logo
Poniedziałek, 30 listopada 2020 r.
imieniny:
Andrzeja, Maury, Ondraszka, Konstantego – wyślij kartkę
Szukaj w
 
Posłuchaj Radyjka
kanał czerwony
kanał zielony
 
 
 
Facebook
 
Drukuj
A
A
A
 
Ks. Mariusz Berko
Dzieci favel
materiał własny
 


Dzieci favel
 
Przyszła lato i zaczęły padać deszcze. Dzieci poszły do szkoły, a my na parafii zaczynamy nowy rok pracy duszpasterskiej. Wszystko brzmi  normalnie, gdyby nie to, że jest luty i temperatura sięga do 35 stopni Celsjusza. Deszcz nie pada, a spada z nieba. Czasami patrzę w górę czy to na pewno z nieba, czy ktoś wiadro wody na mnie wylewa. I jeszcze ta różnica, że tylko niektóre dzieci poszły do szkoły. A i nasza praca duszpasterska znacznie różni się od tej w Polsce.  Mamy we dwóch do obsłużenia 18 wspólnot, co w Polsce byłoby 18 parafii, o niezliczonej liczbie grup parafialnych w każdej.
 
Najpierw  potrzeba wiele cierpliwości przy udzielaniu sakramentów czy odprawianiu Mszy św. Dość, że większość przychodzi prawie godzinę później, to jeszcze rozmawiają na głos w trakcie celebry lub wychodzą w połowie. Często ktoś w trakcie coś sobie przypomni i zaczyna opowiadać na głos. Przyznam, że dużo mnie to kosztuje zdrowia, zwłaszcza po całonocnym przygotowaniu kazania. Na tym się nie kończy moja służba misyjna. Trzeba w każdej wspólnocie przygotować katechetów, bo niektórzy np. nie wiedzą ile jest sakramentów ani jakie są Boże Przykazania. Trzeba przygotować liturgię, bo, np. wielu ministrów od Komunii św. nie rozróżnia Mszy św. od nabożeństwa Słowa Bożego i chleba pobłogosławionego od Eucharistii. W każdej wspólnocie grupy młodzieży, rodzin, grupy modlitewne, i inne potrzebują formacji i edukacji. Ciągłe pytania, jak pomóc tym najbiedniejszym, głodnym, potrzebującym podstawowych środków do życia. No i ciągłe spotkania na szczeblu wspólnoty, parafii i diecezji sprawiają, że codziennie wędruję po naszym Bairro (dzielnicy favel), robiąc po kilkanaście kilometrów. Nie jest to łatwe, ze względu na gorąco, o dużej wilgotności powietrza i pagórkowaty teren, o dość stromych zboczach. 
 
Chodzenie po bezdrożach suburbany ma jednak swoje uroki. Codziennie spotykam się z ludźmi prostymi, biednymi, mieszkającymi w obskurnych domach, chodzących boso i w zniszczonych ubraniach, ale zawsze mającymi na twarzy przyjazne spojrzenie i jakże często na ustach przyjazne słowo. Wielu mnie pozdrawia, pyta jak się czuję. Sympatia dzieci jest niespotykana. Prawie codziennie na ulicy przeżywam sceny, kiedy to jakieś dziecko lub kilka dzieci, rzuca się mi na szyje, całuje po rękach i tarmosi spodnie, tylko dlatego, że spotkały księdza. Nic nie dostają ode mnie, bo nie bardzo mam co im dać, ale i one nie proszą o nic. Dar serca i sympatii jest najpiękniejszy. Ludzie tutaj nie mając wiele, obdarzają się sobą. Wspólnie spędzają czas na ulicy. Tyle gestów sympatii i uczucia, nie doznałem w Polsce przez 8 lat kapłaństwa, co tu przez 4 miesiące. Każdy w kościele chce się uściskać z księdzem, a nawet przytulić. No, raczej nie jest to możliwe w Polsce po Mszy, na której było 500 ludzi, ale jak często kapłan wychodząc z kościoła nie spotykał już nikogo, kto zapytał go jak się żyje. Czy nie trzeba coś pomóc? Tutaj w Salvadorze te pytania zadają prawie wszyscy. A tak naprawdę pomocy potrzebują oni, a zwłaszcza dzieci, które nie zrozumieją, dlaczego dziś zabrakło fasoli. Jedynej potrawy, którą jedzą.
 
