logo
Poniedziałek, 22 lipca 2019
Szukaj w
 
Posłuchaj Radyjka
Kanał czerwony
Kanał zielony
 
 
 Żyję w bólu 24 h na dobę.
Autor: Humanx (---.centertel.pl)
Data:   2019-07-04 19:07

Hej,
Piszę do Was, ponieważ dzisiaj umarła ważna część mnie. Nie potrafię zebrać myśli. Łapię się na tym, że nie mam ochoty składać tych zdań. Chciałabym żeby ktoś po prostu znał całą sytuację bez jakiegokolwiek tłumaczenia a jednocześnie wiem, że to niemożliwe. Wyrzucam to z siebie, ponieważ nie mam innego pomysłu. Dwa lata temu byłam osobą, która żyła normalnie. O ile można tak powiedzieć ;) wiecie o co chodzi: praca, rodzina, znajomi. Samorealizacja, życie pełną piersią. Z natury jestem optymistką i starałam się zarażać tym innych. Chciałam aby relacje, które nawiązuję, zawsze były głębokie. Taki typ w stylu wiara w każdego człowieka, pomoc w potrzebie, przyjaźń na dobre i złe. Traktowałam to naprawdę serio. Idąc tak przez życie, widziałam, że ludzie nie wierzą w taką ideę. Widziałam ich strach przed bliskością do drugiego człowieka, brak wiary w to, że takie kontakty są w ogóle możliwe. Nigdy nie rezygnowałam z takiego podejścia, ponieważ widziałam, że takie zachowanie procentuje i moje starania nie idą na marne. Zdaję sobie sprawę, że nikt nie jest doskonały. Posiadałam własne autorytety, które motywowały mnie do takiego działania, dzięki czemu wprowadzałam w życie to co mnie samej imponowało. Uważam to za ważne. Tak jak u większości z Was, pojawiło się obok mnie grono tych najwierniejszych. Tzw. team co to niezależnie od sytuacji zawsze będzie wspierał, podtrzymywał na duchu. Można powiedzieć, że było dobrze. To znaczy do dzisiaj, ponieważ zrozumiałam, że żyłam w iluzji. Boję się tych myśli, jednocześnie wiem, że muszę stawić w prawdzie z tą sytuacją, ponieważ nie mam innego wyjścia. Owszem mogłabym udawać, że tego nie ma, ale niestety nie mogę. To mnie boli. Moje życie potoczyło się w taki sposób, że zachorowałam przewlekle. To choroba nieuleczalna, na którą nie ma obecnie leku. Schorzenie jest trudne, ponieważ powoduje, że żyję w bólu 24 h na dobę i nic nie można z tym zrobić. Poszukiwanie leku to metoda prób i błędów. Na razie niestety nie udało mi się trafić na plus w tej loterii ;) W efekcie doszło do tego, że pozostaje mi łóżko, cztery ściany i telefon. Nie wdając się w szczegóły, stan jest na tyle poważny, że od pewnego czasu widywałam się z paczką dość rzadko. Nie ma reguły, ale nawet raz na 2 miesiące. Kiedy się spotykamy, słucham co mówią, interesuję się ich sprawami oraz jestem zaangażowana w rozmowę na sto procent. Po prostu znamy się tak długo, że traktuję ich jak rodzinę. Przez wiele lat naszej znajomości z ich strony również padały takie deklaracje. Kiedy zachorowałam to przez półtora roku walczyłam z tym sama. Wiecie to ten stan, kiedy jeszcze trzyma się ten fason, szuka rozwiązań, trwa i uważa, że to chwilowe. Wtedy właśnie moje spotkania zaczęły mieć mniejszą częstotliwość, jednak zawsze, kiedy sytuacja tego wymagała, zapierałam się w sobie i wspierałam jak mogę, kiedy u któregoś było niestabilnie. W końcu po kilku oddziałach w szpitalu i wielu konsultacjach medycznych zrozumiałam, że przypadłość z która się zmagam nie jest standardowa. Wysiadłam psychicznie. Nadszedł ten czas kiedy potrzebowałam wsparcia. Nie chodziło o prowadzenie nie wiadomo jakich wywodów a o 5 minut rozmowy o tym z czym sobie nie radzę. Natrafiłam na ścianę nie do przebicia. Zaczęłam być uciszana na początku rozmowy i krytykowana za to, że w ogóle podejmuję ten temat. Moja rodzina, z która przeżyłam wiele ważnych chwil (pomimo że nie łączyły nas więzy krwi to razem dorastaliśmy) pokazała mi coś czego nigdy bym się po nich nie spodziewała. Zrozumiałam, że chcą rozmawiać tylko o przyjemnych rzeczach a kiedy u mnie pojawiły się poważne problemy, to mam to zachować dla siebie. Na dodatek zostało to przekazane z takim nietaktem, że nie mogę przejść nad tym obojętnie. Jednocześnie przez wiele lat ich problemy zawsze były dla mnie priorytetem. Nie chodzi o to, że chcę to w jakiś sposób wyeksponować a jedynie nakreślić sytuację.
Zdałam sobie sprawę, że to nie jest prawdziwe. Jeżeli mogę być z nimi blisko tylko kiedy jest lekko i dobrze, rodzi to we mnie konflikt. Od pewnego czasu widziałam sposób w jaki jestem traktowana, ale ze względu na to co nas łączyło, starałam się to tłumaczyć, w pewien sposób nawet bagatelizować. Dzisiaj już nie miałam wyjścia i nie mogłam w żaden sposób sobie tego wytłumaczyć. Nie wdając się w szczegóły, poczułam wbity nóż w plecy i jest to jak najgłebiej oddana metafora. Ten wpis nic nie zmieni. To bezcelowe przedstawienie tego co miało miejsce. Wiem, że kiedy się z tym prześpie to będzie gorzej, dlatego tym wpisem po prostu zajmuję myśli. Zdaję sobie sprawę, że ta sytuacja mnie wzmocni, jednak wiem, że przez pewien czas będzie ciężko. To co tworzyliśmy to spora część mojego życia a obecna nie jest zbyt lekka ;)
Jednocześnie zmagam się z myślami, że nie mogę zrazić się do ludzi. To co się stało nie świadczy o tym, że inni postąpiliby w ten sam sposób a jednak widzę, że jest pokusa, żeby wyłączyć się emocjonalnie. Stać się zimną i obojętną dla wszystkich. Nie chcę taka być. Dzisiaj padło wiele słów, które wbiły mnie w glebę. To trudne. Zamiast walczyć o lepsze samopoczucie w gronie najbliższych, muszę zmagać się z tym, że tak naprawdę ich nie ma. Słowo "przepraszam" znaczy dla mnie wiele, jednak tutaj na 99% tego nie usłyszę. Wiem, że nie ma sensu utrzymywać czegoś co nie istnieje. Powtarzam sobie to zdanie i zaraz stawiam pytanie, że na serio to jest o moich przyjaciołach? Życie jest pełne niespodzianek ;)

