logo
Niedziela, 24 stycznia 2021 r.
imieniny:
Felicji, Roberta, Sławy, Franciszka, Mileny  – wyślij kartkę
Szukaj w
 
Posłuchaj Radyjka
kanał czerwony
kanał zielony
 
 
 
Facebook
 
Drukuj
A
A
A
 
Teofil J. Szeja
Ewangelia pracy
materiał własny
 


Ewangelia pracy
 

Przemyślenia z lektury przemówień Ojca Świętego Jana Pawła II wygłoszonych w  Częstochowie i w Katowicach do ludzi pracy Górnego Śląska
 
1. Wstęp
 
Ewangelia Pracy »Ewangelią pracy« w sposób spontaniczny nazwano przemówienie Ojca Świętego Jana Pawła II wygłoszone w dniu 20 czerwca 1983 r. do dwumilionowej rzeszy mieszkańców Górnego Śląska, zgromadzonej na katowickim lotnisku. Przemówienie to zyskało sobie taką nazwę zapewne dlatego, ponieważ sam Papież kilkakrotnie użył w nim tego określenia. Jest jednak prawdopodobne, że On sam nie chciałby, aby stosowanie nazwy »ewangelia pracy« miało być ograniczone do tego jednego przemówienia. Można tak sądzić na podstawie zdania, które wypowiedział na zakończenie katowickiego przemówienia:  „...przyjmijcie raz jeszcze od swego Rodaka i Następcy św. Piotra ewangelię pracy – i przyjmijcie ewangelię sprawiedliwości i miłości społecznej”. Nie sposób tych słów zrozumieć inaczej, jak tylko tak, iż »ewangelia pracy« była głoszona (i to nieraz i nie tylko przez Jana Pawła II) już wcześniej.
 
Cóż zatem z nauczania Kościoła – w szczególności zaś z nauczania papieży – należałoby podciągnąć pod wspólną nazwę: EWANGELA PRACY? Osobiście nazwałbym tak tę dziedzinę katolickiej nauki społecznej, która w bardzo szerokim zakresie dotyka problemu ludzkiej pracy; wszystko co na ten temat powiedziano w imieniu Kościoła, począwszy od encykliki RERUM NOVARUM.
 
Pomimo tak szeroko rozumianego przeze mnie pojęcia »ewangelia pracy«, w swoich rozważaniach chciałbym się skupić jedynie na problemach, które Papież Jan Paweł II poruszył w przemówieniu katowickim oraz w homilii wygłoszonej do ludzi pracy Śląska i Zagłębia Dąbrowskiego w dniu 6 czerwca 1979r. w Częstochowie.
 
W 1983 r. wypadło Papieżowi przemawiać w szczególnych okolicznościach wywołanych »stanem wojennym«. Jego przemówienia wygłoszone w Polsce, w czasie tamtej Jego pielgrzymki, były powszechnie odbierane jako umacnianie Polaków w przekonaniu o konieczności odejścia od marksistowsko-leninowskiego porządku społecznego, w którym obowiązywał specyficzny kult »pracy dla pracy«. Czy wobec tego, rozważanie papieskiego nauczania z tamtego okresu może przynieść jakieś korzyści dzisiaj, gdy komunizm upadł, [wielu młodych wie o nim już tylko z opowiadań ludzi starszych] a społeczeństwa od niego uwolnione obrały demokrację i gospodarkę rynkową; gdy nawet niedawni marksiści nie lubią wspominać Marksa i jego ideologię.
 
Komunizm upadł, lecz pozostawił po sobie rozstrój gospodarki i zamieszanie w ludzkich umysłach. Niejednemu wydawało się, że wystarczy pozbyć się komunistycznej władzy, aby – jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki – zapanował w naszym kraju powszechny dobrobyt taki, jakiego zażywają społeczeństwa wysoko rozwiniętych krajów świata. Tymczasem obalenie ustroju komunistycznego – w odczuciu zwykłego obywatela – niewiele zmieniło. W okresie jaki minął od zmiany ustroju zapełniły się wprawdzie sklepy najprzeróżniejszymi towarami a zakupy przestały być udręką, lecz nie wszyscy odczuli związaną z tym poprawę swojego bytu. Nastąpiło naturalne (co należy z mocą podkreślić) zróżnicowanie zamożności naszego społeczeństwa. Jedni bardzo się wzbogacili. Inni popadli w głęboką nędzę, przy czym szczególnie boleśnie dotknęło to tych, którzy utracili pracę, a więc także godziwą możność utrzymania siebie i swojej rodziny. Teraz więc chodzi o to, aby stopniowo lecz uparcie zawężać strefę nędzy.
 