Na początku listu wspomniałem, że nie wszystkie dzieci poszły do szkoły. W stanie Bahia, w Brazylii większość szkół jest prywatna. Nawet te organizowane przez państwo, wymagają odpowiedniego ubrania, książek i opłat, na które wielu nie stać. Co najgorsze, nawet szkółki przyparafialne (organizowane przez Kościół Katolicki, dzięki fundacjom z Europy) pobierają miesięcznie po 7 reałów (10 zł) od dziecka, bo nie ma parafia pieniędzy na prąd, kredę, papier i niewielki posiłek. Jak uczyć dzieci, które cały dzień nic nie jadły? Kiedy pytałem samotną matkę dziesięciorga dzieci, dlaczego tylko dwoje chodzi do szkółki przyparafialnej, odpowiedziała: Przez miesiąc zarobię 150 reałów, na szkołę dla wszystkich dzieci musiałabym wydać połowę swojej pensji. Sama umarłabym z głodu. Tak, dwoje sprytniejszych dzieci chodzi do szkoły, po to tylko, żeby przynieść jedzenie dla reszty. Nie mogłem nic więcej powiedzieć. Ta szkółka została założona dla najbiedniejszych, ale okazało się, że są jeszcze biedniejsi.
 
Pewnego razu, ledwie idąc ze zmęczenia upałem, zobaczyłem na ulicy Salvadoru chłopca ciągnącego wielki wózek wyładowany żelastwem. Aż mnie zamurowało. Jak taki mały chłopiec, w taki upał, może ciągnąć taki ciężar? Podszedłem do niego i zapytałem, dlaczego to robi. „Muszę sprzedać w skupie złomu. Jasne nie?” - odpowiedział „A jak długo już zbierasz ten złom?” - zapytałem. „Od trzech lat”, „A ile masz teraz?” – „dziesięć”. „Cały dzień zbierania, wielkiego wysiłku i ile dostaniesz za to pieniędzy?” - zapytałem. „No może dwa reały..." (4 zł) usłyszałem w odpowiedzi. Kto nie widział wysiłku tego chłopca, nie zrozumie, co to znaczyło. Poszedł dalej, a ja zostałem z pytaniem: „Dlaczego???”. To przecież dziecko - dziesięcioletni chłopiec. Nie jedyny w Salvadorze i nie tylko tutaj.
 
Za każdym razem, kiedy jadę autobusem miejskim do centrum, spotykam „małych sprzedawców”. Chłopcy mający po 7-9 lat sprzedają cukierki, lody, papierosy, jakieś zawiniątka przez siebie zrobione. Nie umieją czytać, nie umieją pisać i nie będą umieli, bo nigdy nie pójdą do szkoły. Muszą pracować, by żyć. Na jednym znają się bardzo dobrze. Na pieniądzach. Powtarzam, dzieci z pierwszej czy drugiej klasy szkoły podstawowej. Wsiadają do autobusu, przeciskając się przez szczelinę miedzy barierkami konduktora. Często bici przez niego i wyrzucani za zewnątrz.
 