 Re: Żyję w bólu 24 h na dobę.
Autor: Kalina (---.dynamic.chello.pl)
Data:   2019-07-04 23:35

Humanx, czy korzystasz z takiej formy leczenia bólu: (klik). W linku odnośnik z adresami najlepszych poradni przeciw bólowych. Przewlekły ból to prosta droga do depresji.

"pozostaje mi łóżko, cztery ściany i telefon"
Najgorsza, destrukcyjna opcja. Jeżeli zawiodłaś się w realu to spróbuj w sieci wyszukać grupę wsparcia albo forum tematyczne związana z Twoją chorobą. Wśród osób dotkniętych podobnym problemem łatwiej o zrozumienie. Rób wszystko, żeby czuć się potrzebna.

"Zaczęłam być uciszana na początku rozmowy i krytykowana za to, że w ogóle podejmuję ten temat."
Wszyscy jak jeden z tego bliskiego grona? Wyłuskaj z pośród nich jedną, dwie osoby i porozmawiaj sam na sam. W bezpośrednim kontakcie mogą pokazać empatyczne oblicze. Nie skreślaj znajomych. Może to przez brak doświadczenia życiowego a może znak obecnych czasów i masz rolę uwrażliwić ich.

Humnax, porozmawiaj z Panem Bogiem, On ma dobre rozwiązania. Nie teoretyzuję, temat silnego, przewlekłego bólu jest mi bliski i odkąd oddałam go Jezusowi jednocześnie lecząc, nabrał innej wartości, akceptacji.

 Re: Żyję w bólu 24 h na dobę.
Autor: Humanx (---.centertel.pl)
Data:   2019-07-05 20:12

Dzięki za odzew.
Korzystam z Poradni Leczenia Bólu, jednak jak na razie z miernym skutkiem. Przyczyna choroby nie jest jeszcze poznana w świecie nauki, dlatego tak trudno dobrać odpowiednie leki.
"Pozostaje mi łóżko, cztery ściany i telefon". Nie jest to wynikiem żadnej depresji. Pisząc to miałam na myśli brak sił na to, żeby się ruszać, ponieważ ból i zmęczenie jest tak silne, że wyjścia są dla mnie wielkim przedsięwzięciem ;) Jestem zapisana na forum gdzie ludzie opisują podobne dolegliwości, ale nie udzielam się w żaden sposób. Bardziej uczestniczę jako obserwator. Może źle nakreśliłam problem. Nie mam potrzeby rozmawiać o chorobie. Chciałabym po prostu spotykać się ze znajomymi i tak jak oni mówią mi o swoich problemach, czasem również powiedzieć o tym co mnie gryzie i dalej żyć w miarę normalnie. Myślałam, że choroba mnie nie wykluczy i nasza relacja będzie zawsze taka sama, niezależnie od częstotliwości spotkań, ale niestety wygląda na to, że moje pragnienia są jednostronne.
"Wszyscy jak jeden z tego bliskiego grona?"
Jedna osoba zareagowała tak jakbym tego oczekiwała, jednak reszta zaczęła mieć od razu takie pretensje o to, że podjęłam temat, iż nie dało rady dalej tego kontynuować. To tylko potwierdza, że problem tkwi w ich podejściu. Dlatego to tak bardzo boli. Tyle lat naprawdę mocno angażowałam się w te znajomość a kiedy nastąpił czas próby to zdmuchnęli to w taki zimny sposób. Postanowiłam, że podejmę rozmowę sam na sam, jednak to i tak nic nie zmieni. Zobaczyłam z jakimi ludźmi mam do czynienia i, że nie okazują zrozumienia z potrzeby serca. Kiedy grunt wali się pod nogami nie mogę być ich pewna, więc co to za przyjaźń? Mój problem polega na tym, że ja nigdy nikogo nie skreślam. Sama jestem człowiekiem, który grzeszy i zawodzi Boga, dlatego ja też zawsze pragnę przebaczać. Niestety zauważyłam, że ludzie wykorzystują takie osoby. Zamiast doceniać ich lojalność na całe życie, uważają to za naiwne podejście a przecież przebaczenie złego zawsze sporo kosztuje takie osoby wewnętrznie.
Tak jak pisałam wcześniej, chcę czynić dobro, ponieważ widzę, że to w końcu procentuje w zachowaniu innych. Tylko, że czasem jestem już tym po prostu zmęczona. Też chciałabym kiedyś być przez kogoś tak potraktowana a nie tylko przetrzymywać zranienia serwowane przez ludzi i stale pokazywać inną drogę. Wiem, mam Jezusa. Tak naprawdę to bardzo dużo, biorąc pod uwagę, że istnieją ludzie, którzy negują Jego istnienie. Czasami jednak chciałabym też tak po ludzku mieć na kogo liczyć na dobre i złe. Myślałam, że z nimi tak właśnie jest i zostało to zburzone w tak brutalny sposób ;)
"Humnax, porozmawiaj z Panem Bogiem".
W tej chorobie jestem z Jezusem od samego początku. Czuję Jego opiekę nade mną i cieszę się, że mój ból może się do czegoś przysłużyć. To moja myśl przewodnia. Jednak czasami jest tak mocno, że po prostu wysiadam. Nie sądziłam, że to będzie aż taka skala bólu, jednak wiem, że to wszystko ma głębszy sens.

