logo
Czwartek, 24 września 2020 r.
imieniny:
Dory, Gerarda, Maryny, Hermana, Pacyfika – wyślij kartkę
Szukaj w
 
Posłuchaj Radyjka
kanał czerwony
kanał zielony
 
 
 
Facebook
 
Drukuj
A
A
A
 
ks. Janusz A. Ihnatowicz
Czy kryzys kapłański jest w Polsce konieczny? Parę uwag
Obecni
 


Od lat w mediach światowych kryzys kapłaństwa w Kościele katolickim jest jednym z ulubionych tematów. Jego objawy widzi się w ujawnionych ostatnio grzechach i przestępstwach seksualnych pewnej liczby księży (w części już nieżyjących), przez wiele lat tolerowanych i ukrywanych przez ich przełożonych. Jest to na pewno kryzys moralny konkretnych księży i kryzys instytucjonalny biurokracji kościelnej. Lecz nie nazwałbym go kryzysem kapłaństwa jako takiego. Druga połowa dwudziestego wieku była świadkiem innego kryzysu; w licznych odstępstwach kapłanów i dramatycznym spadku powołań w krajach, które były prawdziwymi kopalniami powołań, takich jak Stany Zjednoczone, Holandia czy Irlandia. Ten ostatni był w dużej mierze skutkiem innego kryzysu, kryzysu doktrynalnego, niepewności co do tożsamości kapłana i jego roli w Kościele. Taki kryzys objawił się w wielu krajach w procesie wdrażania reform zadekretowanych przez Sobór Watykański II.
Pytanie, które sobie stawiam, czy ten kryzys musi dotknąć i Polskę? 

Kryzys doktrynalny
 
Dwa były źródła kryzysu doktrynalnego kapłaństwa. Z jednej strony, w zaobserwowanej przez Sobór Watykański II konieczności docenienia roli laikatu i nowej wizji stosunku kapłanów do świeckich. A z drugiej, był on tylko częścią ogólniejszego kryzysu doktrynalnego: w imię ekumenizmu i „otwartości” Kościoła na świat współczesny, proponowano dość drastyczną rewizję wielu elementów tradycyjnego nauczania. Eklezjologia była jednym przykładem. W tych propozycjach odwoływano się, jeśli nie do jego dokumentów, to do tak zwanego „ducha” Soboru. Jak się to rozegrało w stosunku do zrozumienia kapłaństwa katolickiego?   
 
Ucieczka od klerykalizmu
 
Już w pierwszej połowie dwudziestego wieku wielu teologów twierdziło, że wzajemny stosunek kapłanów i świeckich z Kościele nie odpowiadał aspiracjom i możliwościom współczesnego laikatu, i że był teologicznie fałszywy. Został bowiem skażony klerykalizmem. Klerykalizm to sytuacja, gdy jak to określił ks. Andrzej Zuberbier, urząd kapłanów i biskupów „interpretuje się… nie tyle w ewangelicznej kategorii służby, co w kategoriach właściwych władzy świeckiej, jako godność i pewnego rodzaju panowanie, które wymagają od innych jedynie szacunku i biernego posłuszeństwa” [1]. Członkowie kleru zaczynają się uważać, i są uważani przez wiernych, za specjalną kastę, odróżnianą od „ludu”. 
 
Sobór przeciwstawiał się temu przez podkreślanie „służebności” kapłaństwa wyświęconych i przypominanie, że i świeccy chrześcijanie „wcieleni przez chrzest w Chrystusa… [są] na swój sposób uczestnikami kapłańskiego, prorockiego i królewskiego urzędu Chrystusowego” (KK 31, por. DA 2-3). 
 
Kapłan czy wyświęcony świecki? 
 
Wkrótce po Soborze niektórzy teologowie widzieli w tradycyjnym języku o święceniach i ich skutku w duszy wyświęconego (takich jak charakter sakramentalny) niebezpieczeństwo powrotu do „kastowego” pojęcia urzędu i pomniejszania przywoływanej przez Sobór godności laikatu. Głosili opinię, że nie istnieje zasadnicza, ontologiczna różnica między wyświęconym kapłanem i wiernym świeckim: prezbiter to świecki, któremu powierzono pewne funkcje duszpasterskie i liturgiczne.
 
