logo
Wtorek, 25 września 2018 r.
imieniny:
Aureli, Kamila, Kleofasa, Władysława – wyślij kartkę
Szukaj w
 
Posłuchaj Radyjka
kanał czerwony
kanał zielony
 
 
Facebook
 
Drukuj
A
A
A
 
o. Piotr Włodyga OSB
Ewangelizacja relacji
Zeszyty Formacji Duchowej
 


Tekst ten dotyczy kształtowania relacji międzyludzkich. Chodzi o relacje panujące we wspólnotach chrześcijańskich (w rodzinach, wspólnotach zakonnych, wspólnotach duszpasterskich, różnego rodzaju zespołach i organizacjach kościelnych), które podjęły decyzję wprowadzenia wzajemnych relacji w "program" własnego rozwoju osobowego. 
 
Należy zwrócić uwagę, że nie każda wspólnota związana z życiem Kościoła podejmuje świadomie kształtowanie wzajemnych relacji. Jest jeszcze dość mocno zakorzeniona "duchowość osobista", która jakość relacji wiąże z osobistym rozwojem członków wspólnot, co w efekcie daje dość przypadkowe formowanie relacji lub zamykanie ich w obrębie przepisów i (nieraz niezrozumiałych) zwyczajów. Także działalność ewangelizacyjna jest przeważnie otwarta na jednostkę, na jej rozwój moralny, rzadziej osobowy, a zupełnie rzadko na jakość relacji wspólnotowych. Obie postawy są ważne, można tutaj przypomnieć słowa Jezusa na temat ofiary z ruty i kopru – "o jedno trzeba dbać a drugiego nie zaniedbywać". Przed chrześcijaninem stoi więc podwójne pole uwrażliwienia: po pierwsze – otworzyć się na siebie, na własny kontakt z Bogiem, odpowiedzieć na własne potrzeby, zranienia, oczekiwania, zadbać o własny rozwój; po drugie – przemieniać otaczający świat: chodzi tutaj przede wszystkim właśnie o tworzenie wzajemnych relacji. Można powiedzieć, że z nakazu czynienia sobie ziemi poddaną, który człowiek usłyszał z ust Boga przy stworzeniu, a który został "uzupełniony" przykazaniem niesienia prawdy o Bożej miłości aż po krańce ziemi, może zostać dość poważnie zawężony i spłycony, kiedy zostanie on ograniczony wyłącznie do działalności gospodarczej czy ekologicznej. 
 
Zatem naszym celem w tym tekście jest zatrzymanie się przy tworzeniu wzajemnych relacji. Postaram się opowiedzieć o tym wykorzystując kilka obrazów pochodzących z Ewangelii i rozważając je od strony budowania relacji. 
 
Dynamizm relacji wewnątrz wspólnot chrześcijańskich 
 
Klimatem rozwoju chrześcijańskiego jest – co oczywiste – miłość. Miłość chrześcijańska ma dwa bieguny. Przeżywanie przykazania miłości przypomina zegar, którego wahadło przemierza drogę między obu biegunami. Miłość człowieka (i sam człowiek) rozwija się dopiero wtedy, kiedy wahadło zegara się porusza. Obydwa bieguny przedstawił nam swoim życiem Jezus Chrystus, nasza droga. Trudno powiedzieć jaka jest kolejność tych biegunów. Jeden z nich to uniżenie Chrystusa, które rozpoczęło się od wcielenia Słowa, a swoją krańcową formę przybrało na krzyżu. Cechą postaw związanych z tym biegunem jest walka i nastawienie na efekt. Jezus przyszedł na świat w konkretnym celu, przyszedł zbawić człowieka i świat. Z tym biegunem są związane te momenty naszego życia, które wymagają od nas walki, są naznaczone niepokojem, niepewnością i zmierzają do określonego efektu. Można tę postawę przyporządkować akcji. Drugim biegunem przykazania miłości jest pokój mesjański. Jezus zapowiada, że przyszedł przynieść pokój (nie taki, jak daje świat). Pokój jest przebywaniem, radością, efekt nie odgrywa tutaj zupełnie żadnej roli. Tę postawę można przyporządkować w przybliżeniu kontemplacji. Nie będę jednak używał słów "akcja" i "kontemplacja". 
 
