu. Małgorzacie Alacoqueżali się, że Jego Boska miłość jest odrzucana, poniżona, a Najświętszy Sakrament doznaje zniewag. „Sprawia mi to bardziej przykrą udrękę niż wszystko, co wycierpiałem w czasie mojej męki. Ty przynajmniej spraw Mi tę radość i wynagradzaj Mi ich niewdzięczność, o ile to uczynić zdołasz” – mówi św. Małgorzacie.

 

Ślady męki na rękach, nogach i w boku Jezusa stają się miejscem intymnego spotkania Tomasza z Mistrzem. Jezus mówi do apostoła: „Włóż rękę do boku mego” i dotknij mojego zranionego Serca. Tak rodzi się nowa świadomość wiary w życiu apostołów. Przestają się bać cierpienia, wychodzą na ulice, głoszą Jezusa, narażając się na cierpienie i śmierć. Dołączają swoje cierpienia do cierpień Jezusa. Stają się współodkupicielami świata. Do takiej właśnie odwagi wiary pragnie nas poprowadzić Ojciec Ignacy, gdy w „Ćwiczeniach duchownych” proponuje nam modlitwę: „Chcę i pragnę i taka jest moja dobrze rozważona decyzja, jeśli to tylko jest ku Twojej większej służbie i chwale, naśladować Cię w znoszeniu wszystkich krzywd i wszelkiej zniewagi i we wszystkim ubóstwie”.

 

A czy cierpienie możemy zmarnować?

 

Marnujemy cierpienie, gdy bronimy się przed nim nieuczciwie, np. przerzucając je na innych, łamiąc przykazania. Zdrady małżeńskie, uzależnienie od alkoholu, pogrążanie się w konsumpcji – są konsekwencją ucieczki przed cierpieniem. Walka z pokusami wymaga cierpienia, trudu, wysiłku.

 

Każdy człowiek cierpi, w takiej czy innej formie. I to od niemowlęcych lat. Ciężko chore dzieci to nieraz prawdziwi męczennicy. W naszym życiu nie ma alternatywy: cierpieć czy nie cierpieć. Jest tylko pytanie, jak cierpieć: uczciwie czy nieuczciwie. Marnujemy cierpienie, gdy bezrefleksyjnie buntujemy się przeciwko niemu, oskarżamy Boga i odwracamy się od Niego. Świat nie był, nie jest i nie będzie idealny. Cierpienie jest czasem próby, pokusy, drogą do nieba. Każdy z nas może uczynić własne cierpienie czasem łaski i świadectwa.

 

W przyjmowaniu cierpienia toczy się więc walka duchowa. Ale czy tylko chrześcijaństwo nadaje cierpieniu zbawczy wymiar?

 

Balthasar podkreśla, że chrześcijańskie podejście do cierpienia zdecydowanie różni się od tego, jakie istnieje w kulturach greckiej, hinduskiej czy arabskiej. Uogólniając, można je scharakteryzować greckim pojęciem apatheia – beznamiętność, niewrażliwość, niepodatność na wzruszenia, spokój wewnętrzny. Dla stoików czy sceptyków asceza miała służyć obronie przed cierpieniem, nabraniu dystansu do niego. W teologii judeo-chrześcijańskiej Bóg nie broni się przed cierpieniem. A Jezus sam wchodzi w cierpienie i otwarcie zaprasza do wejścia w nie, do dźwigania krzyża: „Jeżeli ktoś chce pójść za mną, niech weźmie swój krzyż i idzie za Mną”. Św. Paweł pisze, że Jezus „nie skorzystał ze sposobności, aby na równi być z Bogiem, lecz ogołocił samego siebie, (…) uniżył samego siebie, stawszy się posłusznym aż do śmierci – i to śmierci krzyżowej”.

 

Jak mamy przysposabiać się do zrozumienia i przyjmowania cierpienia, skoro nawet święci z trudem zmagali się o naśladowanie Jezusa w cierpieniu?

 

Mistycy i święci są do nas podobni we wszystkim, jak Jezus. Kontemplując Jezusa, rozważając życie świętych, mamy się od nich uczyć zmagania i walki o wierność Bogu w chwilach cierpienia, prześladowania, pokus. W naszych czasach cywilizacja euroatlantycka odrzuciła chrześcijaństwo, a wraz z nim wezwanie do dźwigania krzyża Jezusa. Wierność Jezusowi będzie od nas wymagać głębszego osobistego doświadczenia wiary. Oddziaływanie religii na życie społeczne i polityczne przechodzi do historii. Bluźnienie Bogu i poniżanie wierzących staje się wręcz modą. Ale z drugiej strony Bóg ofiaruje nam świętych, męczenników, którzy dają nam najwyższy przykład wierności Bogu w cierpieniu. Tysiące, tysiące męczenników Bliskiego Wschodu – to dla nas wielkie światło. Wspomnijmy dwudziestu jeden koptyjskich męczenników zamordowanych przez islamistów nad brzegiem morza w 2015 roku. I dzisiaj światło przychodzi ze Wschodu.

 

Wspomnijmy też bł. Carla Acutisa, piętnastoletniego chłopca, który umierając na białaczkę, z miłości do Jezusa ofiarował swoje cierpienie i swoje młode życie za papieża, za Kościół. Cierpienie świętych jest cierpieniem Boga, a oni z miłości do Niego cierpią z Nim, dla Niego, dzięki Niemu.

 

Rozmawiała Irena Świerdzewska
Idziemy nr 13/2021

 
Zobacz także
Przemysław Radzyński
Możemy dziś zobaczyć ojców, którzy realizują swoją misję – robią to bardzo dobrze, na różne sposoby. Są też i tacy, którzy tej roli nie wypełniają, albo redukują pojęcie ojcostwa do uczestnictwa w poczęciu dziecka.

Z o. Tomaszem Jędruchem SP o biologicznym i duchowym ojcostwie rozmawia Przemysław Radzyński 
 
Przemysław Radzyński
Siedział w pokoju przy biurku na wózku inwalidzkim. Zobaczyłem człowieka o łagodnym i miłym spojrzeniu, z twarzy którego promieniowała siła wewnętrznego pokoju. Przywitałem się i przedstawiłem. Ksiądz Kardynał poprosił, abym usiadł blisko, tuż obok niego. Zaczęła się rozmowa. Miałem wrażenie, że rozmawiam z człowiekiem, którego znam od dawna...
 
ks. Przemysław Bukowski SCJ
Dojrzałość to umiejętność odpowiedzialnego radzenia sobie z własnym życiem. Jednak nie jest ona samotną grą do pustej bramki. Dojrzałym jest się dzięki innym, ale i wobec innych. To inni uczą nas bowiem bycia dojrzałymi, a jednocześnie to my sami wobec nich bierzemy za nią odpowiedzialność. Dojrzałość wyznacza pewną miarę naszego osobistego człowieczeństwa, tego, do czego to człowieczeństwo ma dorosnąć, w czym ma się spełnić, jak zaowocować dla innych.
 
___________________
 
 reklama