Patrząc z tej perspektywy, nietrudno wykazać, że »ewangelia pracy« - także ta głoszona na katowickim lotnisku – jest wciąż aktualna, zwłaszcza na Górnym Śląsku, tym »zagłębiu wielkiej pracy i wielkiej modlitwy« (homilia - Częstochowa- 6.6.1979r.).
 

2.  Praca odniesiona do Boga
 
Na katowickim lotnisku Ojciec Święty mówił:
„Praca ludzka odniesiona jest do Boga Stwórcy. Bóg bowiem, stwarzając człowieka na swój obraz i podobieństwo, polecił mu czynić sobie ziemię poddaną.”
 
To biblijne odniesienie jest szczególnie bogatym w treść określeniem ludzkiej pracy. Ono przypomina nam, że ziemia nie została człowiekowi od samego początku dana pod panowanie, „ziemia jest człowiekowi zadana, a przez pracę czyni sobie człowiek ziemię poddaną” – mówił kardynał Wojtyła w 1978 r. w Piekarach Śląskich, a w rok później, 2 czerwca 1979 r. powtórzył to (jako papież) w Częstochowie. Lecz czy od samego początku ludzie wiedzieli w jaki sposób mogą czynić sobie ziemię poddaną? Czy my, ludzie schyłku XX w. wiemy jak pracować, aby pracując, uczynić sobie ziemię poddaną, ale ziemi nie popsuć? [Rdz 6,11] Stan naszego globu, w tym także stan naszej Ojczystej Ziemi, dowodzi, że dotąd nie nauczyliśmy się tego zadania należycie wypełniać. Także więc dlatego trzeba odnosić pracę do Boga Stwórcy, ponieważ tylko On, poprzez swoje Słowo może nas nauczyć panowania nad ziemią.
 
W częstochowskiej homilii, Papież mówił:
Praca jest podstawowym wymiarem ludzkiego bytowania na ziemi. Dla człowieka posiada ona nie tylko znaczenie techniczne, ale także znaczenie etyczne. O tyle można powiedzieć, że człowiek przez pracę czyni sobie ziemię poddaną, o ile człowiek sam przez swoje postępowanie okazuje się panem, a nie niewolnikiem ziemi, a także panem, a nie niewolnikiem pracy.
Człowiek nie może siebie odnaleźć inaczej, jak tylko w tym swoim PIERWOWZORZE. Nie może też przez pracę potwierdzić swego panowania nad ziemią inaczej, jak tylko modląc się równocześnie”.
 
»Módl się i pracuj«. Stara benedyktyńska dewiza, której Europa w wielkiej mierze zawdzięcza swój ekonomiczny i cywilizacyjny rozwój. Papież, nawiązując niejako do tej dewizy, mówiąc o potrzebie łączenia pracy z modlitwą, zapewne nie myślał o recytowaniu, bądź też śpiewaniu modlitewnych tekstów w trakcie wykonywania pracy. W wielu rodzajach prac byłoby to technicznie niemożliwe. Aczkolwiek wiele jest takich prac, których wykonanie ułatwia śpiew. Jednak Ojcu Świętemu – tak mi się wydaje – chodziło raczej o to, aby człowiek aż tak nie „utonął” w pracy, by już brakło mu czasu, albo sił na modlitwę.
 
Jaka to ma być modlitwa, dzięki której człowiek może odnaleźć w sobie obraz i podobieństwo Boże, oraz potwierdzić swoje panowanie nad ziemią?
Jeszcze w latach mojej młodości, w każde południe (a także wczesnym rankiem i przed wieczorem) odzywały się kościelne dzwony, zwołując ludzi do modlitwy »NA ANIOŁ PAŃSKI«. I ludzie na dźwięk dzwonów przerywali pracę. Pracujący w polu często skupiali się w jednym miejscu i modlili się głośno. W hucie, czy w kopalni nie było to możliwe (a w tamtych czasach także ze względów politycznych). Lecz i pracownicy przemysłu – mimo zakazu – to praktykowali, indywidualnie i po cichu. Wielu, bardzo wielu robotników przerywało pracę na czas trwania modlitwy.
 
Przypominam sobie lata, gdy po maturze rozpocząłem pracę w zakładach chemicznych. Były to czasy, kiedy walka z religią przybrała w naszym kraju najostrzejszy po wojnie charakter (1953). Wszelkie przejawy pobożności wyśmiewano, a ludzi pobożnych perfidnie dyskryminowano. Już w pierwszych dniach mojej zawodowej pracy zauważyłem coś dziwnego: Większość podległego mi personelu w pewnym momencie przerywała pracę. Z początku mnie to dziwiło, bo zachowywali się dziwnie. Jedni stali podpierając się łopatami. Inni jakby zaczarowani, uporczywie wpatrywali się w tarcze przyrządów pomiarowych. Gdzież by mi wpadło do głowy, że ci ludzie się modlą.
 