Życzę Ci wytrwałości i zdrowia ;)

 Re: Żyję w bólu 24 h na dobę.
Autor: Kalina (---.dynamic.chello.pl)
Data:   2019-07-05 23:55

Humanx, przypuszczam że jesteś młodą osobą. Spróbuję Ci pomóc z pozycji osoby w wieku mocno średnim i z kilkunastoletnim stażem zmagania się z przewlekłym bólem "uatrakcyjnionym" wieloma operacjami. Nie dlatego, że wiem lepiej, tylko dlatego że mam za sobą pewne etapy. To co napiszę będzie w opcji przypuszczenia bo przecież każdy z nas jest inny.

Myślę, że jesteś na etapie braku akceptacji. Choroba związana z przewlekłym cierpieniem często rujnuje dotychczasowe życie. Siada na psychikę przez samą dolegliwość, ale również wywołuje bunt związany z koniecznymi zmianami dotyczącymi stylu życia, wykonywanej pracy, rezygnacji z wcześniejszej aktywności, nieraz trudności w szeroko pojętej samoobsłudze. We wczesnej fazie może to nie być depresja, ale przy niekorzystnych rokowaniach co do poprawy samopoczucia może przejść w stan depresyjny.
Ja mimo postępującej choroby długo byłam aktywna zawodowo, ale korzystałam z pewnych przywilejów wynikających z orzeczenia niepełnosprawności. Spotykałam się z zazdrością o te przywileje w środowisku, które ogólnie było przyjazne, a zawodowo powinno być empatyczne. Nie epatowałam cierpieniem, wręcz przeciwnie, do tej pory nieraz słyszę, że nie widać po mnie takiej choroby. Tamten czas dosyć szybko uświadomił mi, że jest to MOJA choroba. Ja mogę oczekiwać zrozumienia, skąd mam pewne ulgi (moja sytuacja zdrowotna była powszechnie znana), ale inni nie muszą tego rozumieć, nie muszą współczuć i jeśli chcą, mogą zazdrościć, choć zapewne nie ma czego, biorąc w pakiecie przywileje razem z bólem. Nie ich ból, nie ich problem. Od jakiegoś momentu nie tłumaczyłam się, traktowałam sprawę formalnie, uzgadniając tylko z bezpośrednim przełożonym. Relacje pozostały sympatyczne a zdobyłam doświadczenie, że swoje sprawy trzeba brać w swoje ręce i nie żyć złudzeniami.

Dlaczego napisalam o sobie? Żeby Ci uświadomić, że to czego oczekujesz od znajomych czy jak ich wcześniej uznawałaś - za przyjaciół, to są TWOJE oczekiwania. Choroba Cię nie wyklucza. Przecież nadal możesz się spotykać, a jak jesteś w gorszej dyspozycji i chcesz to z siebie wyrzucić, to powiedz tej jednej osobie albo zamrucz sobie pod nosem, kurcze ale mnie dzisiaj rwie, piecze czy co tam Ci innego dolega. Cóż Ci po tym, że ktoś to usłyszy, i tak bólu nie ujmie. Chyba że ktoś będzie miał twórczy pomysł jak Ci pomóc.

Wracając do akceptacji. Bunt co do stanu zdrowia, zawiedzionych nadziei w kontaktach, czy też koniecznych zmian w życiu nic nie buduje, a wręcz przeciwnie, rujnuje Twoje poczucie bycia bliską, potrzebną, przyjmowaną nie tylko w dobrym, ale i tym gorszym. Jest coś mądrego w powiedzeniu - czego nie można zwalczyć, trzeba pokochać. Pokochać w takim sensie, że stworzyć sobie nowe warunki do aktualnej sytuacji zarówno w funkcjonowaniu "ból i zmęczenie jest tak silne, że wyjścia są dla mnie wielkim przedsięwzięciem" jak wśród ludzi.
Skoro przez ograniczenia i odbiór trudno o realne spotkania, to w ostrych fazach bólu może ten świat wirtualny, za którym kryją się żywi ludzie, spełni w jakimś stopniu potrzeby. Znów posłużę się swoim przykładem. Nigdy nie narzekałam na brak zajęć, aktywności i grona bliższych i dalszych znajomych, ale od dawna z okresowymi przerwami udzielam się aktywnie na forum związanym z moim problemem zdrowotnym. Zaowocowało to znajomościami, niektóre bardzo bliskie w realu, ze spotkaniami w różnych miastach, telefonami, wzajemną akceptacją, doradzaniem na podstawie doświadczeń i rozmowami, gdzie choroba nie jest wiodącym tematem.

"Czasami jednak chciałabym też tak po ludzku mieć na kogo liczyć na dobre i złe."
To normalne pragnienie, dające poczucie bezpieczeństwa, ale bywa w gronie znajomych, że są dawcy i biorcy. Widać trafiłaś na biorców, tak bywa. Natomiast czynienie dobra z oczekiwaniem na odwdzięczanie się obdarowanych dobrem to nie jest dobra pobudka do takich czynów. Ludzie zawodzą, ludzie mają inne oczekiwania i potrzeby. Tego Słowa się trzymaj:

"Do tego zaś, który Go zaprosił, rzekł: «Gdy wydajesz obiad albo wieczerzę, nie zapraszaj swoich przyjaciół ani braci, ani krewnych, ani zamożnych sąsiadów, aby cię i oni nawzajem nie zaprosili, i miałbyś odpłatę. 13 Lecz kiedy urządzasz przyjęcie, zaproś ubogich, ułomnych, chromych i niewidomych. 14 A będziesz szczęśliwy, ponieważ nie mają czym tobie się odwdzięczyć; odpłatę bowiem otrzymasz przy zmartwychwstaniu sprawiedliwych». Łk 14

Porozważaj Księgę Syracha i Księgę Mądrości, w nich też znajdziesz słowa pocieszenia i wskazówki jak się odnaleźć w obecnej sytuacji.