Teologiczną podstawę i legitymizację tego poglądu znajdowali, wydaje mi się, w raczej radykalnej zmianie optyki eklezjologicznej, bardziej przychylnej tezom eklezjologicznym części protestantyzmu. Przesuwa ona akcent z Misterium Kościoła, ze zrozumienia Kościoła jako znaku i narzędzia działalności Chrystusa (por. KK 1 tytuł), na Kościół jako wspólnotę wierzących w Chrystusa i usiłujących żyć według Jego nauki. Takie spojrzenie kwestionuje doktrynę „realizmu sakramentalnego”, prawdy, że sakramenty są aktami Chrystusa przez posługę ludzkich szafarzy i powodują zaistnienie duchowej rzeczywistości, którą oznaczają. 
 
To odbiło się na zrozumieniu sakramentu kapłaństwa. Święcenia nie powodują rzeczywistej przemiany w osobie wyświęconego, jego konsekracji i konformacji do Chrystusa Głowy i Kapłana. Są tylko kościelnym aktem zlecającym wybranym ochrzczonym konkretne funkcje. Różnica między wiernymi świeckimi i wyświęconymi jest prawna, funkcyjna, ale nie jest to różnica zasadnicza, ontologiczna. 
 
Jeśli tylko funkcja?
 
Takie zrozumienie kapłaństwa służebnego miało konsekwencje w życiu Kościoła i samych kapłanów. Funkcje są, w jakimś sensie, zewnętrzne do człowieka i dlatego zasadniczo tymczasowe. Mogą tracić sens w zmienionych warunkach, mogą już więcej nie przystawać do moich celów osobistych czy religijnych. Dlatego może być rzeczą pozytywną i wskazaną porzucić także funkcję posługi kapłańskiej i nikt nie powinien mieć do mnie o to pretensji.  
 
Lecz porzucenie „realizmu sakramentalnego” ma szerszy wpływ na życie Kościoła, także na wizję i praktykę ich misji u kapłanów. Pomniejsza ono rolę i godność sakramentów w ogóle, także Eucharystii. Z konieczności będzie się w nich widziało tylko, czy zasadniczo, rytualne, symboliczne wyrażanie ludzkiej pobożności, a więc, jak wszystkie symboliczne deklaracje, rzeczą drugorzędną w stosunku do prawdziwej misji chrześcijanina, głoszenia Ewangelii i budowaniu świata opartego na miłości bliźniego. W tej sytuacji kapłan, który tak wielką część swego czasu i energii poświęca na coś drugorzędnego i jakby odciągającego go od jego prawdziwego zadania „budowania Królestwa Bożego”.  
 
1 2 3  następna
Zobacz także
ks. Tomasz Jaklewicz
Skojarzenie św. Walentego ze świętem zakochanych jest właściwie dziełem przypadku. Dziś trudno dociec, kim był naprawdę. Jest kilka wersji jego dziejów, kilka miejsc w Europie szczyci się posiadaniem jego relikwii, także w Polsce (Lublin, Kraków, Chełmno). Najsłynniejszym włoskim miastem związanym ze św. Walentym jest Terni, oddalone o 100 km od Rzymu, w prowincji Umbria. Legenda mówi, że Walenty pobłogosławił miłość między pogańskim legionistą a młodą chrześcijanką... 
 
ks. Jan Smolec
Czas Bożego Narodzenia i poprzedzającego go Adwentu ukazuje mi twarz Ojca, pochyloną nad betlejemskim Dzieckiem, pełną czułości twarz, pochyloną nad Betlejem, nad naszym światem. Wyznając wtedy wiarę w Boga Ojca, widzę Go i kontempluję w tym szczególnym Dziecku, Jego Jedynaku, który jest odbiciem Ojcowskiej istoty i chwały, znakiem miłości, darem nad darami.
 
Tomasz Grabowski OP
Na różne sposoby próbowano pomniejszyć znaczenie tajemnicy, którą dzisiaj celebrujemy. Egzegeci argumentowali, że Przemienienie to tak naprawdę naturalne zjawisko. Promienie zachodzącego słońca sprawiły, że na ich tle Chrystus wydał się jaśniejący. Wyrwani z drzemki uczniowie zostali oślepieni blaskiem, który tylko pozornie bił od Chrystusa. Mocne światło sprawiło, że na wpół oślepieni widzieli postacie mężczyzn towarzyszących Jezusowi. 
 
 
___________________
 
 reklama