logo
Czwartek, 02 lipca 2020 r.
imieniny:
Kariny, Serafiny, Urbana, Juliana, Bernardyna – wyślij kartkę
Szukaj w
 
Posłuchaj Radyjka
kanał czerwony
kanał zielony
 
 
 
Facebook
 
Drukuj
A
A
A
 
Bogumiła Lech-Pallach
Dwa centymetry od śmierci
materiał własny
 


Dwa centymetry od śmierci

Od trzydziestu trzech lat, każdego 17 grudnia płaczę. Z każdym rokiem te łzy mają nieco inny charakter; czasem mocniejszy, a czasem tylko mimochodem zaznaczony. Zwłaszcza, gdy oglądam te czarno-białe filmy, zdjęcia, w Dzienniku Telewizyjnym, czy Panoramie, które mają upamiętniać tamte dni, tamte wydarzenia, a które wracają do mnie właśnie w tym dniu, ze wzmożoną siłą. I tylko dziwne, że z każdym rokiem te wspomnienia stają się coraz wyraźniejsze. A i mój stosunek do nich też ulegał pewnej modyfikacji. Chyba zależy to od aktualnego stanu zaawansowania procesu ukarania winnych tego wszystkiego, choćby tylko moralnie. Zwłaszcza, że nikt z żyjących jeszcze sprawców, naprawdę winnych, nie poczuwa się do niej. Z resztą chyba już tylko historia ich osądzi i wystawi odpowiednią "laurkę". A już na pewno uczyni to Bóg, którego właśnie w tamtym, tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym roku, sześć miesięcy wcześniej, zaraz po zdanej maturze, opuściłam. Wyrzuciłam poza nawias mego życia, z przyczyn nie mających nic wspólnego z tym, co miało potem nastąpić.

Dziś, gdy tak zaczynam sobie wszystkie te wydarzenia z mego życia kojarzyć, nie mogę wykluczyć, że gdzieś tam głęboko w podświadomości, ten 17 grudzień 1970 r., miał już jakieś swoje inauguracyjne znaczenie na drodze mojego powrotu do Boga. Powrotu, którego właśnie w samą Wigilię Bożego Narodzenia 1987 r. dopełnił Bóg, prowadząc mnie do kratek konfesjonału, bym oczyściła swe serce i zaczęła nowe z Nim, jako Bożą Dzieciną, życie. I tak się stało. I dlatego, zawsze w Wigilię płaczę ze wzruszenia, ze szczęścia. W samym miesiącu grudniu, te dwa, jakże ważne dla mnie zdarzenia, dzieli tydzień. W latach trochę więcej, bo jest ich aż siedemnaście. Długich siedemnaście lat bez Tego, Któremu jestem winna nieustanną wdzięczność, bowiem uświadamiam też sobie, w zasadzie dopiero teraz, że byłam wtedy o 2 cm od śmierci a dziś "mam" dopiero trzydzieści trzy lata nowego życia, choć tamtego dnia, daleka byłam nawet od takiego myślenia.

A teraz, po tak przydługim wstępie, przejdę do zrelacjonowania tego, co wydarzyło się wtedy, a czego nigdy dotąd jeszcze nie spisałam, a więc i nie publikowałam. Jedynie opowiadałam wiele razy znajomym i tym, którzy chcieli słuchać. Tak się złożyło, że byłam, nie za bardzo wtedy zdając sobie z tego sprawę, prawie w samym centrum gdyńskich "Wydarzeń Grudniowych", jak się je dziś nazywa. Chociaż czasowo, było to już pod ich koniec. Takie sobie "ostatnie starcie" milicji i zmaltretowanych, sponiewieranych robotników i nie tylko ich. Bo włączała się do tego młodzież szkolna i wszyscy będący wówczas na ulicy. A było sporo ludzi w tym dniu na ulicach Gdyni. I tak szli od samej stoczni, niosąc na drzwiach młodego chłopca, którego zastrzelono, gdy tylko zdążył zejść z wiaduktu na stacji Gdynia Stocznia. Nieśli go do Urzędu Miasta, mieszczącego się przy skrzyżowaniu ulic Świętojańskiej z ówczesną Czołgistów (obecnie Al. Marszałka Piłsudskiego). Dziś jedna z ulic, w pobliżu stoczni, gdzie rozgrywały się te sceny nosi imię Janka Wiśniewskiego. Tak wtedy nazwano tego młodego człowieka, i tak już zostało. Było ok. godz. 11 z minutami, gdy i ja wpadłam w wir tamtych zdarzeń.