Z rad praktycznych. Jeżeli bóle mają podłoże nerowo/mięśniowo/stawowe dobrze działa ciepło. Nie leczy ale przynosi ulgę. Możesz spróbować z okładami żelowymi typu hot/cold pack. Czy w poradni przeciw bólowej nie rozważano plastrów opioidowych?
http://pokonajbol.pl/poradnie-leczenia-bolu
Tu masz jeszcze szerszy wykaz poradni przeciw bólowych. Radzę kontakt tak gdzie są szpitale kliniczne, reumatologiczne, zwykle mają większe możliwości terapeutyczne. Strzelam w ciemno, nie znając charakteru choroby, ale może zainteresuj się osteopatią, to uznana medyczna forma fizjoterapii.

Dziękuję za życzenia :) A tak humorystycznie, na pytanie jak się czuję, zwykle odpowiadam skrótem - muszę dobrze i Tobie Humanx takiego podejścia życzę.

 Re: Żyję w bólu 24 h na dobę.
Autor: Humanx (---.centertel.pl)
Data:   2019-07-06 15:35

Przyjaźń polega na tym, że można powiedzieć o swoich obawach bez oczekiwania żadnego rozwiązania. Po prostu chodzi o zwykłe wygadanie się. Nie oczekuję żadnej odpłaty za to jaką dla nich byłam. Takie sytuacje miały miejsce z ich strony, dlatego uważałam to za rzecz naturalną. Piszesz o swojej sytuacji za co Ci dziękuję ;) Jednak jest różnica między współpracownikami, sąsiadami a przyjaciółmi.
"Relacje pozostały sympatyczne a zdobyłam doświadczenie, że swoje sprawy trzeba brać w swoje ręce i nie żyć złudzeniami."
O tym wcześniej pisałam, że mam pokusę posiadania zimnego podejścia do sprawy. Tego jednak nie zrobię. Ludzie są zdolni do takich rzeczy. W tym świecie można tworzyć relacje oparte na lojalności, zaangażowaniu i pełnym zaufaniu. Mieć osoby, które są gotowe wstać w środku nocy i przyjść z pomocą, kiedy sytuacja tego wymaga. Tak samo cieszyć się z cudzych radości, jakby były to nasze własne, bez zazdrości i zawiści. Nie chcę zadowalać się półśrodkami. Akceptowanie i przebaczanie słabości nie wyklucza tego, żeby jedocześnie wymagać. To ciężka, codzienna praca w dążeniu do bycia lepszym człowiekiem. Moja jak i tych, których poznaję. Nie raz widziałam, że poprzeczka, którą stawiam jest wysoka, jednak w takim sensie jakim uczy nas Jezus. Wzrost świadomości życia przy jednoczesnym podtrzymywaniu na duchu, kiedy noga się potknie. Moi przyjaciele są osobami niewierzącymi. Wydaje mi się, że to ma spore znaczenie w całej tej sytuacji. Moje nawrócenie przyszło, kiedy znałam ich już kilka lat. Wcześniej pisałam o tym, że bagatelizowałam pewne rzeczy, które o mnie mówili. Zawsze nazywałam grzechy po imieniu. Ich jak i moje. Nie byłam żadnym sędzią. Nie mogłam po prostu milczeć w sprawach ważnych. Siadaliśmy i rozmawialiśmy, podchodząc do tematu z różnych stron. Widziałam, że mają tak zamknięte serca, iż widzą jedynie moje oskarżenia, niezależnie w jak delikatny sposób ujęłabym to w słowa. Widziałam, że z powodu mojej wiary zdarza się, że traktują mnie z przymrużeniem oka. Nie na co dzień, ale w dość istotnych sprawach. Jednocześnie raz na jakiś czas słyszałam, że dobrze, że o tym mówię i, że jestem wyrzutem sumienia w pozytywnym znaczeniu tego słowa. Czułam, że powinnam i chcę pielęgnować tę przyjaźń.
"Skoro przez ograniczenia i odbiór trudno o realne spotkania, to w ostrych fazach bólu może ten świat wirtualny, za którym kryją się żywi ludzie."
Moim problemem nie jest samotność a zranienie w tej relacji. Lekartwem na to nie jest znalezienie nowych osób. Mam znajomych, do których mogę się odezwać oraz z nimi spotkać. Mogłabym również iść do jakiejś Wspólnoty, żeby zapoznać ludzi o podobnych poglądach i może wyszłoby z tego coś fajnego i trwałego. Tylko, że to jest oddzielny temat.
Uważam, że przyjaźń jest na całe życie. Chcę pokazywać Boga tam, gdzie go nie ma, ale coraz bardziej przekonuję się, że muszę być gotowa na różne formy zranienia. Nie spodziewałam się, że nawet w tak bliskim gronie. Nie wiem czy nie mylę miłosierdzia z przyjaźnią. Znowu pierwsza wyraziłam chęć rozmowy o tym co zaszło. Będę rozmawiać o tej relacji bardzo poważnie i możliwe, że nawet dojdziemy do porozumienia. Tylko, że to ja zabiegam o kontakt pomimo że patrząc z boku, tym razem powinno być zupełnie inaczej. Nie wiem czy gdyby nie moja wiara to byłoby z kim rozmawiać. A wspominając sposób w jaki zostałam skrytykowana: podniesiony ton głosu oraz kontekst całej wypowiedzi, nie wygląda to dobrze. Prawdziwy przyjaciel nie zachowałby się w taki sposób.
Wrócę jeszcze do rzeczywistości wirtualej. To kompletnie nie dla mnie ;) Słowo pisane w pełni nie oddaje tego co człowiek chce powiedzieć. To co tutaj napisałam, może zostać odebrane w zupełnie inny sposób. W czasie rozmowy można szybko sprostować to, co inaczej zinterperetował nasz rozmówca. Do tego dochodzi jeszcze stukanie w klawiaturę, żeby wszystko dokłanie opisać. Widzę Twoje zaangażowanie ;) jednak w realu rozmowa byłaby pełniejsza. Spróbowałam opisać problem na forum, jednak widzę, że nie da rady. Za dużo myśli, które możnaby szybko wypowiedzieć a powstają jakieś eseje z mojej strony ;)

Ból jest z powodu uszkodzenia układu nerwowego a nie zniszczenia tkanek, więc skutki uboczne przy przewlekłym stosowaniu leków przeciwbólowych przyniosłyby więcej szkody niż pożytku. Dlatego działamy na przewodzenie impulsów nerwowych, ale ta terapia wymaga czasu.