Pewnego dnia, w czasie owego dziwnego „postoju”, podszedłem do starszego wiekiem operatora aparatu kontaktowego. Stał wpatrzony w aparaturę pomiarową i nawet nie zareagował na moją obecność. Zapytałem:
- A cóż to Smyrek, rzykocie do tych manometrów?
- A dyć rzykóm, rzykóm. Ino niy do manometrów, ale »Anioł Pański« Nojświyntszyj Paniynce łodprawióm.
Zmieszałem się.
- To wóm niy byda zawodzoł – powiedziałem i odszedłem. A Józef Smyrek jeszcze chwilę postał, potem się ukradkiem przeżegnał i zabrał do odpisywania wskazań ciśnienia i temperatury.
 
Od następnego dnia, zawsze gdy nadchodziło południe, zaszywałem się w swoim kantorku mistrza. Sam wtedy się nie modliłem, uznając się za ateistę, ale szczera i prosta religijność moich Rodziców, i wychowanie, które od Nich otrzymałem, sprawiły, że nie byłem z tych, którzy sobie kpią z modlącego się człowieka.
 
Ilu jest obecnie w naszym kraju ludzi, którzy przerywają swoje zajęcia, aby odmówić »Anioł Pański«? Ilu ich jest, skoro teraz dzwony nie odzywają się w południe we wszystkich kościołach a mieszkańcom wielu osiedli przeszkadza bicie dzwonów.
 
Od dzieciństwa mnie uczono (w domu i w kościele), że modlitwa to „rozmowa człowieka z Panem Bogiem”. I dziś chyba nikt temu nie będzie chciał zaprzeczać. Skoro więc modlitwa ma być rozmową, to nie może być wyłącznie przemawianiem człowieka do Boga, bo rozmowa, to mówienie i słuchanie tego, co ma do powiedzenia osoba z którą się rozmawia. W modlitwie na pewno ważne jest to, co mamy Panu Bogu do powiedzenia, lecz ze względu na dobro człowieka, ważniejsze jest chyba to, co Pan Bóg ma do powiedzenia człowiekowi.
 
Już Autor LISTU DO HEBRAJCZYKÓW zauważył:
Wielokrotnie i na różne sposoby przemawiał niegdyś Bóg do ojców przez proroków, a w tych ostatecznych dniach przemówił do nas przez Syna” [Hbr 1.1-2].
Wydaje mi się, że warto zapoznać się z „Bożymi przemówieniami”. Znajdziemy je na kartach PISMA ŚWIĘTEGO. I kiedy rozważymy treści tych „Bożych przemówień”, zauważymy być może to, iż są one przede wszystkim „nauką czynienia sobie ziemi poddanej”. Trzeba zatem pracę ludzką odnosić do Boga – poprzez modlitwę – także po to, aby uczyć się postępowania, które pozwoli nam okazać się panem, a nie niewolnikiem ziemi, a także panem, a nie niewolnikiem pracy.
 

3.  Obowiązek odpoczynku
 
Odnosimy pracę ludzką do Boga Stwórcy – mówił Papież w Katowicach – przede wszystkim bowiem samo dzieło stworzenia (czyli wyprowadzenie bytu wszechświata z nicości) jest przedstawione w Księdze Rodzaju jako »praca« Boga rozłożona na sześć »dni stworzenia«. Po tych dniach Bóg odpoczął dnia siódmego, przez co Pismo Święte nakłada na człowieka powinność odpoczynku; oddawania Bogu dnia świętego”.
 
Zwróćmy uwagę na to, że Papież nie nazywa odpoczynku „prawem” lub „przywilejem” człowieka. Z prawa bądź przywileju wolno człowiekowi nie skorzystać. Papież nazywa odpoczynek „powinnością”, a to oznacza, że rezygnacja z niedzielnego odpoczynku jest nie wypełnieniem powinności, a więc poważnym grzechem.
 
Przypomnienie przez Papieża, że odpoczynek zalicza się do kategorii powinności człowieka, jest przypomnieniem skierowanym nie tylko do tych, którzy pracują, ale przede wszystkim do tych, którzy pracowników zatrudniają. Nie wolno nikogo pozbawiać możliwości niedzielnego odpoczynku, ponieważ człowiek pozbawiony możliwości takiego odpoczynku (poprzez jakikolwiek przymus pracy, albo kuszony obietnicą wyższego wynagrodzenia), jest pozbawiony możliwości wypełnienia swojej powinności. Człowiek pozbawiony możliwości odpoczynku, lub świadomie z niego rezygnujący, staje się niewolnikiem pracy!
 