Wobec wspólnoty zamierzającej kształtować swoje relacje wewnętrzne stoi akceptacja tego napięcia wewnątrz przykazania miłości. Miłość wymaga w niektórych chwilach walki, w innych "przebywania", trwania przy sobie w takiej czy innej formie. Formą przebywania są także paradoksalnie chwile samotności! Niebezpieczeństwem i chodzeniem "na łatwiznę" jest koncentrowanie się na jednym tylko biegunie. Można zaryzykować stwierdzenie, że wszelkiego rodzaju kryzysy nawiedzające wspólnoty chrześcijańskie są wołaniem o uruchomienie "drugiego bieguna". Zatem we wspólnotach ulegających tendencji akcentowania wyłącznej aktywności pojawia się stan zniechęcenia, którego podłożem jest przemęczenie. We wspólnotach zbyt mocno pochłoniętych "tworzeniem wspólnoty" czyli w efekcie zamkniętych w sobie, "gotujących się we własnym sosie", pojawiają się tendencje "ucieczkowe". 
 
Postulatem zasadniczym jest postulat ewangelicznego kształtowania życia wspólnot. Posłużę się zdarzeniem z domu Marii i Marty. Maria została pochwalona przez Jezusa za to, że wybrała cząstkę najlepszą. Postawa Marii jest dla nas postawą zasadniczą. Chodzi o umiar w naszych działaniach. Pierwszą postawą, którą postaram się przyjąć jest słuchanie. Działania (efekt) muszą mieć właściwe sobie miejsce i czas. 
 
Iść dwa tysiące kroków – wysłuchać i zrozumieć
 
Mt 5,38-42: Słyszeliście, że powiedziano: Oko za oko, ząb za ząb! A Ja wam powiadam: nie stawiajcie oporu złemu: lecz jeśli cię kto uderzy w prawy policzek, nadstaw mu i drugi! Temu, kto chce prawować się z tobą i wziąć twoją szatę, odstąp i płaszcz! Zmusza cię kto, żeby iść z nim tysiąc kroków, idź dwa tysiące! Daj temu, kto cię prosi, i nie odwracaj się od tego, kto chce pożyczyć od ciebie! 
 
Zwykle – co zupełnie zrozumiałe – to zalecenie Jezusa jest odnoszone do sytuacji konfliktowych. Oczywiście, nie będziemy pomijać i takich sytuacji. Chciałbym jednak pokazać, że codzienne spotkania i codzienne relacje mają mocny (chociaż nieraz ukryty) charakter konfliktowy. Konflikt dotyczy tego, że "ja jestem ja, a ty jesteś ty", inaczej "ja nie jestem ty, a ty nie jesteś ja". Ten konflikt jest zwykle niedostrzegalny. Nie przeżywamy go jako konflikt. Przeciwnie, spotkania mają posmak przyjemności i radości. Konfliktowość codziennych sytuacji dochodzi jednak do głosu dość szybko i niespodziewanie. Każdy może sobie przypomnieć takie spotkania, które na początku "niewinne" zakończyły się dziwnym poczuciem niesmaku i nieporozumienia. Przy czym wyraźny konflikt jest tylko jednym z wariantów konfliktowości występujących w codziennych sytuacjach życiowych. 
 
Owa konfliktowość wynika z różnorodności tych sytuacji. Przede wszystkim takim zarzewiem konfliktu jest różne nastawienie emocjonalne do omawianych tematów, do otaczającego nas świata i spotykanych ludzi. Także nastawienie do samych siebie ma tutaj znaczenie. 
 
Przykład: Spotykają się ze sobą pani A i pan B. Pani A postrzega siebie jako osobę elokwentną, z którą warto rozmawiać i która ma coś do powiedzenia. Pan B natomiast widzi ją jako kobietę, która nie potrafi ani na chwilę pomilczeć i ma poglądy nieco płytkie i "gazetowe". Zachowanie pani A, które – jak można się spodziewać będzie w tym spotkaniu dominowało – będzie przez panią A postrzegane jako pożądane, natomiast przez pana B jako uciążliwe. Dojdzie do cichego konfliktu.
Takich sytuacji mamy na co dzień setki. Konfliktowość dochodzi w nich do głosu z różną intensywnością. 
 