Co do akceptacji choroby to mam to już za sobą. Nie kłócę się z tym czego nie mogę zmienić, ponieważ wtedy nie wyciągnę z tego dobra. Moim wzorem są święci, którzy żyli w bólu i oddawali go Bogu dla większej sprawy. Kiedy jeszcze pomimo dolegliwości, byłam w stanie pracować, czułam zaproszenie do uczestniczenia w takiej formy obcowania z Bogiem. Wiele razy powiedziałam "tak". Niewyobrażalny ból otrzymałam w Niedzielę Miłosierdzia Bożego i tak już zostało. Jestem tutaj z wyboru, jednak nie sądziłam, że skala bólu może być aż tak silna. Pisząc, że wysiadam psychicznie, miałam na myśli właśnie to, że jestem w nim w każdej sekundzie. Ruch jeszcze bardziej to potęguję a spoczynek nie przynosi ukojenia. Nie da rady tego wytłumaczyć ;)
Niedziela Miłosierdzia była dla mnie ważna od samego początku nawrócenia. Wiem, że dostałam te datę aby nigdy nie zapomnieć dlaczego tutaj jestem. Czasami ogarnia mnie wstyd za to, że nie mogę już wytrzymać. Dlatego w chwilach największej słabości myślałam, że mogę powiedzieć o tym moim najbliższym. Widząc ich reakcję, nachodzą mnie myśli, że może jednak nie powinnam z nikim się tym dzielić. Jednak tak po ludzku czasami po prostu już nie mogę ;)

Kalina, Ty jesteś w stanie odpisywać mi z zaangażowaniem w ogóle mnie przy tym nie znając Można przypuszczać, że jesteś właśnie osobą na dobre i złe. Mam nadzieję, że uda mi się to wytłumaczyć ludziom mi bliskim.
Tak naprawdę wiem co mam zrobić, tylko moje negatywne emocje przywiodły mnie na to forum.
W gniewie kłóciłam się z moimi myślami, ale przebaczać należy 77 razy i tym razem znowu pokażę Boga moim przyjaciołom. A oni pokażą go mnie. To wszystko jest takie trudne, ale nikt nie jest krystaliczny ;)

 Re: Żyję w bólu 24 h na dobę.
Autor: Margaret (---.wieszowanet.pl)
Data:   2019-07-06 22:55

Humanx, współczuję Ci Twojej sytuacji. To na pewno przykre, jeśli spotyka takie coś ze strony przyjaciół. Nie każdy uważa, że przyjaźń jest na całe życie - ja na przykład nie. Zranienia najbardziej bolą od bliskich i tak, trzeba się ich spodziewać, bo nikt nie potrafi zawsze i doskonale spełniać naszych potrzeb.
Sądzę też, że tak ostatecznie człowiek jest ze swoimi problemami, szczególnie bólem fizycznym, chorobą sam (mam na myśli ludzi). Ktoś nam może zrobić zakupy czy obiad, ale w wyciu z bólu nie pomogą.
Jak emocje opadną, może spojrzysz na sprawę inaczej?
Przypuszczam, że nie całkiem trafiam z odpowiedzią, ale właśnie - to tylko kawałek Ciebie i kawałek tego, co sama myślę.
życzę Ci wiele Bożego błogosławieństwa

 Re: Żyję w bólu 24 h na dobę.
Autor: Kalina (---.dynamic.chello.pl)
Data:   2019-07-07 10:03

Humanx, każdy z nas żyje w wolności. W wolności wyborów, wolności wiary, wolności uczuć. Nie zawsze ta wolność niesie dobro dla nas samych i dla innych ale została nam dana.
Czymże my, ludzie jesteśmy wobec potęgi Boga. A Bóg sam daje wszystkim wolność. Przecież ma moc by uczynić wszystkich swoimi wiernymi uczniami, ludźmi prawymi, a świat pełen pokoju i dobrobytu. A jednak nie wykorzystuje swojej mocy, pozostawiając ludzi w wolności.
Jeszcze raz napiszę, to czego oczekujesz od osób, które dotychczas uznawałaś za przyjaciół jest Twoim oczekiwaniem. Oni pozostając w wolności mogą dokonywać własnych wyborów co do nawrócenia, doboru towarzystwa, uczestniczenia w spotkaniach. I nie muszą to być wybory zbieżne z Twoimi.
Teoretyzuję, ale może prezentujesz zachowania typowe dla neofitow i nieco na siłę chcesz nawracać. Cel szczytny, ale nie każdy potrafi na takie wezwanie odpowiedzieć według Twoich oczekiwań. Nie każdy ma wystarczający poziom empatii by uczestniczyć w czyimś cierpieniu. Może gdybyś potrzebowała konkretnej, wymiernej pomocy rzeczowej czy np. pomocy w dojazdach itp. byliby pomocni. Natomiast wejście w świat ludzkich uczuć jest trudniejsze, do tego potrzeba nieraz bagażu własnych doświadczeń, czegoś co wynosi się z wychowania albo postępującego samorozwoju.
Życzę Ci byś odzyskala pokój serca, bliźnim przyznała prawo do własnych decyzji ale gdy sprawiają Ci przykrość ostrymi słowami, zareaguj, do tego masz prawo. Masz prawo do szacunku.

Jeżeli jesteś w stanie, wykrzesaj z siebie siłę do jak najczęstszego, nawet codziennego udziału w Eucharystii, do adoracji Najświętszego Sakramentu. Czerp z tego udziału siłę do walki z chorobą, to przed Jezusem wyjawiaj swój ból, On zawsze wysłucha i da odpowiedź.