Jako młoda, od kilku miesięcy dopiero pracująca, jeszcze nie po studiach nauczycielskich, ale już z wielkim poczuciem obowiązku nauczycielka, śpieszyłam na stację kolejki elektrycznej przy ówczesnym Wzgórzu Nowotki. Obecnie ta dzielnica, bliska sąsiadka Śródmieścia Gdyni, nosi miano Wzgórze św. Maximiliana. Szkoła moja mieściła się w Gdańsku Zaspie, wtedy Lotnisku. Miałam rozpocząć zajęcia przed godziną 13.00. Mieszkałam ok. 10 minut drogi od stacji. Mimo, że nie było daleko od mojego domu do Urzędu, nic nie słyszałam, nic nie widziałam. Dopiero, gdy zbliżałam się do kolejki elektrycznej zaskoczyły mnie tłumy ludzi niespotykane, na co dzień w tym miejscu. Mało tego, że tłumy, to jeszcze warkot latających nisko dwóch helikopterów zadziwiał. Niecodzienny, pusty huk petard, widok przelatujących to w jedną to w drugą stronę małych dymiących "pchełek". Jacyś dziwnie, jak na mój gust, poubierani ludzie, z pałkami i tarczami, wypuszczający z jakichś urządzeń te właśnie "pchełki". A potem te krążki odrzucane przez tłumy.

Wsiadłam, jak zwykle do pierwszego wagonu, zatrzymującej się właśnie kolejki, żeby pojechać do szkoły. A tu nic. Kolejka stoi, nie rusza. - Spóźnię się do pracy - kołatało w mojej głowie. Za to coraz więcej w niej gryzącego, duszącego, powodującego łzawienie oczu, dymu. Na peronie zaś, pełno młodych ludzi, którzy odrzucali w stronę oddziałów ZOMO spadające małe dymiące krążki. Kilku zdezorientowanych pasażerów, zaniepokojonych tym, że kolejka nie rusza, i ja wśród nich, udaliśmy się do kabiny kierownika pociągu, żeby wyjaśnić, w czym rzecz. Stary kolejarz cieszył się jak dziecko, chyba po raz pierwszy w swej karierze zawodowej, z faktu, że mu "chuligani" zrywają hamulce. Dzięki temu miał alibi, jak nam powiedział, że może bezkarnie stać na tym peronie bez obawy, utraty pracy, z powodu przyłączenia się do całego tego piekła. Widać było, że całym sercem jest z bezbronnym tłumem. A kolejka była po prostu ostatnią barykadą, osłoną dla broniących się przed atakami władzy. Rozmawialiśmy chwilę, gdy nagle usłyszałam słowo PADNIJ!.

To, co teraz opiszę rozgrywało się w ułamkach sekund, a ja pamiętam jakby to działo się w tej właśnie chwili. Pamiętam moje myśli, odczucia, jakże dalekie wtedy, od prawidłowej oceny całej grozy sytuacji. W momencie, w którym usłyszałam okrzyk kierownika pociągu, a jednocześnie jakiś dziwny ni to gwizd, ni to brzęk, ni to trzask, poczułam na prawym policzku, osłoniętym długimi, rozpuszczonymi włosami, drobne ukłucia i podmuch powietrza. Stałam tyłem do kierunku jazdy, oparta o pulpit sterowniczy, lekko odchylona do przedniego okna. (To odchylenie, to właśnie były te 2 cm od mojej śmierci, o których wyżej pisałam, jak się później okazało, gdy po wszystkim, sprawdzaliśmy tor pocisku kaliber ok. 8 mm.) Odwracając się błyskawicznie o 180 stopni, spojrzałam przed siebie, zanim jeszcze padłam na podłogę, i kątem oka zobaczyłam faceta, w "niebieskim mundurku", który w prawej ręce trzymał krótki pistolet, a lewą przytrzymywał czapkę. Gramolił się na początek peronu, a za nim następni. Ja jednak cały czas mam przed oczami ten mały, czarny otwór, lekko dymiący. To był tylko błysk, mikro-ułamek sekundy. A prześladuje mnie całe dotychczasowe życie. Nie wiem, dlaczego?

Milicjanci nawet nie wpadli do kabiny sterowniczej, tylko pognali wzdłuż peronu, by zatrzymać tych, którzy brali czynny udział w tej nierównej walce. Z tego, co pamiętam, większości z nich, udało się jednak uciec, wykorzystując drzwi kolejki - barykady, wychodzące poza peron, na pobliską zalesioną witomińską górkę. Czyli spełniła ona zadanie, jakie jej przypisał kierownik pociągu. Potem, gdy już pozwolił nam wstać z tej podłogi, byłam strasznie oburzona na tego kierownika. Jak on śmiał rozkazywać mi, bym padła na ziemię, w moim nowym, akurat po raz pierwszy ubranym, płaszczu zimowym, który mi mama z takim wysiłkiem uszyła? Jakby to było najważniejsze! A nie to, że moja prawa skroń, wtedy, gdy milicjant strzelał na oślep, znajdowała się dokładnie tam gdzie przebiegał tor pocisku. Mogło mnie przecież już nie być. Czy miałoby to, poza moją rodziną, dla kogokolwiek, jakiekolwiek znaczenie?

Jeszcze teraz, widzę tamtą dziurkę w potrzaskanej szybie, tamten otwór w jednej tylko blaszanej ściance kabiny sterowniczej. Kula spadla miedzy dwie ścianki i została w wolnej przestrzeni miedzy nimi. Często zastanawiam się, czy i kto ją stamtąd wydobył? Czy poszła na żyletki? Bo przecież chyba już nie są nigdzie eksploatowane kolejki elektryczne z tamtego okresu? Po tym starciu, hamulce naprawiono i pociąg ruszył dowożąc mnie już bez przeszkód do szkoły. Tam okazało się, że lekcje odwołano, zrobiono młodzieży wcześniejsze ferie. A mnie dyrektor, gdy mu powiedziałam, co się zdarzyło, nie puścił do domu. Musiałam nocować w szkole, gdzie skoszarowano w sali gimnastycznej oddział wojska. Rozmawiałam z tymi chłopcami i ich dowódcą. Oni wcale nie chcieli walczyć z robotnikami. Cieszyli się, że mogą być w naszej szkole a nie na ulicach, gdzie przyszłoby im, wypełniając czyjś rozkaz, strzelać do braci. Nie było też łączności telefonicznej, więc moja mama umierała ze strachu o to, co ze mną się dzieje. Wtedy wszystkiego można się było spodziewać. W wielu rodzinach zapanowała żałoba.

Dziś nie wiem nawet, czy ten, co strzelał, przed siebie, chyba nie do mnie, zdawał sobie sprawę z tego, że mógł zabić człowieka? A może później lub wcześniej kogoś zastrzelił? Nie znajdę zapewne odpowiedzi na te pytania, gdyż nawet nie wiem, czy ten człowiek jeszcze żyje. Teraz żałuję, że w zasadzie nie zgłosiłam się nigdzie, a wiem, że jedna z gdyńskich dziennikarek prowadząc tzw. dziennikarskie śledztwo, poszukiwała świadków tamtych wydarzeń. Uznałam wtedy, może zbyt pochopnie, że moje przeżycia nie są ani bohaterstwem z mojej strony, ani niczego nowego nie wniosą do sprawy. Chociaż przyznaję, że byłam całym sercem z walczącymi, niewinnie ostrzelanymi robotnikami stoczni, w której sama pracowałam przez ponad 2 lata do matury zdanej tegoż właśnie roku w maju w technikum wieczorowym. Takie to mam wspomnienia, które chyba do końca moich dni zachowam w pamięci. Wiele razy próbowałam nie pamiętać, ale nie udało mi się. Każdego roku 17 grudnia płaczę. I tak już od trzydziestu trzech lat. Za to każdego dwudziestego czwartego grudnia, w tydzień później weselę się i raduję, roniąc łzy ze wzruszenia, bo wróciłam na łono Kościoła. I tak od szesnastu lat...

Bogumiła Lech - Pallach

 
Zobacz także
Wywiad z Gregiem Waltonem
Od kiedy siebie pamiętam, zawsze widzę się z gitarą. Wszystko jedno gdzie, na imprezach u znajomych, spotkaniach, festynach po prostu wyciągałem gitarę i grałem te swoje piosenki. Zawsze był w nich jakiś pozytywny przekaz, najczęściej chrześcijański. Wówczas jednak nie znałem jeszcze pojęcia muzyka chrześcijańska, chrześcijański rock...
 
Andrzej Gregosiewicz
Pytanie podstawowe: dlaczego tak wielu ludzi korzysta z usług szarlatanów medycznych? Wg J.A. Paulosa przyczyną jest analfabetyzm matematyczny, czyli brak elementarnej swobody w posługiwaniu się liczbami i ocenianiem prawdopodobieństwa, a w rezultacie nieumiejętność logicznego wnioskowania. To oczywiście prawda, ale nie cała...
 
Ela Konderak
Wszystko zaczęło się prawie cztery tysiące lat temu, gdzieś między rokiem 2000 a 1800 przed naszą erą. Historycy wciąż nie są pewni. Niektóre źródła podają nawet rok 1750 p.n.e. jako możliwą datę wyjścia Abrahama z Ur. 250 lat różnicy! To tak jakby przyszły historyk zastanawiał się czy nie umieścić III Rzeczpospolitej w czasach saskich. Na szczęście wtedy, dwa tysiące lat przed naszą erą życie toczyło się wolniej i stulecia nie różniły się między sobą aż tak bardzo...
 
 
___________________
 
 reklama
 
 
 

 

 
グッチバッグコピー グッチ財布コピー