logo
Sobota, 06 marca 2021 r.
imieniny:
Kolety, Jordana, Marcina, Róży, Wiktora – wyślij kartkę
Szukaj w
 
Posłuchaj Radyjka
kanał czerwony
kanał zielony
 
 
 
Facebook
 
Drukuj
A
A
A
 
ks. Jakub Kopystyński SCJ
Dotyk Boga
wstań
 


Możemy Go spotkać w najmniej spodziewanym momencie naszego życia. Nawet gdy jesteśmy od Niego daleko, On cały czas trwa przy nas i czeka… O niezwykłym spotkaniu, które pozostawiło niezatarty ślad w jej pamięci, i odkryciu prawdy o Bożej obecności ks. Jakubowi Kopystyńskiemu SCJ opowiada pani Krystyna*.

 
Ilekroć wchodzę do Pani mieszkania, mam takie wrażenie, że tutaj pachnie Bogiem. Wszędzie obrazy, zapalona lampka wieczna na ścianie. Może Pani powiedzieć kilka słów o tej swojej przyjaźni z Panem Jezusem? Jak to się zaczęło?
 
Trzeba by wspomnieć o czasie, kiedy jeszcze nie byłam z Panem Jezusem. Deklarowałam się jako ateistka, mój mąż również. Żyliśmy bez żadnych zobowiązań. Mieliśmy dużo pieniędzy. Nie ukrywam, że lubiliśmy się napić, paliliśmy też namiętnie. Graliśmy koncerty. On pisał muzykę, a ja ją wykonywałam z zespołem. Polska, potem inne kraje – taka sobie jazda po „wolnym” świecie.
 
Mieliśmy jednak przyjaciół, którzy widzieli, że jesteśmy utalentowani, ale marnujemy to. Postanowili nas z tego wyciągnąć. Próbowali perswazji, ale to nie było przekonywające, a nawet działało na nerwy. Taki Piotrek, który też był muzykiem, wziął sobie za punkt honoru, że będzie mi przypominał o tym, że szatan istnieje. Denerwował mnie bardzo, ale nie ustępował. Kiedyś powiedział: „Krysiu, ty jesteś mocna, ale zobacz, co się dzieje z twoim mężem. On nie umie sobie ze sobą poradzić, przestaje komponować muzykę”. Rzeczywiście straszne lenistwo pojawiło się w naszym życiu. W sierpniu 1990 roku Piotrek przyprowadził do nas swojego kolegę Tomka. Rozmawiali ze Zbyszkiem w kuchni, a ja leżałam sobie na wersalce w pokoju i słyszałam, co mówi ten Tomek: „Też miałem takie porąbane życie, ale poczytałem sobie Dzienniczek siostry Faustyny i mnie tam parę słów tak mocno dotknęło” i zaczął je cytować. Wtedy usiadłam i powiedziałam: „Oho, przyszedł nawiedzony”, ale oczywiście słuchałam dalej.
 
Jakie to były słowa?
 
Że do miłosierdzia Bożego największy dostęp mają ci najbardziej zatwardziali grzesznicy. Ale ja sobie pomyślałam: „Akurat, gdzieżby tam Bóg mi wybaczył moje grzechy”. Rozmawiali chyba ze trzy godziny. Potem Zbyszek wszedł do pokoju i zobaczyłam kogoś innego. Miał jasne, pełne światła oczy i niósł otwarty Dzienniczek. Klęknął przy wersalce i przeczytał mi ten fragment. Zbyszek nie spał już do rana, po prostu czytał. Na drugi dzień z Tomkiem pojechali do kapelana sióstr Matki Bożej Miłosierdzia i Zbyszek przywiózł do domu obraz miłosierdzia Bożego i dwie koronki. Jego bardzo mocno chwyciło od razu. Natomiast ja się zbuntowałam. W najbliższą niedzielę mąż zapytał mnie: „Krysiu, mogę cię prosić, żebyś mi dała świeżą koszulkę, bo idę do kościoła?”. Spokojnie wstałam, dałam mu ją i poszedł.
 
A Pani nie?
 
Nie, jeszcze poczekałam ze dwa tygodnie. Ale później już bardzo chciałam iść. Zaczęłam się też razem z nim modlić. Poza tym okropnie denerwował mnie ten Dzienniczek. Leżał w kuchni na takim biureczku. Chowałam go do szuflady, ale wtedy denerwowało mnie to, że go nie widzę.
 