A co do znajomych/przyjaciół, może to kres albo zmiana formuły kontaktów. Nie czyń z innych niewolników emocjonalnych.
Przytulam Cię w cierpieniu fizycznym i życzę znalezienia dobrego środka zaradczego. A na niepokój serca:

"33 To wam powiedziałem, abyście pokój we Mnie mieli. Na świecie doznacie ucisku, ale miejcie odwagę: Jam zwyciężył świat». J 16

 Re: Żyję w bólu 24 h na dobę.
Autor: Hanna (---.wtvk.pl)
Data:   2019-07-07 14:29

"Przyjaźń polega na tym, że można powiedzieć o swoich obawach bez oczekiwania żadnego rozwiązania. Po prostu chodzi o zwykłe wygadanie się. Nie oczekuję żadnej odpłaty za to jaką dla nich byłam. Takie sytuacje miały miejsce z ich strony, dlatego uważałam to za rzecz naturalną. "
Humanx, jednak oczekujesz rewanżu, tyle że uważasz go za naturalny. Dane osoby tak nie uważają albo też nie mają sił, gotowości itp. Uszanowałabym, mimo że boli.

Wydaje mi się, że warto pomyśleć, kogo nazywasz przyjaciółmi i rodziną. Może są to po prostu fajne koleżeńskie relacje, jak piszesz, "Samorealizacja, życie pełną piersią" - a gdy sytuacja się zmienia, to i relacje?
Może za szeroko pojmujesz przyjaźń? Nie wiem.

" i tym razem znowu pokażę Boga moim przyjaciołom. A oni pokażą go mnie". Nooo. Nie rozumiem tego fragmentu. Naprawdę.

Margaret: "Nie każdy uważa, że przyjaźń jest na całe życie - ja na przykład nie". Rozeszło mi się sporo głębszych młodzieńczych więzi. Na wtedy były ważne i cenne. Wygasły. Myślę, że niektóre są dawane jako skarb na pewien czas. I tu tak ja Ty uważam, że przyjaźń niekoniecznie jest na całe życie
Mam świadomość, że i obecne mogą przeminąć. Nie chciałabym utraty, to ludzkie; jesteśmy też dojrzalsi, mam nadzieję. Ale przyjaźń zakłada też wolność. W tym niewychowywanie przyjaciół na siłę.

 Re: Żyję w bólu 24 h na dobę.
Autor: Margaret (---.wieszowanet.pl)
Data:   2019-07-07 15:12

Hanno, pamiętam z czasów nastoletnich takie kartki (pocztówki) z napisami w stylu "kto przestał być przyjacielem, nigdy nim nie był". A to nieprawda jest. Ludzie się zmieniają, przeprowadzają i drogi się rozchodzą.

 Re: Żyję w bólu 24 h na dobę.
Autor: Humanx (---.centertel.pl)
Data:   2019-07-07 16:14

Ważne aby rozumieć, że milczenie w sprawach ważnych albo udawanie, że to nic takiego to tak naprawdę krzywdzenie drugiego człowieka. Piekło i Czyściec to realna rzeczywistość.
Dożyliśmy czasów, kiedy jakiekolwiek mówienie o Bogu jest traktowane jako nachalne nawracanie.
Nie, nie mówię o Nim za dużo. Po prostu nie zachowuję się tak jakby On nie istnial ;)

Dziękuję wszystkim za poświęcony czas. Tak jak pisałam wcześniej, rozmowa twarzą w twarz pozwoliłaby na prawidłowe odebranie tego co pragnęłam przekazać. Spróbowałam i widzę, że nie odnajduję się w takiej formieg rozmowy.

Wszystkiego dobrego ;)

 Re: Żyję w bólu 24 h na dobę.
Autor: Julia (---.adsl.inetia.pl)
Data:   2019-07-07 17:53

Humanx,

odsyłam do wątku dawno temu założonego przeze mnie: (klik).

Bardzo Ci współczuję sytuacji. Ale wierzę, że dasz sobie radę i znajdziesz sposób by w miarę normalnie funkcjonować. Uważam, że powinnaś jak najszybciej poszukać sobie grupy wsparcia wśród osób mających podobne do Twoich problemy czy też kierujących się podobnymi wartościami.

Nie wiem jak potoczy się sprawa z Twoimi przyjaciółmi, z którymi ostatnio jesteś w sporze... Myślę, że dla nich sytuacja jest trudna. Wolą bagatelizować problem tak jakby go nie było. Być może Twoje problemy ich przytłaczają. Może niektórych to przerasta a może niektórzy są po prostu zwykłymi egoistami - gdy egoistami to uważam, że powinnaś odpuścić sobie taką "przyjaźń".

Może nie dają Ci opowiadać o swojej chorobie bo nie chcą żebyś o tym cały czas myślała tylko chcieliby byś myślała o np. przyjemnych rzeczach? Może oni nie chcą słuchać o chorobach... i niestety jeżeli chcesz z nimi przebywać to musisz brać to pod uwagę... Zadaj sobie pytanie czy chcesz takiej relacji poświęcać czas i czy taka forma kontaktu Ci odpowiada. A może brak myślenia o chorobie wśród znajomych nie jest wcale takim złym pomysłem?

Mam nadzieję, że tak jak ja znajdziesz spokój w sercu i z czasem wybaczysz. Bądź wierna swoim ideałom i nie poddawaj się. Nie zmuszaj też nikogo do niczego. Osoby z którymi warto się przyjaźnić same do Ciebie przyjdą, jesteś wartościową osobą. Tylko nie zamykaj się na ludzi, szukaj kontaktu, nawet tego internetowego.

Trzymaj się, pozdrawiam

 Re: Żyję w bólu 24 h na dobę.
Autor: Ј (---.austin.res.rr.com)
Data:   2019-07-08 00:05

"Uważam, że przyjaźń jest na całe życie"

Dla mnie na całe życie jest miłość małżeńska - którą się ślubuje :) W niej trzeba wytrwać pomimo wszystkich przeciwności. Z przyjaźnią tak być nie musi. Więzi przyjacielskie mogą się rozluźnić. Z różnych powodów. I to nie znaczy, że tej przyjaźni wcale nie było. Nie znaczy, że te relacje nie były cenne. Po prostu tak się w życiu czasem układa. I nie zawsze jest sens ze wszystkich sił zabiegać o to, co - z takich czy innych względów - wygasa. Nawet jeśli odbiera się to jako stratę. I ta strata boli. (To wnioski wyciągnięte z moich życiowych doświadczeń).