Kiedyś w centrum miasta spotkałem Juniora, ośmioletniego chłopca z mojej parafii. Raz zaczepił mnie przed domem, prosząc o reała. Nie dałem mu wtedy, bo sam nie miałem, ale porozmawialiśmy z przyjaźnią. Od tej pory zawsze z daleka kłaniał mi się i pozdrawiał z szerokim uśmiechem na ustach. Kiedy zobaczył mnie wtedy na ulicy, podbiegł i zaczął częstować jakimś cukierkiem przez siebie zrobionym, które sprzedawał. „Nie, nie chcę” - odpowiedziałem przezornie. „To dla ciebie prezent. Nie chcę pieniędzy” - dodał Junior. Nie miałem wyjścia. Prezent trzeba przyjąć. Jednak, kiedy rozstaliśmy się, ofiarowałem go innemu chłopcu, który sprzedawał papierosy. Późną nocą, kiedy wsiadałem do autobusu, aby wrócić do swojej parafii, znów w środku zobaczyłem Juniora oferującego pasażerom swoje cukierki. Kiedy podszedł do mnie dałem mu resztę pieniędzy, które konduktor wydał mi z biletu, mówiąc: „To jest prezent dla Ciebie”.  Puścił mi tylko oko i sprzedawał dalej. Kiedy wysiadał z autobusu podszedł do mnie i podając mi ręką, jak równy z równym, powiedział: „cześć przyjacielu”. Przypomniałem sobie wtedy słowa z Ewangelii: „Zdobywajcie sobie przyjaciół niegodziwą mamoną”. Jakie to proste. Junior nie sprzedał wiele swoich cukierków. Zarobił może 2-3 reały (ok.5 zł), za które kupi chleb lub trochę fasoli dla swego rodzeństwa.
 
Kiedy  patrzyłem na odchodzącego w ciemną uliczkę favel, Juniora, pomyślałem: „Co robią ośmioletni chłopcy o 23.00 w Dąbrowie Tar., Dębicy, Szarwarku czy Zawadzie? Dlaczego ten chłopiec, musi pracować do późna w nocy, aby mogli jeść jego mniejsi bracia i siostry, aby mogli żyć? Czym różni się ten chłopiec od innych dzieci, które jeżdżą na rowerach, grają w piłkę, oglądają telewizję? Jest biały, uśmiechnięty, ładny chłopiec o oczach starego człowieka. Urodził się Brazylii na przedmieściach wielkiego miasta, w biednej, wielodzietnej rodzinie. Takich Juniorów na ulicach Salvadoru można spotkać tysiące, jak nie setki tysięcy. Ciągle zadaje sobie pytanie: Co mogę zrobić by pomóc Juniorowi i takim jak on. Bezradność jest nieraz bolesna... Jednak dla nas chrześcijan nie ma sytuacji beznadziejnych. Zawsze można coś, choćby dla jednego dziecka....  Proszę Was drodzy Wierni o modlitwę, choćby jedno Zdrowaś codziennie, za jedno dziecko Salvadorze w Brazylii. Bóg zapłać.
 
Ks. Mariusz Berko
zapraszam do zdjęć w galeriach i innych listów
 
Zobacz także
Arleta Pabian, Dominika Oliwa-Żuk
Misjonarze i wolontariusze misyjni często podkreślają, że na misjach znacznie bardziej niż gdziekolwiek indziej odczuwa się Boże działanie. Bywa tak, że o coś się modlimy, czekamy na znak i albo go nie dostajemy, albo go nie widzimy. Na misjach czas płynie inaczej, zwłaszcza gdy wyjeżdżamy na krótki czas, z konkretnym zadaniem do wykonania. Pan Bóg działa wówczas z niewyobrażalną siłą i łatwiej to Jego działanie dostrzec, nawet w codziennych, z pozoru prostych sprawach.
 
Arleta Pabian, Dominika Oliwa-Żuk
Pytanie to może wydać się nadużyciem. Dokumenty Kościoła i wielowiekowa praktyka dowodzą bowiem, że działalność misyjna jest jednym z istotnych zadań Kościoła. Aby dostrzec zasadność powyższego pytania na przełomie drugiego i trzeciego tysiąclecia, spróbujmy odpowiedzieć najpierw na pytanie jak jest rozumiana misja Kościoła w dzisiejszym świecie...
 
Paweł Wieczorek
O tym jak niebezpieczna potrafi być paranoja świadczy przypadek Jima Jonesa, amerykańskiego kaznodziei, który w 1978 r. w Gujanie doprowadził swoich wiernych do zbiorowego samobójstwa. Zginęło wtedy ponad 900 osób, w tym prawie 300 dzieci. W większości przypadków śmierć nastąpiła wskutek wypicia cyjanku...
 
 
___________________
 
 reklama
 
 
 

 

 
 
グッチバッグコピー グッチ財布コピー