Źle, że jest, i źle, że go nie ma.
 
Tak jest. W końcu powiedziałam sobie: „Przeczytaj go, będziesz miała święty spokój”. I tak się wymienialiśmy ze Zbyszkiem. Później weszłam w Koronkę do miłosierdzia Bożego, a pewnej niedzieli stwierdziłam, że idę do kościoła. Wyszliśmy na ulicę, a mój mąż mówi: „Teraz jest trochę inaczej w kościele. Ksiądz stoi przodem do ludzi i mówi po polsku” (śmiech). To był 1990 rok. Wkrótce postanowiliśmy, że weźmiemy ślub kościelny. To był ten nasz pierwszy krok w kierunku zrobienia porządku w naszym życiu.
 
W październiku Zbyszek powiedział: „Krysiu, jedźmy do Łagiewnik, bo tam są takie piękne Msze Święte”. Nie chciało mi się, ale mąż zachęcał: „Będzie kardynał”. A kardynała to jeszcze nie widziałam. I pojechaliśmy, ale ponieważ wyjechaliśmy dosyć późno, więc staliśmy w przedsionku. Drzwi były otwarte i zza tych ludzi zobaczyłam obraz Pana Jezusa i Jego oczy. O tym, co było dalej, opowiadał mi już mąż: „Patrzę, co ty robisz, a ty nagle łokcie do przodu, ludzi na boki, kierunek obrałaś, a ja za tobą jak za żaglem”. Dotarłam do obrazu, padłam na kolana i zaczęłam tak płakać, że podobno ludzie mówili: „Biedna, pewnie wszystkie swoje kłopoty tu przywiozła. Ale jej musi być ciężko”. A ja po prostu wypłakałam te moje lata, kiedy żyłam daleko od Boga. Tam dotknęła mnie Jego miłość i zaczął się proces uzdrawiania. Zrozumiałam, ile dźwigam i ile muszę oddać, żeby móc tej miłości naprawdę doświadczyć. I nagle poczułam dotknięcie mojego męża: „Jedziemy do domu”. „Jak to do domu, a Msza św.?” – zdziwiłam się. „Już była”. „A kardynał?”. „Pojechał”.
 
To ze dwie godziny tam Pani chyba klęczała?
 
Nie wiem ile. To był przełom. Potem poznałam o. Wojciecha Kubackiego i umówiłam się z nim na spowiedź przedślubną 4 lutego 1991 roku. Trwała ona bardzo długo i ojciec co chwilę wyglądał i pytał litościwie: „Dziecko, możesz jeszcze klęczeć?”. A ja uparcie mówiłam: „Muszę”. Po spowiedzi usiadłam sobie przed ołtarzem, taka wolna i spokojna. Konfesjonał to klinika. A na drugi dzień odbył się nasz ślub. Był ojciec Zbyszka, Piotrek i Tomek jako nasi świadkowie i siostry zakonne.
 
To taki kameralny ślub?
 
Bardzo. Nie pamiętam kompletnie nic: ani ceremonii, ani tego, że przyjmowałam Pana Jezusa. Potem nie odzywałam się, ale czułam się bardzo szczęśliwa. I tak zaczęło się wchodzenie w życie. Wkrótce dowiedzieliśmy się, że Zbyszek ma raka. Najdziwniejsze było to, że mąż był bardzo spokojny w tym chorowaniu. Powiedział mi nawet: „Krysiu, ciesz się, bo Pan Jezus pozwala mi odejść pogodzonym z Nim. Nawróciłem się. Ty zostaniesz tutaj, bo jesteś silna i będziesz służyła Bogu”. Pierwsze takie prorokowanie, które usłyszałam, ale oczywiście wtedy nie wierzyłam, że do czegokolwiek Bóg mnie może wykorzystać. Zbyszek zmarł 26 sierpnia 1992 roku w święto Matki Bożej Częstochowskiej.
 
Wspomniała Pani, że w Łagiewnikach rozpoczął się proces Pani uzdrowienia. Przyjęło się jednak myśleć o uzdrowieniu jako o cudzie, który leczy ciało.
 
Myślę, że uzdrowienie wewnętrzne często idzie w parze z uzdrowieniem fizycznym. Dla mnie polegało ono na tym, że zobaczyłam zupełnie inny obraz świata i siebie, a przede wszystkim zaczęła żyć we mnie prawda, że Bóg faktycznie istnieje i bardzo mnie kocha. Nie jestem sama na świecie!
 
Śmieją się Pani oczy, kiedy o tym mówi.
 
Przecież to jest nasze bogactwo – to wszystko, co On nam daje, a przede wszystkim sama Jego obecność. Bóg codziennie przychodzi do nas po to, żeby nam powiedzieć: „O dojrzałość, którą ci daję, o każde słowo z Pisma Świętego, o każde rozważanie, o każdą modlitwę jesteś bardziej zdrowa”. Bóg chce naszego zdrowia, ale pragnie też byśmy współpracowali z Nim. My, którzy przyjmujemy tę łaskę zdrowia, mamy mieć świadomość, dlaczego chcemy być zdrowi. Po to, żeby sobie powiedzieć, że jesteśmy rześcy i radośni, czy po to, żeby rozpocząć służbę?
 
A czy doświadczyła Pani takiego fizycznego uzdrowienia z jakiejś choroby?
 
W 2009 roku dostałam krwotoku i trafiłam do szpitala. Okazało się, że mam nowotwór trzonu macicy i wszystko ma być usunięte, ale na razie nie można przeprowadzić zabiegu, bo mam 40% na przeżycie. Kiedy przyszłam na trzecią chemię, doktor zbadał mnie i powiedział: „Drodzy koledzy, to miejsce jest już operacyjne”. Zaczęła się dyskusja, że to niemożliwe. Zbadał mnie też profesor i potwierdził opinię poprzednika. 2 listopada przeprowadzono operację. I co się okazało, w ogóle nie cierpiałam, nic mnie nie bolało po zabiegu. Przyszedł nawet sam profesor do mnie, zobaczył te rany i zauważył: „To wszystko jest takie czyste, w ogóle dren niepotrzebny”. A to było 48 godzin po operacji. Bóg uzdrawia nas przez lekarzy. I tak zaczął się mój wielki powrót do zdrowia. Towarzyszyła mi, oprócz oczywiście modlitwy, taka ogromna Boża radość. Nigdy w życiu nie odczułam tak wielkiej opieki jak w czasie choroby. Podtrzymywała mnie wówczas modlitwa wielu osób i Msze św. Nigdy też nie nastąpiła we mnie taka przemiana wewnętrzna pod względem postrzegania drugiego człowieka i odwagi do mówienia: „Jest Bóg, który cię kocha, nie jesteś sama”.

*Imiona rozmówczyni i osób przywoływanych w wywiadzie zostały zmienione.

ks. Jakub Kopystyński SCJ
 
Zobacz także
ks. dr hab. Jan Daniel Szczurek
Rzeczywiście można powiedzieć, że Bóg Ojciec jest trochę „niepopularny". Być może jeszcze nie dorośliśmy do odkrywania tej tajemnicy. Cała działalność Kościoła była i jest chrystocentryczna – przez ostatnie stulecia w teologii koncentrowano się głównie na Drugiej Osobie Boskiej...
 
Idealizowanie jednego sposobu modlitwy do niczego dobrego nie prowadzi. Tak jak w rozmowie. Czy w każdej rozmowie muszę prosić, czy w każdej muszę prawić komplementy, dziękować, prosić o wybaczenie? To przecież zależy od sytuacji… Rozmowa z drugim człowiekiem, tak samo jak modlitwa – ma być szczera. 

O najlepszych praktykach duchowych opowiada o. Marek Blaza SJ w rozmowie z Aleksandrą Posielężną.
 
o. Rufus
Jedną z dróg do nieba jest życie poświęcone Bogu. Form tego życia jest bardzo wiele. W każdym młodym człowieku z jednej strony istnieje pewien pęd ku wiedzy czy ku ułożeniu sobie życia w sposób, w jaki większość stara się to uczynić. Z drugiej strony pojawia się wątpliwość, czy rzeczywiście droga wielu moich rówieśników jest także moją drogą? Zwłaszcza, że jest jakieś źródło tego spojrzenia w inną stronę niż patrzą pozostali...
 
 
___________________
 
 reklama