Pozwolenie na to, żeby przyjaźń skończyła się, nie musi się wiązać ze zrażaniem się do przyjaciół czy w ogóle do ludzi. To może być jedynie akceptacja faktu, że z pewnymi bliskimi nam osobami przestało nam być po drodze.

"Dożyliśmy czasów, kiedy jakiekolwiek mówienie o Bogu jest traktowane jako nachalne nawracanie".

Czy to Twoi przyjaciele występują z takimi zarzutami? Czy zarzutu o nachalnym nawracaniu doszukałaś się w skierowanych do Ciebie wpisach? Nikt tutaj nie użył określenia "nachalny", więc nie bardzo rozumiem, co skłoniło Cię do napisania tego zdania.
Mnie się wydaje, że niesienie Boga swoim przyjaciołom zaczęłaś traktować jako jakąś swoją życiową misję. To nie musi być złe. Ale nie musi też być do końca dobre :) Bo chyba kryje się za tym założenie, że Twoja wiara zawsze będzie silna, że zawsze w tym niesprzyjającym środowisku sobie poradzisz, że nigdy nie będziesz potrzebowała wsparcia (w swojej wierze). Nie bierzesz pod uwagę, że neoficki zapał wygasa, przychodzą kryzysy wiary. A nic nie piszesz o chęci nawiązania bliskich relacji z ludźmi wierzącymi. Stawiasz tylko na grupę niewierzących. I to mnie niepokoi.

"Spróbowałam i widzę, że nie odnajduję się w takiej formieg rozmowy".

Czy zawsze we wszystkim osiągałaś natychmiastowe sukcesy, że tak szybko chcesz się poddać? W takiej formie rozmowy można się podciągnąć :)

 Re: Żyję w bólu 24 h na dobę.
Autor: Humanx (---.centertel.pl)
Data:   2019-07-09 08:26

"Czy zarzutu o nachalnym nawracaniu doszukałaś się w skierowanych do Ciebie wpisach?"

"W tym niewychowywanie przyjaciół na siłę." ,
"Teoretyzuję, ale może prezentujesz zachowania typowe dla neofitow i nieco na siłę chcesz nawracać."

Nie zostało to napisane wprost, jednak tak wynika z kontekstu wypowiedzi.

"Mnie się wydaje, że niesienie Boga swoim przyjaciołom zaczęłaś traktować jako jakąś swoją życiową misję."

Nie mam misji niesienia Boga przyjaciołom. Zgodnie ze słowami Ewangelii przyznaję się do Boga w rozmowie z każdym człowiekiem, kiedy sytuacja tego wymaga. Tak jak wspomniałam wcześniej, zawsze ma to miejsce z odpowiednim wyczuciem. Czasami to sytuacje, kóre są dla mnie bardzo niewygodne, jednak już Jezus powiedział, że życie zgodnie z Jego filozofią nie zawsze będzie łatwe i trzeba będzie dokonywać wyborów.

"Nie bierzesz pod uwagę, że neoficki zapał wygasa, przychodzą kryzysy wiary."

To jedynie wysnuty przez Ciebie wniosek. Jestem wierząca od ponad dekady. Mam za sobą dwa osłabienia głębszej modlitwy z powodu zbytniego zachłyśnięcia się naszą ziemską rzeczywistością i jej obowiązkami. Osłabienie kontaktu z Bogiem zawsze następuje ze strony człowieka. Jak najbardziej biorę to pod uwagę i nie bardzo rozumiem w jaki sposób łączy się to z tym, aby nie mówić ludziom o Bogu?


Dla mnie na całe życie jest miłość małżeńska - którą się ślubuje :) W niej trzeba wytrwać pomimo wszystkich przeciwności.

Czuję w tej wypowiedzi jakąś dozę przymusu tworzenia relacji, jednak wiem, że nie to miałeś na myśli ;)

Nie ślubowałam z przyjacielem tworzenia relacji aż do śmierci. To jednak nie oznacza, że nie warto walczyć o takie znajomości. Z takimi ludźmi łączą nas ważne sytuacje życiowe, wspomnienia. Rozmową można rozwiązać wiele nieporozumień. Każdy dojrzewa do miłości w innym czasie. Z tego powodu mamy dwie możliwości. Rozejść się, kiedy pojawi się poważniejszy problem, bądź wspólnie spróbować przejść przez zranienia zadane sobie na wzajem. Oczywiste, że nie przymuszę nikogo do zadawania się ze mną na siłę. Mogę, jednak poskromić własne ego i zawalczyć o to co udało się nam stworzyć. Napisałeś, że nie posiadam tego obowiązku, jednak mam serce i rozum, które mówi mi, że taka postawa jest możliwa nie tylko w małżeństwie. Nawet jeżeli wokół nas znajdują się ludzie, którzy uważają, że przyjaźń jest jedynie na pewien czas, to nie oznacza, że nie jesteśmy zdolni do takich relacji, czy że takie podejście jest np. przejawem pewnej niedojrzałości emocjonalnej. (To wnioski wyciągnięte z moich życiowych doświadczeń ;) )
Pragnę wzrastać w dążeniu do świętości z ludźmi, których spotykam w swoim życiu. Wiem, że każdy jest na innym etapie, jednak zrywanie relacji wcale w tym nie pomoże.

To jest mój pogląd na te sprawę. Tym razem zranienie było bardzo silne, dlatego pojawiłam się na tym forum. Minęło już, jednak trochę czasu i moje emocję po części opadły. Wiem, że dalej będę podążać tą drogą, miałam po prostu kryzys. Dzięki niemu doszłam, jednak do budujących dla mnie wniosków.

" I tym razem znowu pokażę Boga moim przyjaciołom. A oni pokażą go mnie". Nooo. Nie rozumiem tego fragmentu. Naprawdę."