I w tę konfliktowość chciałbym wprowadzić przytoczone wyżej słowa z Ewangelii Mateusza. Chodzi o nadstawienie drugiego policzka, o odstąpienie całego płaszcza i o towarzyszenie proszącemu na dłuższym odcinku drogi. 
 
W praktyce naszym relacjom brakuje odwagi pójścia dodatkowego tysiąca kroków. Nasze kontakty naznaczone pośpiechem i nastawieniem na efekt zamykają się w błędnym kole nieporozumienia lub niepełnego zrozumienia. Zalecenie pójścia dodatkowo tysiąca kroków proponuje pójście w kierunku konfliktu. W praktyce oznacza to: wysłuchać i zrozumieć. Iść dwa tysiące kroków (około dwóch kilometrów) to dość dużo czasu na wspólne spotkanie i zrozumienie, z czym drugi człowiek do mnie przychodzi. Można nawet zupełnie technicznie wyobrazić sobie, że aby dobrze wsłuchać się w mowę człowieka, trzeba przejść z nim dwa tysiące kroków, czyli pokonać dystans fizyczny, przeżyć wspólnie dłuższy odcinek czasu, wspólnie się zmęczyć.  
 
Biorąc pod uwagę naszą biegunowość przykazania miłości mamy do czynienia z biegunem obecności, "przebywania".  

Belka i drzazga – mój obraz bliźniego
 
Łk 6,41n: Czemu to widzisz drzazgę w oku swego brata, a belki we własnym nie dostrzegasz? Jak możesz mówić swemu bratu: "Bracie, pozwól, że usunę drzazgę, która jest w twoim oku", gdy sam belki w swoim oku nie widzisz? Obłudniku wyrzuć najpierw belkę ze swego oka, a wtedy przejrzysz, żeby usunąć drzazgę z oka swego brata. 
 
Przypowieść o belce i drzazdze dotyka naszych codziennych relacji naznaczonych postawą "ulepszania" bliźniego. Chodzi tutaj o postawę dobrą i pożądaną, o czym zresztą mówi sam Jezus – związaną z postawą (duchowego) ojcostwa przyjmowaną wobec drugiego człowieka. Chodzi o pomoc w rozwoju własnej osobowości, o dochodzenie do doskonałości. Niebezpieczeństwem, jakie niesie w sobie czytanie tej przypowieści jest zaniechanie zainteresowania "drzazgą w oku bliźniego". Nasi bliźni mają w swych oczach drzazgi, a przed nami stoi zadanie reagowania na nie. Jezus jednak podaje specyficzny i godny uwagi sposób podchodzenia do tych spraw.
 
Przykład z życia rodzinnego: Trzynastoletni syn zaczyna mieć kłopoty na lekcjach z uwagą. Ojciec dowiaduje się o tym podczas wywiadówki. Przychodząc do domu nakłania syna do wzmocnienia uwagi i baczniejszego śledzenia treści lekcji. 
 
Sytuacja tak codzienna, że aż banalna. Ojciec wykazał zainteresowanie sytuacją syna, znalazł dla niego rozwiązanie. Wydaje się, że wszystko jest w porządku, ale czegoś jednak brakuje. Zostawmy na razie ten przykład w tym stadium. 
 
Podchodzenie do drugiego człowieka z sytuacji "naprawiacza" jego osobowości, postaw, zachowania itd. zakłada milcząco, że "z dystansu lepiej widać" i że poprawiający ma dystans. A tak nie jest! Przypowieść o drzazdze jest kapitalną przede wszystkim dlatego, że pokazuje, iż zabierający się do wyciągania drzazgi musi się zbliżyć fizycznie do zainteresowanego, żeby najpierw dostrzec, a potem uchwycić belkę i usunąć ją. 
 
Propozycją odnalezienia własnego dystansu jest zainteresowanie się własną sytuacją, wyjęcie belki z własnego oka. 
 
W naszej interpretacji możemy posunąć się nieco dalej i powiedzieć, że "naprawiacz" widzi w oku bliźniego odbicie własnej belki. Belka w tej sytuacji jest rzeczywiście mała, przypomina drzazgę, czyli część belki. Naprawiacz w oku bliźniego widzi jedynie jedną stronę belki, podczas gdy w sobie doświadcza jej całego ciężaru. Tak więc ich wzajemna relacja jest obciążona noszonymi przez nich zranieniami.
 
Co proponuje Jezus? Zalecenie zajęcia się własną belką i usunięcia jej jest drogą do nabrania koniecznego dystansu. Właśnie uwrażliwienie na siebie, na własne przeżycia wewnętrzne, na własne postrzeganie, odkrycie własnego udziału w relacji wiedzie do usunięcia swojej belki. Żeby zająć się wadami drugiego człowieka potrzebne jest zainteresowanie, czy postrzegana przeze mnie wada rzeczywiście jest wyłącznie właściwością napotykanego człowieka, czy nie jest przypadkiem odbiciem mojego własnego problemu, który jest w moim odczuciu zbyt poważny, czy zbyt trudny, żeby nim się zajmować, czy może do którego już się przyzwyczaiłem. 
 
Zatem przypowieść Jezusa proponuje najpierw wyjaśnienie wzajemnych relacji, a potem zajmowanie się wzajemnymi wadami. Nie chodzi tylko o wyjaśnienie relacji! Zainteresowanie się bliźnim jest tutaj nie mniej ważne. Natomiast nie wydaje się, żeby uprawniona była interpretacja pod hasłem: "Mnie on/ona nie interesuje, bo ja mam własne problemy (bo ja nie jestem od niego lepszy)", która niestety prowadzi do ucieczki od trudnej rozmowy i w końcu do rozpleniania się w naszych wspólnotach relacji "zakalcowych". 
 
Wracając do naszego przykładu, postawie ojca brakło zainteresowania tym, co jego samego złości w postawie syna, co jest tutaj jego trudnością. Biorąc pod uwagę dynamikę miłości chrześcijańskiej, mamy tu do czynienia z biegunem "przebywania", obecności nastawionej tym razem na samego siebie.
 
Natrętny przyjaciel – rola wytrwałości w istnieniu i trwaniu relacji
 
Łk 11,5-8: Ktoś z was mając przyjaciela, pójdzie do niego o północy i powie mu: "Przyjacielu, użycz mi trzy chleby, bo mój przyjaciel przyszedł do mnie z drogi, a nie mam, co mu podać". Lecz tamten odpowie z wewnątrz: "Nie naprzykrzaj mi się! Drzwi są już zamknięte i moje dzieci leżą ze mną w łóżku. Nie mogę wstać i dać tobie." Mówię wam: Chociażby nie wstał i nie dał z tego powodu, że jest jego przyjacielem, to z powodu jego natręctwa wstanie i da mu, ile potrzebuje.
 
Ta przypowieść dotyczy przede wszystkim – jak wiadomo – wytrwałości na modlitwie, czyli mówiąc naszym językiem, wytrwałości w relacjach z Bogiem. Ja ośmielam się przenieść ją na codzienne relacje międzyludzkie.
 
Sama sytuacja jest dosyć irytująca i niewielu z nas chciałoby doświadczać podobnych przypadków zbyt często. Powodem, który skłania mnie do wykorzystania tego obrazu jest występowanie relacji urywanych, niedokończonych, których cechą jest niestałość. Chodzi o unikanie sporu, konfrontacji i o postawę "rozwodu" w codzienności. 
 
Jako przykład proponuję niemalże codziennie spotykane, chociaż nie zawsze werbalizowane: "Jak nie, to nie (zrobię to sam/sama)". Taka wypowiedź w codziennych, najbardziej powszednich relacjach zdarza się niezwykle często. Nie dostrzegamy jej, bo jesteśmy do tego przyzwyczajeni. Mamy tendencję do mówienia o ludziach, którzy skłaniają nas do zrezygnowanego: "jak nie, to nie". Chodzi więc o sytuacje wymagające wytrwałości. 
 
Drogą wyjścia i nabrania wiatru w skrzydła w takich zniechęcających relacjach jest odpowiedź na paradoksalne pytanie: "Co jest dobrego w ludziach, którzy skazują nas na irytację?". Odpowiedź, że uczą nas wytrwałości – chociaż jest prawdziwa – jeszcze nie wystarcza. Takie sytuacje są trudne, ponieważ dotykają naszej hierarchii wartości. Chodzi mianowicie o uwrażliwienie na prawdę, że człowiek jest ważniejszy od rzeczy. Szczególnie trudno to przeżywać właśnie we wspólnotach religijnych, gdzie łatwo można ulec złudzeniu, że wszystko (więc także ludzie) jest podporządkowane jakiemuś nadrzędnemu celowi. Tymczasem człowiek jest po Bogu na pierwszym miejscu!
 
Żeby do tego dojść konieczna jest wytrwałość. Warto zwrócić uwagę, że moja postawa: "Jak nie, to nie (zrobię to sam/sama)", niejako zakłada nadrzędność człowieka. Tymczasem tak nie jest! Zakłada bowiem jedynie nadrzędność jakiejś cechy bliźniego (jego ospałości, zniechęcenia, zaaferowania itd.), a zupełnie pomija moją osobę. Wprowadzanie priorytetu człowieka nad rzeczą wymaga docenienia własnej osoby, co z kolei rodzi wytrwałość w negocjowaniu własnych praw i przyczynia się do tworzenia relacji bardziej trwałych, wyraźniejszych, jaśniejszych. Co nie znaczy, że wygodniejszych. 
 
Podsumowanie
 
Zagadnienie tworzenia relacji wewnętrzwspólnotowych wymaga przyznania się do siebie samego, jakim się jest. Zagrożeniem jest tutaj poczucie wyższości z powodu większego wtajemniczenia. Kontakt z sobą i przyznanie się do siebie – czyli także do potrzeby bycia lepszym, bardziej wtajemniczonym – usuwa ewentualne zaburzenia. 
 
Druga sprawa – zachęcam do zainteresowania się zagadnieniem budowania relacji. Zgodne z Ewangelią więzi w naszych wspólnotach są naszym zadaniem wypływającym z Ewangelii, zadaniem w życiu duchowym. 
 
Piotr Włodyga OSB
Zeszyty Formacji Duchowej nr 12

 
fot. Pexels Female | Pixabay (cc) 
 
Zobacz także
O. Leon Knabit OSB
"Módl się i pracuj" - mówi się, że to zdanie odróżnia benedyktynów od innych zakonów. Choć nie jest ono zapisane w regule, to przecież stanowi jej główne przesłanie i ukierunkowuje na modlitwę, pracę oraz na szacunek do drugiego człowieka. Można dodać jeszcze jedno zdanie: "nie bądź smutny!" Czasami mówi się nawet: "módl się i pracuj w radości serca". Dlaczego taki temat tego rozważania? Ponieważ modlitwa i praca są ważne, nie tylko w zakonie benedyktyńskim, ale w ogóle...
 
Stanisław Morgalla SJ
Depresja – jak wszystko na tym świecie – też kiedyś mija! Marna to pociecha, zwłaszcza dla kogoś, kto stracił zmysł czasu, a nie osiągnął szczęścia wiecznego. Mimo to kryje się w tym głęboka prawda: nawet najgłębsza, najstraszniejsza depresja kiedyś minie! Dlatego przede wszystkim trzeba wytrwać. Warto wytrwać!
 
Jacek Salij OP
Prawda o wywyższeniu Chrystusa dotyczy Jego ludzkiej natury. Bo w boskiej naturze Syn Boży przedwiecznie jest jedno ze swoim Ojcem. Aż dwadzieścia razy pojawia się na kartach Nowego Testamentu obraz zwycięskiego Jezusa, który siedzi po prawicy Boga.
 
 

ISMCH

___________________
 
 reklama