Przypomniał Papież także, że ów „obligatoryjny” dzień odpoczynku nie powinien być traktowany jako „dzień rozleniwienia”. Uznawany ma on być jako »dzień święty« i jako taki ma być oddany Bogu.
 
I znowu należałoby się „cofnąć” do czasów naszych ojców, a nawet dziadków, albo też spędzić urlop gdzieś w zapadłej wiosce, gdzie ludzi jeszcze nie zmanierowała telewizja, aby zrozumieć na czym owo oddawanie Bogu dnia świętego polegało. A polegało to przede wszystkim na świętowaniu, czyli spędzaniu większej części dnia na nabożeństwach w kościele. Było to jednak prawie wyłącznie obrzędowe oddawanie Bogu dnia świętego, na pewno mające swoją wartość, ale wartość na pewno nie najwyższą – jeżeli ją rozpatrywać w świetle Biblii. Przecież już u Izajasza znajdziemy gorzkie słowa wypowiedziane pod adresem obrzędowej pobożności:
Gdy przychodzicie, by stanąć przede Mną,
kto tego żądał od was,
żebyście wydeptywali me dziedzińce
Przestańcie składania czczych ofiar!
[Iz 1,12-13]
 
I dalej:
 
Gdy wyciągniecie ręce,
odwrócę od was me oczy.
Choćbyście nawet mnożyli modlitwy,
Ja nie wysłucham
Ręce wasze pełne są krwi.
Obmyjcie się, czyści bądźcie!
...
Jeżeli będziecie ulegli i posłuszni,
dóbr ziemskich będziecie zażywać.
Ale jeśli się zatniecie w oporze,
miecz was wytępi.
Albowiem usta Pana to wyrzekły
." [Iz 1,15,19-20].
 
Zastanowić się więc wypada nad tym, czy sposób oddawania Bogu dnia świętego, ten praktykowany przez naszych ojców i dziadków, który przejęło w części współczesne nam pokolenie, jest taki, jaki być powinien? Czy uczestnictwo – nawet to pełne – w niedzielnej Mszy św. owocuje [w nas] odnalezieniem się jako obrazu i podobieństwa Bożego, jako pana ziemi i jako pana pracy? A może istnieje inny, lepszy na to sposób? Jeśli taki istnieje, to na czym miałby polegać?
 
Msza św. jest – jak wiadomo – wciąż ponawianą Ucztą Wieczernika i wciąż ponawianą Ofiarą Chrystusa złożoną na Krzyżu. Odprawiający Mszę św. kapłan do Ofiary Syna Bożego dołącza każdorazowo nasze ofiary, wszystko, co każdy z nas uczestniczących we Mszy św. chce i może Bogu ofiarować, a więc nasze radości i cierpienia, sukcesy i porażki, a także i ofiary materialne. Cytowany wyżej fragment z »Księgi proroka Izajasza« także dotyczy ofiar, ofiar rytualnych, za którymi nie podążało nawrócenie.
 
A czy my ludzie przełomu XX i XXI w. po Ofierze Mszy św. wychodzimy z kościoła nawróceni? Z oczyszczonymi duszami? A czy my pamiętamy o tym, co o składaniu ofiar uczył Pan Jezus? Nie zaszkodzi sobie o tym przypomnieć.
 
W »KAZANIU NA GÓRZE« Pan Jezus mówił:
Jeśli więc przyniesiesz dar swój przed ołtarz i tam wspomnisz, że brat twój  ma coś przeciw tobie, zostaw tam dar swój przed ołtarzem, a najpierw idź i pojednaj się z bratem twoim! Potem przyjdź i dar swój ofiaruj" [Mt 5,23-24].
Na początku każdej Mszy św. słyszymy wezwanie kapłana: „Przeprośmy Boga za nasze grzechy, abyśmy godnie mogli sprawować tę Najświętszą Ofiarę!” i zaraz potem recytujemy: „Spowiadam się ... że bardzo zgrzeszyłem...”  Czy to jednak jest »pojednaniem się z bratem, który ma coś przeciwko mnie?« Jeżeli to ma właściwe pojednanie zastąpić, to trzeba stwierdzić, że jest to bardzo tani „ersatz” właściwego pojednania. Czy w tym momencie w ogóle uświadamiamy sobie w czym konkretnie zgrzeszyliśmy? Za co konkretnie Pana Boga przepraszamy? Przepraszanie „na wszelki wypadek” do niczego nie prowadzi, a przecież przez uznanie swojej grzeszności mamy rozpocząć proces naszej poprawy. Żeby to zrealizować, trzeba swoje grzechy poznać i nazwać po imieniu. Jaki i dla kogo z tego pożytek, że za krzywdę wyrządzoną bliźniemu przeproszę Pana Boga, a samej krzywdy nie wynagrodzę i ze skrzywdzonym bliźnim się nie pojednam?
 
Wbrew pozorom, niełatwo pamiętać o krzywdach wyrządzonych „braciom”, zwłaszcza gdy chodzi o te małe krzywdy, te przypadki urazów, spowodowanych nieopatrznym słowem lub gestem. Pismo Święte, które – jak Papież poucza – nakłada na nas powinność oddawania Bogu dnia świętego niejako podpowiada nam co mamy czynić, aby nasze »SPOWIADAM SIĘ« nie było czczą paplaniną.
 
Rozważmy to:
„[Jezus] przywołał do siebie Dwunastu i zaczął rozsyłać ich po dwóch... Oni więc wyszli i wzywali do nawrócenia. Wyrzucali też wiele złych duchów oraz wielu chorych namaszczali olejem i uzdrawiali... [kiedy powrócili] zebrali się u Jezusa i opowiedzieli Mu wszystko, co zdziałali i czego nauczali” [Mk 6,7;12-13;30]. 
 
Kapłan kończy Mszę św. słowami: „Idźcie w pokoju Chrystusa!”. A więc jest to niejako rozesłanie w imieniu Chrystusa. Chrystus rozsyła każdego z nas do spełniania swoich człowieczych obowiązków, do (różnorakim sposobem) »czynienia sobie ziemi poddanej«. I rozchodzimy się. Wielu z nas pokrzepionych EUCHARYSTIĄ. Czyż zatem nie należałoby – gdy ponownie przychodzimy na »Ucztę Wieczernika« - opowiedzieć Panu Jezusowi o wszystkim cośmy zdziałali, a także czegośmy „nauczali”? Czyż nie należy złożyć Mu „tygodniowego sprawozdania” z naszego postępowania, z naszego myślenia i wypowiedzianych słów?! A jeśli zdecydujemy się uczynić takie „sprawozdanie” (rachunek sumienia) odpowiednio wcześnie to znajdzie się może także czas i okazja, aby pojednać się z bratem, który ma coś przeciwko mnie.
 
Składanie Bogu „tygodniowego sprawozdania” nie powinno ograniczać się do przypominania sobie grzechów:
Wróciło siedemdziesięciu dwóch z radością mówiąc: „Panie, przez wzgląd na Twoje imię nawet złe duchy nam się poddają”  [Łk 10,17].
Wyrażenie radości, podzielenie się z Bogiem radością, wynikającą z posłuszeństwa BOŻEMU SŁOWU, jest chyba szczytem wdzięczności, którą człowiek może Panu Bogu wyrazić. Czy koniecznie trzeba wtedy mówić „dziękuję”, albo „uwielbiam”?!
 

4. Ład moralny
 
Praca ludzka stoi w pośrodku całego życia społecznego – mówił Ojciec Święty na katowickim lotnisku – Poprzez pracę kształtuje się sprawiedliwość i miłość społeczna, jeżeli całą dziedziną pracy rządzi właściwy ład moralny. Jeśli jednakże tego ładu brak, na miejsce sprawiedliwości wkrada się krzywda, a na miejsce miłości nienawiść".
 
Dla chrześcijanina nie powinno być wątpliwości o jaki ład moralny chodzi, wszak cała moralność chrześcijańska opiera się na PRZYKAZANIU MIŁOŚCI i DEKALOGU, na nauce Proroków, a przede wszystkim na EWANGELII. Bardzo zwięźle, jednoznacznie i zrozumiale nawet dla ludzi mało wykształconych ujął to papież Leon XIII w encyklice RERUM NOVARUM. Sformułował on pewne zasady, które nazwał obowiązkami sprawiedliwości. Dotyczą one zarówno pracowników jak i pracodawców. Warto ten fragment encykliki przytoczyć w całości, ponieważ stanowią one jeden z elementów EWANGELII PRACY, głoszonej przez Kościół. Także w obecnych czasach przełomu XX i XXI wieku nie straciły nic na aktualności. Należą one do obowiązków najbardziej elementarnych, o których polskie, zarówno to „lewicowe”, jak i „prawicowe” społeczeństwo zdaje się nie pamiętać. Oto te obowiązki:
 
a] dotyczące »proletariusza i robotnika«:
– w całości i wiernie wykonać pracę do której się zobowiązał umową wolną i odpowiadającą słuszności,
– nie szkodzić pracodawcy na majątku i nie znieważać jego osoby,
– w dochodzeniu swych praw wstrzymać się od gwałtu i nie wywoływać rozruchów,
– nie łączyć się z ludźmi przewrotu, wzniecającymi nieumiarkowane nadzieje i rzucającymi wielkie obietnice, których następstwem jest rozczarowanie bezpożyteczne i ruina życia gospodarczego.
 
b] dotyczące pracodawców:
- nie uważać robotnika za niewolnika,
- kierować się zasadą, że należy w nim uszanować godność osobistą podniesioną jeszcze przez charakter chrześcijanina,
- praca zarobkowa, według świadectwa rozumu i filozofii chrześcijańskiej, nie tylko nie poniża człowieka, ale mu zaszczyt przynosi, ponieważ daje mu szlachetną możność utrzymania życia,
- bezwstydem zaś i nieludzkością jest uważać człowieka za narzędzie zysku i szacować go według tego, ile mogą jego mięśnie i jego siły,
- należy brać pod uwagę religijne i duchowe potrzeby pracowników.
Obowiązkiem więc pracodawców jest uważać:
- by tym potrzebom stało się zadość,
- by robotnik nie był wystawiony na okazję zepsucia i na pokusy do grzechów,
- by był wolny od wpływów odciągających go od życia rodzinnego i od praktyki oszczędności.
- nie nakładać pracy przewyższającej siły robotnika, ani takiej, która nie odpowiada jego wiekowi lub płci.
 
Spomiędzy wszystkich jednak obowiązków pracodawcy najważniejszy jest ten, żeby każdemu oddać to, co mu się słusznie należy. Z pewnością wiele trzeba wziąć pod uwagę względów żeby ustalić słuszną płacę; na ogół jednak powinien pracodawca pamiętać, że przy ustalaniu płacy ani Boskie, ani ludzkie prawa nie pozwalają korzystać z biedy i nędzy cudzej, ani też w ogóle wyzyskiwać cudzego ubóstwa...
Wreszcie w sumieniu obowiązani są bogaci wystrzegać się, by nie robili uszczerbku w mieniu proletariuszy zarówno gwałtem, jak i podstępem i lichwą, a to tym więcej, że robotnicy są mniej zdolni do samoobrony, a ich mienie im szczuplejsze, tym świętszym być powinno.
 
W czasie, gdy Leon XIII pisał RERUM NOVARUM, robotnicy na pewno byli „mniej zdolni do samoobrony”. Był to bowiem czas, kiedy dopiero organizowali się w związki zawodowe. W czasie obecnym, związki zawodowe to potężna siła, zdolna nie tylko do wyegzekwowania pracowniczych praw, ale także – poprzez żądanie spełniania nieumiarkowanych nadziei – zdolna jest doprowadzić życie gospodarcze do ruiny.
 
A zatem ów „ład moralny”, o którym papież Jan Paweł II mówił w 1983 r. w Katowicach sprowadza się do umiarkowania, do samoograniczania, zwłaszcza marnotrawnej konsumpcji. Ów „ład moralny”, nakazujący samoograniczenie własnej konsumpcji, wynika z postulatu konieczności realizacji przykazania miłości bliźniego, które sprzeciwia się nadużywaniu dóbr materialnych wtedy, gdy wiele tysięcy ludzi jest pozbawionych elementarnych środków do życia.
 
W tym świetle należałoby także zrewidować nasz katolicki zwyczaj, (w gruncie rzeczy kosztowny) t.zw. „pielgrzymowania” do rozsianych po całym świecie „miejsc świętych”. W dawnych czasach, pielgrzymki miały charakter pokutny. Wędrowano przede wszystkim pieszo, pożywiając się wyżebranym, bądź przygodnie zapracowanym chlebem.
 
Czymże jest taka współczesna pielgrzymka? Na pewno nie jest uczczeniem Pana Boga, a jeśli jest nawet tak traktowane, to – wydaje mi się – nie jest to przez Pana Boga oczekiwane.
Wierz mi, kobieto, że nadchodzi godzina, kiedy ani na tej górze, ani w Jerozolimie nie będziecie czcili Ojca ... Nadchodzi godzina, owszem już jest, kiedy to prawdziwi czciciele będą oddawać cześć Ojcu w Duchu i prawdzie, a takich czcicieli chce mieć Ojciec.” [J 4,21;23].
To, co my dzisiaj nazywamy pielgrzymką, jest po prostu wycieczką, urządzaną – jak każdą wycieczkę – dla miłego spędzenia czasu, nieraz w warunkach najwyższego wręcz komfortu. A tymczasem tysiące dzieci na całym świecie codziennie umiera z powodu niedożywienia, a nawet głodu. Ilu dzieciom można by darować życie, gdyby zamiast „pielgrzymkowych czcicieli”, Pan Bóg miał "czcicieli w Duchu i prawdzie"?
 

5. Uszanowanie ludzkiej pracy
 
Pojęcie „właściwy ład moralny” zawiera w sobie problem poszanowania pracy. W Katowicach Papież mówił:
Praca posiada swoją zasadniczą wartość dlatego, że jest spełniana przez człowieka. Na tym opiera się też godność pracy, która powinna być uszanowana bez względu na to, jaką pracę człowiek wykonuje... [Człowiek], wykonując jakąkolwiek pracę, wyciska na niej znamię osoby; obrazu i podobieństwa samego Boga. Ważne jest także i to, że człowiek wykonuje pracę dla kogoś, dla drugich”.
 
Powyższe zdania, rozpatrywane w oderwaniu od całości papieskiego nauczania o pracy, mogą prowadzić do fałszywego wniosku, jakoby absolutnie każda praca zasługiwała na szacunek tylko dlatego, ponieważ jest wykonywana przez człowieka. To jednak w świetle poprzednio cytowanych wypowiedzi Papieża nie może być uznane za słuszne. Praca bowiem o tyle zasługuje na szacunek, o ile człowiek poprzez swoją pracę okazuje się panem ziemi i panem pracy, a nie jej niewolnikiem. Tu jednak rodzi się pytanie: A jak poznać, że określona praca jest czynieniem sobie ziemi poddanej, i że człowiek ją wykonujący przedstawia sobą pana, a nie niewolnika ziemi i pracy? Trudno o tym orzekać obserwując samą pracę w sensie wykonywanych czynności. Natomiast o wiele łatwiej oceniać pracę według jej owoców. I myślę, że ze względu na owoce, ważne jest, by nie zapominać, że pracę wykonuje się dla kogoś, dla drugich. Jest to bowiem niezaprzeczalnym faktem, że każdy z nas korzysta przede wszystkim z owoców nie własnej pracy, lecz pracy innych ludzi. I odwrotnie, olbrzymią większość bezpośrednich owoców naszej pracy, jest „spożywana” przez innych. Im wyższy poziom cywilizacyjny danej społeczności, tym udział spożycia owoców cudzej pracy w ogólnym spożyciu jest wyższy; tym więcej pracuje się dla innych.
 
Fakt, że każdy człowiek większość bezpośrednich owoców swojej pracy przeznacza do spożycia przez innych ludzi, nakłada na niego obowiązek starannego wykonania pracy. Poprzez staranne wykonanie pracy człowiek wyraża swój szacunek dla innych ludzi, tych, którzy z owoców jego pracy (wytworów) będą korzystać. Tylko też wtedy, gdy człowiek poprzez staranne wykonanie pracy ten szacunek dla konsumentów wyraża, sam godny jest szacunku i z czystym sumieniem może się go ze względu na wykonywaną przez siebie pracę domagać.
 
Z drugiej jednak strony, na użytkowniku przedmiotu, będącego owocem cudzej pracy, ciąży obowiązek należytego obchodzenia się z tym przedmiotem, ponieważ na nim – dzięki pracy – jest odciśnięte znamię osoby; obrazu i podobieństwa Bożego. Poprzez należyte obchodzenie się z przedmiotem, owocem ludzkiej pracy, wyraża się szacunek dla człowieka pracującego, którego znamię osoby jest przez pracę na tym przedmiocie odciśnięte.
 
"Człowiek nie jest w stanie pracować, gdy nie widzi sensu pracy" – mówił Papież w Katowicach. Lecz czy człowiek potrafi dostrzec sens swojej pracy, kiedy widzi, że jej owoce są bezmyślnie marnotrawione poprzez nonszalancki, czasem wręcz pogardliwy do nich stosunek? Czy brak poszanowania owoców ludzkiej pracy może nie prowadzić do jej niedbałego wykonania?
 
Niedbałe wykonanie pracy jest grzechem, ponieważ jest marnotrawieniem dóbr, które są darem Stwórcy. Człowiek pracujący niedbale nie może być postrzegany jako pan ziemi i pracy. Poprzez niedbałą pracę, człowiek zafałszowuje w sobie obraz Boży, ponieważ i na owocach niedbale wykonanej pracy odciska się także znamię osoby.
 
Warto mieć na uwadze problem poszanowania pracy i jej owoców, zwłaszcza w obecnym czasie i zwłaszcza przez ludzi młodych, wśród których zapanowała trudna do zrozumienia tendencja do niszczenia wszystkiego co nas otacza. Niewiele pomogą wielkie i nazbyt głośne protesty „zielonych”, jeżeli nie wyrobimy w sobie nawyków utrzymania porządku i czystości w naszych domach, na naszych ulicach, placach i podwórkach; jeżeli nie nauczymy się nie niszczyć zieleni; trawy, kwietników, krzewów i drzew w naszych miastach i osiedlach. Trzeba to sobie uświadomić, że zieleń miejska – poza tym, iż jest Bożym darem – prawie w stu procentach jest owocem ludzkiej pracy, domagającym się szacunku ze względu na ludzi, którzy przy urządzaniu tych obiektów się trudzili.
 

6. Dlaczego w Katowicach?
 
Nie bez powodu Ojciec Święty o pracy tak wiele mówił do ludzi żyjących i pracujących na Górnym Śląsku. W roku 1979, w Częstochowie nazwał ten region "ziemią wielkiej pracy i wielkiej modlitwy”, zaś o górnośląskim Kościele powiedział, że jest to Kościół, który w całokształt życia katolickiego w Polsce wnosi szczególne doświadczenie oraz szczególne wartości. Przede wszystkim jest to doświadczenie olbrzymiej, olbrzymiej pracy. Czy można nie mówić o pracy w miejscu, gdzie występuje ona w niespotykanym gdzie indziej zagęszczeniu? Nie sposób przecież tej pracy nie zauważyć i nie wyrazić dla niej należnego uznania. Z drugiej jednak strony nie może być to obojętne jak ta praca jest wykonywana: starannie czy niedbale? Nikomu też nie powinno być obojętne jak są wykorzystywane owoce górnośląskiej pracy: z pożytkiem dla całego polskiego społeczeństwa, czy też są głupio marnotrawione?
 
Czy na Górnym Śląsku praca jest należycie wykonywana? Czy ludzie tu żyjący i pracujący są panami, czy też niewolnikami swej ziemi?
Aby na to pytanie odpowiedzieć należałoby najpierw odpowiedzieć na inne pytanie: Dlaczego Górny Śląsk postrzegany jest jako obszar ekologicznej katastrofy? Może właśnie dlatego, iż aktualni mieszkańcy Górnego Śląska okazują się być niewolnikami pracy. Może dlatego, bo na Górnym Śląsku został zniszczony dawny śląski etos pracy, do którego odbudowy nawoływali górnośląscy biskupi w swoim apelu, który ogłosili w 1992 r. w związku z wielkim pożarem lasów w okolicy Kędzierzyna. A dawny śląski etos pracy zbudowany był przecież na tych chrześcijańskich zasadach, które stanowiły przedmiot nauki społecznej Kościoła Katolickiego, o których mówi Jan Paweł II, ilekroć wypowiada się o ludzkiej pracy.
 
Teofil J. Szeja
 
Zobacz także
Ksawery Knotz OFM Cap
O ojcostwie można powiedzieć wiele. W tym artykule chciałbym pokazać jeden aspekt tego tematu, a mianowicie jak bardzo ważny jest ojciec dla syna. Można powiedzieć, że ojciec nieustannie rodzi syna – jego męskość, dojrzałość, odpo­wiedzialność, wolność i odwagę. 
 
o. Albert Wach OCD

Żadna ludzka czynność podejmowana z własnej woli nie wymaga tyle hartu ducha i prawdziwego męstwa, ile właśnie modlitwa. Tylko niepoprawny optymista, który ma wyłącznie myślny stosunek do modlitwy – to znaczy myśli, że się modli! – może sądzić, że jest ona rzeczą prostą i bezproblemową. Już dziecko wie, ile kosztuje pięciominutowy pacierz, na klęczkach, w pustym pokoju, a ile jedna godzina spędzona w zimnym kościele.

 
O. Jacek Salij OP
Z jednej strony wciąż na nowo przypomina się nam, że słowa Chrystusa: Bierzcie i jedzcie, to jest Ciało moje – są nie tylko formułą konsekracyjną, ale stanowią wezwanie skierowane do każdego z nas, żebyśmy komunii świętej nie unikali. Z drugiej strony staramy się w Kościele pamiętać o przestrodze apostoła Pawła, że: kto spożywa ten chleb lub pije kielich Pański niegodnie, winny będzie Ciała i Krwi Pańskiej...
 
 
___________________
 
 reklama
 
 
 

 

 
 
グッチバッグコピー グッチ財布コピー