Nie zamknę się w swojej urazie, tylko pokażę mój punkt widzenia na sprawę. Oni nie są złymi ludźmi. To nasze niedopowiedzenia i ucięcie rozmowy z powodu gniewu sprawiło, że przeżyłam tyle negatywnych emocji. Owszem, zranienie nastąpiło, jednak moja relacja z Bogiem nie pozwala mi na zamknięcię się w tej urazie. Kiedy sytuacja tego wymagała, wchodziliśmy w świat myśli i emocji. Tak jak pisałam wcześniej, miało to miejsce, kiedy omawialiśmy problemy mojego rozmówcy. Teraz kolej na mnie. Zostało mi to przerwane, jednak teraz nie uniosę się gniewem a wytłumaczę, że po prostu też czasami tego potrzebuję.

Ta sytuacja pokazała mi moją własną grzeszność. Oczekiwałam zrozumienia od osób mi bliskich a kiedy tego nie otrzymałam, zaczęłam uważać, że ta relacja nie ma sensu, ponieważ nie jestem dla nich ważna. Tylko czy ja nie zachowuję się tak w stosunku do Boga? Każdy grzech ciężki to właśnie taka moja nielojalność w stosunku do Niego. Odkładanie spowiedzi z różnych powodów na później? Żal, że skrzywdziłam Go swoim grzechem przy jednoczesnym zwlekaniu aby Mu to wyznać. No bo w końcu zrozumie, jeszcze trochę poczeka. A przecież Jezus jest dla mnie ważny ;)
Oczekuję tego, czego sama nie potrafię wypełnić. To dla mnie wielka nauka pokory.

"A nic nie piszesz o chęci nawiązania bliskich relacji z ludźmi wierzącymi. Stawiasz tylko na grupę niewierzących. I to mnie niepokoi."

Nie wystarczy, żeby przyjaciel był osobą wierzącą. Mam zajomych o różnym spojrzeniu na świat, w tym również osoby wierzące. Z różnych przyczyn pozostajemy, jednak na stopie koleżeńskiej.

Julia: Dzięki za podzielenie się ze mną Twoją historią.

 Re: Żyję w bólu 24 h na dobę.
Autor: Ј (---.austin.res.rr.com)
Data:   2019-07-09 19:37

"Osłabienie kontaktu z Bogiem zawsze następuje ze strony człowieka. Jak najbardziej biorę to pod uwagę i nie bardzo rozumiem w jaki sposób łączy się to z tym, aby nie mówić ludziom o Bogu?"

Nie łączyłam osłabienia kontaktu z Bogiem z mówieniem ludziom o Nim. Chodziło mi o zawieranie bliskich więzi TYLKO z ludźmi niewierzącymi. Choć tacy ludzie mogą być pod pewnymi względami dobrym przykładem, to jednak nie będą wsparciem w kryzysach wiary. Ludzie ograniczeni do tu i teraz nie przyczynią się też do duchowego wzrostu. Ich duchowość, o ile się do takiej przyznają, jest czymś innym.

"I tym razem znowu pokażę Boga moim przyjaciołom. A oni pokażą go mnie".
"Nie zamknę się w swojej urazie, tylko pokażę mój punkt widzenia na sprawę".

Nie tylko Hanna nie zrozumiała tego fragmentu (pierwsze z przytoczonych powyżej zdań). I pomimo Twoich wyjaśnień nadal nie rozumiem. Szczególnie tego, w jaki sposób Twoi niewierzący przyjaciele pokazują Boga Tobie.

Niewierzący też potrafią przezwyciężać urazy i pokazywać swój punkt widzenia. Tyle że ich motywacja nie ma związku Bogiem. Czy Ty otwarcie im mówisz, że postępujesz tak a nie inaczej ze względu na Boga? Czy w ten sposób Go pokazujesz?


"Każdy grzech ciężki to właśnie taka moja nielojalność w stosunku do Niego".

A grzech powszedni już nie?


"Czuję w tej wypowiedzi jakąś dozę przymusu tworzenia relacji, jednak wiem, że nie to miałeś na myśli ;)"

Czyli uważasz, że bezmyślnie zawarłam jakiś podtekst? :)))) Zapewniam Cię, że żadnego podtekstu nie było. Ani zamierzonego ani nie zamierzonego. Pisałam o wolności, a nie o przymusie. Wolności rozluźnienia przyjacielskich więzi. Co wcale nie oznacza, że nie należy próbować przezwyciężać pojawiających się w przyjaźni trudności. Jeśli sumienie podpowiada Ci, że tak właśnie należy w tym momencie postąpić - próbuj.

 Re: Żyję w bólu 24 h na dobę.
Autor: Julia (---.adsl.inetia.pl)
Data:   2019-07-09 23:37

Humanx,

być może masz jeszcze szanse uzdrowić swoje relacje z przyjaciółmi czego Ci życzę z całego serca. Może być jednak tak, że Twoi przyjaciele lub pojedyncze osoby z Tej paczki mają inne poglądy od Twoich i nie odczuwają tak silnych potrzeb jak Ty kontynuowania znajomości mimo tego co Was wcześniej łączyło.

Tego nie wiem.

Spokojem możesz coś zdziałać, robiąc wyrzuty i prawiąc morały możesz jeszcze bardziej zwiększyć przepaść między Wami. Czasem bywa też tak, że gdy pojedyncze osoby z paczki się wykruszają to cała ta paczka na koniec się "rozpada"... Ale nie ma reguły.

Napisałam Ci, że wybaczyłam i że czuję spokój w sercu. Z tym spokojem to chyba nie jest tak do końca bo czasem myślę o mojej byłej przyjaciółce i w tych momentach bywa mi ciężko. Ona nie jest złym człowiekiem ale swoim nieodzywaniem się, obojętnością sprawiła mi dużo bólu. Podobno to my sami dajemy komuś przyzwolenie na ranienie nas. Chciałabym być silniejsza.

Mogę tylko powiedzieć, że cierpię razem z Tobą i osobami, które przeżywają/-ły podobny smutek. Pamiętaj, że po deszczu zawsze przychodzi słońce :), u mnie się wypogodziło mimo, że czasem jakaś chmurka na niebie się pojawi.

 Odpowiedz na tę wiadomość
 Twoje imię:
 Adres e-mail:
 Temat:
 Przepisz kod z obrazka: