logo
Sobota, 15 sierpnia 2020
Szukaj w
 
Posłuchaj Radyjka
Kanał czerwony
Kanał zielony
 
 
 Lęk i smutek w mieście - jak sobie radzicie?
Autor: z Maryją (---.dynamic.chello.pl)
Data:   2020-07-23 03:08

Witam. Pozwolę sobie opisać pewną swoją trudność, zmaganie...

Oto, gdy idę na miasto, aby coś załatwić, na następny dzień doświadczam przygnębienia. I ponowne wyjście na miasto zaraz na następny dzień jest bardzo utrudnione przez to przygnębienie oraz przez lęk. A czego się boję? Boję się widoku skołatanych, opuszczonych ludzi na wielkich ulicach miasta. Boję się np., że znowu spotkam kogoś bezdomnego, albo chorego. Albo zobaczę takiego kogoś przez okno autobusu czy tramwaju. Kiedy nie było pandemii, czasem nawet rozmawiałam z bezdomnymi, rozdawałam ulotki, gdzie bezdomni mogą coś zjeść; do dziś odwiedzam tez chorą znajomą. Robię to, aby Bóg mnie nie odrzucił oraz dlatego, że jest mi ich żal. Ale wyjście do takiego chorego czy rozmowa z bezdomnym wiąże się zazwyczaj ze złamaniem siebie (uświadamiam sobie jak bardzo beznadziejny i straszny jest świat i nie mogę tego unieść). Po samej takiej rozmowie czuję się nawet lepiej. Ale potem muszę odsypiać potworne zmęczenie. I na następny dzień lęk, opór jest jeszcze większy, niż wcześniej i trudno mi wyjść ponownie do miasta (rozpacz paraliżuje mnie, osłabia). Chorzy i bezdomni wywołują u mnie lęk, przygnębienie i niemoc. Bardzo mocno też w tym kontekście dopada mnie kryzys wiary i lęk przed brakiem Boga, skoro jest tyle niesprawiedliwości, ze jedni mają dom, a inni go nie mają. Na pewno ze łzami modlą się o dom, a tu nic. Nie każdy bezdomny jest alkoholikiem. To nie w każdym przypadku jest ich wina. Nie jest też winą człowieka, że sobie w życiu nie radzi. A ci bezdomni mają bezradność i rozpacz w oczach...

Czasem równie bezradni są ludzie starsi, którzy mają wprawdzie dom, ale nie mają zdrowia lub pieniędzy. Ludzie w autobusie zwierzają mi się, ze ledwo wiążą koniec z końcem; że czasem nie mają na leki. Po takiej rozmowie jestem wrakiem człowieka. Chcę błagać Boga, by życie tego kogoś się radykalnie odmieniło, ale widzę, ze taka modlitwa niewiele daje. Robię się nieobecna i pusta, taka rozpaczliwie obojętna i dobita - czasem jeszcze w tym samym dniu, a czasem jest to odroczone na dzień następny. I potem nie mam siły żyć. Dużo rozmyślam o śmierci.

Ktoś może zapyta, po co to piszę. Otóż piszę z prośbą o delikatność i zrozumienie - miedzy innymi po to, aby się wygadać, aby przyniosło mi to ulgę. Ale - uwaga - przede wszystkim po to, aby zapytać, czy ktoś z Was ma podobne lęki i doła właśnie po powrocie z centrum miasta. Leki i doła - a czasem obojętność, która jest taka globalna, wszechogarniająca; obejmująca również niezdolność do radości z powodu widoku ogromu codziennego cierpienia. Ogólnie rzecz biorąc, takie stany, które utrudniają mu potem wyjście do miasta na następny dzień... Jeśli tak masz, to - ważne pytanie - jak sobie z tym radzisz? Czy jest to dla ciebie możliwe, by się zresetować i następnego dnia wyjść na miasto z radością i energią; ponownie bez obciążeń? Jakie masz sposoby na taki reset?

Kiedy siedzę w domu, albo chodzę tylko po osiedlu i nie wychodzę do miasta, to mam dobry nastrój.

Z góry dziękuję za odpowiedzi osób, które zechcą się podzielić swoim doświadczeniem zmagania z miastem.

Serdecznie Was pozdrawiam.

 Re: Lęk i smutek w mieście - jak sobie radzicie?
Autor: Justyna (---.dynamic.chello.pl)
Data:   2020-07-31 22:03

Pozwolę sobie zapytać - czy byłaś zamknięta na czas pandemii i bałaś się wychodzić z domu?
Czy zawsze byłaś taka wrażliwa i chłonęłaś cudze nastroje? Świat to nie tylko szarość, ale wszystkie kolory - trzeba pewnej dojrzałości/wieku/doświadczenia/zmiany myślenia żeby je dostrzec. Inaczej ten lęk może zamienić się w nerwicę lub depresję. Lecz się Bogiem, dobrymi świadectwami, staraj się pomagać ale i znaleźć odskocznię od smutnej prozy świata. Może więcej natury? Ja mając dość miasta (żyję tu przez całe życie ale jakoś ciągnie do natury :-) )wsiadam na rower i jadę do podmiejskiego lasu się zresetować. Albo na Mszę o 18, porozmyślać przed obrazem Jezusa Miłosiernego.

 Re: Lęk i smutek w mieście - jak sobie radzicie?
Autor: z Maryją (---.eaw.com.pl)
Data:   2020-07-31 22:53

"czy byłaś zamknięta na czas pandemii i bałaś się wychodzić z domu? Czy zawsze byłaś taka wrażliwa i chłonęłaś cudze nastroje?"

Zawsze. Przed pandemią, czy w trakcie. Co więcej, w czasie pandemii ja właśnie potrzebuje wyjść z domu, bo od zawsze potrzebowałam być blisko z drugim. Ale ten drugi musi być w miarę silny, by nie zadziałał proces odwrotny - przytłoczenia cierpieniem i w konsekwencji mojego wtórnego osamotnienia wśród ludzi. Tymczasem - szczególnie w okresie największych obostrzeń - nie mogłam wsparcia społecznego znaleźć, bo musiałam siedzieć w domu. Dotyka mnie właśnie ta samotność. Samotność na ulicach miasta - przed pandemią także. W czasie pandemii jeszcze bardziej poczułam samotność swoją i innych. Ale ona była zawsze, jak szłam do miasta. Przyroda rzeczywiście koi.

 Re: Lęk i smutek w mieście - jak sobie radzicie?
Autor: Hanna (---.wtvk.pl)
Data:   2020-08-01 00:30

Może to jakaś indywidualna cecha związana z lękami społecznymi. Zamykanie się w przestrzeni osiedla nie jest lekarstwem. Rozpacz, o której piszesz (mocne słowo), jest destrukcyjna. Na pewno źle Ci z tym. To - wydaje się - rzecz do przepracowania pod okiem przygotowanej osoby.

Ty szukasz wystarczająco silnych ludzi, czyli nie masz siły w sobie. To jest do poprawienia. Nauczyć się własnej wartości i szukania siły nie w innych ludziach (wystarczająco silnych, by Cię nie zgnietli swoją biedą), ale w wartościach duchowych. Jeśli nie jesteś napełniona, nie możesz rozdawać, ale i nie możesz spokojnie istnieć (np. w realiach miasta). Boisz się więc, że spotkanie ze słabym coś z Ciebie ostatecznie wyssie...

Samotność na ulicach miasta nie jest standardem. Lęk też nie. Ludzi jest mnóstwo, nie znamy ich i nie da się zresztą znać ich wszystkich, ale to, czy jesteśmy - czy czujemy się wśród nich samotni, nie zależy od miasta, ale i od naszych relacji z pewną grupą ważnych dla nas osób. Od przyjaźni i miłości. Te osoby nie muszą być na wyciągnięcie ręki, może nas dzielić kilkaset kilometrów. Więzi nosimy w sobie, miłość niesiemy w sobie - ale i ona nas niesie.

Całe życie mieszkam w ponadpółmilionowym mieście, choć nie w samym centrum, ale niecałe 15 minut od niego. Miasto to moja codzienność, i nie, nie zmagam się z miastem. Jest moim domem, choć kocham las.

To oczywiste, że spotykamy ludzi cierpiących. Wszędzie, nie tylko w mieście, ale i w dziurze zabitej dechami. Ubogich zawsze będziemy mieć... (por. Mk 14,7).
Pamiętajmy, kto jest Zbawicielem świata.

 Re: Lęk i smutek w mieście - jak sobie radzicie?
Autor: z Maryją (---.eaw.com.pl)
Data:   2020-08-01 13:32

"Nauczyć się własnej wartości i szukania siły nie w innych ludziach, ale w wartościach duchowych. Jeśli nie jesteś napełniona, nie możesz rozdawać, ale i nie możesz spokojnie istnieć (np. w realiach miasta)."

Wiem. I napełniam się. W Komunii Świętej. Czuję wtedy jak Bóg mnie napełnia. Czasem bardzo mocno czuję. Często właśnie po Komunii mam siły, by np. odwiedzić kogoś chorego, albo po prostu załatwić coś na mieście. Ale wieczorem po powrocie z miasta do domu (szare ulice i gwar tylko potęgują doświadczenie obcości i nierówności społecznych) nie mam już sił na nic i jestem zupełnie pusta.

I na następny dzień nie mogę już kompletnie nic zrobić.

Może w tym czasie pobytu w mieście w imię poczucia sprawiedliwości nieświadomie oddaję w duchu cierpiącym to, czego wcześniej doświadczyłam w Komunii i potem sama zostaję z niczym? Wiem, że czasem mam tendencję do takich ofiar... Może mi to weszło w jakiś automatyczny, nie do końca świadomy nawyk? Przymus sprawiedliwości... sprawiedliwego podziału nieszczęścia? Bo po takim dniu pobytu w mieście już nie cieszy mnie nawet Msza.

Bo tak, jak uprzednio na Mszy św., czy we wspomnianych okolicznościach przyrody, mam pewność, że Bóg jest - i doświadczam bliskości Jego; tak w trakcie pobytu w mieście ogarnia mnie nagłe wisielcze przekonanie, że to mi się wcześniej wszystko tylko wydawało - że Jego tak na prawdę nie ma, a wszystko jest dziełem ślepego losu: jedni mają szczęście i cechuje ich często niechlubna "cwaność"; inni, słabsi, mniej zaradni są skazani tylko na biedę i chorobę...

I potem nie mam motywacji, by się starać sama coś więcej w życiu osiągnąć (bo to jakby niesprawiedliwe względem nieszczęść innych... i też bez sensu, bo i tak się nie uda - wszak tyle razy się już nie udało, bo nie byłam w danych okolicznościach cwaniakiem, czy chociażby człowiekiem z twardym tyłkiem, jak większość ludzi). I stoję w miejscu. A to nie jest dobre ani dla mnie ani dla tych, którym w innym przypadku mogłabym pomóc. Dlatego im więcej pomysłów na radzenie sobie z miastem (może przede wszystkim radzenie sobie na bieżąco - by ten pusty dufny śmiech bogatych, czy szarość hałaśliwych ulic, czy też smutne oczy biednych i chorych na bieżąco tak nie przytłaczały) tutaj zbiorę, tym będzie lepiej dla wszystkich. I może komuś jeszcze z forum, kto ma podobny problem, to pomoże...

 Re: Lęk i smutek w mieście - jak sobie radzicie?
Autor: Hanna (---.wtvk.pl)
Data:   2020-08-01 23:27

Myślę, że nie istnieje "sprawiedliwy podział nieszczęścia". I nie o to chodzi, by gdy komuś bardzo doskwiera bieda, wszyscy równali w dół. By gdy ktoś jest nieszczęśliwy, wszyscy czuli powinność bycia nieszczęśliwymi. Bycie z kimś, empatia, jakieś współdzielenie losu na pewną miarę - tak. Ale nie zabiegamy o to, by wszyscy niszczyli siebie. By naprawdę wszyscy mieszkali pod mostami.
Niektórym możemy pomóc. Nie, nie jesteśmy w stanie pomóc wszystkim. I nie musimy się za to obwiniać. Możemy próbować coś zrobić na naszą miarę.

"jedni mają szczęście i cechuje ich często niechlubna "cwaność"; inni, słabsi, mniej zaradni są skazani tylko na biedę i chorobę..." - owszem, racja, tak było i tak będzie do końca świata. Wiesz jednak sama, że nie jest tak, jakoby wszyscy żyjący w szczęśliwszej sytuacji byli cwaniakami.

My nie wiemy, dlaczego urodziliśmy się w takich a nie innych warunkach (mam przyjaciół, dom, chleb, prąd, pracę, internet, dostęp do kościoła, względne zdrowie, do domu przyjdzie pielęgniarka z zastrzykami, za którą to pomoc nie płacę, a gdybym musiała, to mnie teraz stać itd. - a są miliony osób, które tego nie mają, tego wszystkiego albo prawie wszystkiego, albo niczego z tych rzeczy.) To nie zależy od nastroju miasta ani nie wszystko to zależy ode mnie. Dostałam szanse, nie wiem, czemu inni nie.

Nie wiem, czy jest dobrze oceniać innych, oskarżać ich "o pusty dufny śmiech bogatych". A raczej: wiem, nie jest dobrze to czynić.
Nie o to chodzi. Nie buduje nas oskarżanie grzeszników. Nie pomaga. Nikomu. Zresztą jakie mamy prawo sądzić?... czy ja wiem, co się za tym domniemanym pustym dufnym śmiechem kryje? Może ból i pustka.
Czyli nie warto się na tym skupiać ani się tym obciążać. Przeciążać.

Jeśli szarość rozumiesz dosłownie - posadź kwiaty na parapecie. Tyle możesz. Są też w miastach budżety obywatelskie, plebiscyty na dofinansowane ogródki, skwery,troska ład graficzny, do tego możesz przyłożyć ręki. Tyle może przeciętny obywatel. Nie każdy jest architektem miejskim. Ja nie :) i nie obwiniam się za to. Ale mogę nie śmiecić.

Nie, nie zbawisz całego świata (powtarzam) i to nie jest Twoja wina. Możesz pomóc na swoją małą skalę. Żeby móc pomagać, trzeba przepracować z kimś odpowiednio przygotowanym całą tę destrukcję psychiczną, bo ona Cię pęta.

"Wiem. I napełniam się. W Komunii Świętej. Czuję wtedy jak Bóg mnie napełnia. Czasem bardzo mocno czuję. Często właśnie po Komunii mam siły, by np. odwiedzić kogoś chorego, albo po prostu załatwić coś na mieście. Ale wieczorem po powrocie z miasta do domu (szare ulice i gwar tylko potęgują doświadczenie obcości i nierówności społecznych) nie mam już sił na nic i jestem zupełnie pusta.
I na następny dzień nie mogę już kompletnie nic zrobić."
A nie możesz kolejny raz, następnego dnia, pojść na mszę świętą? Dlaczego nie?

I jeszcze jedno - nie chodzi wcale o to, abyśmy CZULI, że Bóg nas napełnia. To jest cukiereczek na pewien czas, takie pocieszenie. Raz dane, tysiąc razy nie. Czasem do końca życia nie. Niekoniecznie z naszej winy. Z Bożej woli.

 Re: Lęk i smutek w mieście - jak sobie radzicie?
Autor: danusia (178.219.104.---)
Data:   2020-08-02 00:55

Trzeba zachować hierarchię ważności. Najpierw Bóg, potem Ty i dopiero bliźni.
Pan Jezus też wszystkich nie uzdrowił.
Tak praktycznie, to takie stany wyczerpania, mogą mieć źródło w nękaniu przez Złego. To nie jest normalne co opisujesz.
Ks. Jan Reczek, "To Jezus leczy złamanych na duchu" - w tej książce jest mowa o środowiskach, które wymagają wspomożenia modlitwą wstawienniczą o bezpieczeństwo wobec wpływów zła.

Źródło takiego postrzegania rzeczywistości to co opisujesz, leży w tym, że nie ma się dobrego kontaktu z Bogiem.
Boga, gdyby każdy człowiek uwielbiał, kochał, to mimo cierpienia własnego nie byłby tak przygnębiony jak mówisz. Jezus Chrystus uzdrawia dziś. Czy prosisz o uzdrowienie? Czy ludzkimi siłami chcesz zmieniać świat?
I jeszcze więcej powiem, pokora to przyjęcie życia takim jakie jest, bo w tej codzienności jesteś najbliżej Boga. Wiele zła sprowadzamy sami na siebie. Zawsze, kiedy wołałam do Boga o pomoc, otrzymywałam ją i nie opowiadaj, że jedni mają a inni nie mają. A przypowieść o talentach coś Ci mówi?
W chwilach takiego zapętlenia mów słowa modlitwy "Jezu uwolnij mnie od..... " szczerze z serca tak módl się nieustannie i w końcu uwierz, że jak Edyta Stein też zrozumiała, że cierpienie każdy dostaje dla swojego wzrostu a my często chcemy wybiec i odebrać to, co jest nie nasze.

 Re: Lęk i smutek w mieście - jak sobie radzicie?
Autor: Margaret (---.wieszowanet.pl)
Data:   2020-08-03 14:55

Może jesteś osobą o wysokiej wrażliwości i empatii? Poczytaj coś na ten temat, może zobaczysz w opisach siebie.

 Re: Lęk i smutek w mieście - jak sobie radzicie?
Autor: Estera (---.147.32.165.nat.umts.dynamic.t-mobile.pl)
Data:   2020-08-03 18:12

Może zacznij robić coś, co Cię nie będzie aż tak bardzo obciążać. Nie każdy jest powołany do pracy z bezdomnymi. Być może Ty nie, ale koniecznie upierasz się, że będziesz to robić. Pytanie: dlaczego? Co zapełniasz w sobie w ten sposób? Dlaczego upierasz się przy tym?

 Re: Lęk i smutek w mieście - jak sobie radzicie?
Autor: z Maryją (---.eaw.com.pl)
Data:   2020-08-05 13:41

Tu nie chodzi o ocenę ludzi. Sformułowanie: "pusty dufny śmiech" wynika z impulsywnego wrażenia, a nie z jakiegoś rozmyślania i chłodnej oceny czy potępiania kogokolwiek. To samo mogę powiedzieć o tramwajach - że są bezwzględne, dufne i głośne, prują przestrzeń i dobijają swoją metaliczną chłodną obojętnością i impetem. Takie dają wrażenie. Nie zawsze tak czuję, ale często. Uczucie to potęguje się, gdy tych tramwajów jest dużo, a wokół tylko budynki, ruch, szum, zieleni niewiele. Najgorsze jednak, jak taki autobus, czy tramwaj w którym akurat siedzę przejeżdża koło szpitala onkologicznego. Ludzie - w tym ja - siedzą sobie w tramwaju i załatwiają swoje sprawy, a w tym czasie za drzwiami szpitala dzieją się ludzkie dramaty ! Tam świat się zatrzymał... a ten tu - dalej pędzi, jak głupi... I po co...?

Mój dramat też się toczy w sercu. Dramat osamotnienia, niezaradności w bezwzględnym świecie. Ale też - każdy przejeżdża wzrokiem, jak takim tramwajem: widzi człowieka - i "jedzie" dalej. Ale bezradne serce potrzebuje więcej. Kiedyś w urzędzie pracy odmówiono mi rejestracji, bo nie miałam wszystkich dokumentów (dokładnie, ostatniego świadectwa pracy nie miałam - o tym, że jest potrzebne piszą małym druczkiem na dokumentach, które dostaje się dopiero w urzędzie przy rejestracji). A stałam tam od rana, marzłam w kolejce 1,5 godziny (bo do urzędu jest tylko kilkadziesiąt numerków i ludzie przed świtem przyjeżdżają, żeby się załapać). A tu mi kazali przyjechać jeszcze raz na następny dzień - i stanąć w kolejce ponownie. Nie dość, że dramat, bo straciłam pracę, to jeszcze takie coś. Szlochałam w urzędzie, szlochałam w autobusie powrotnym do domu - nikt się nie zainteresował...

Dzięki za wskazówkę - przeczytałam. Rzeczywiście mam sporo cech osoby wysoko wrażliwej. Chyba nawet wszystkie. Rękodzieło też jest mi bliskie. Ładne rzeczy robię. Ale jedna kartka haftowana powstaje przez miesiąc, wiec na tym nie zarobię.

Czy ktoś tutaj doświadcza miasta podobnie, jak ja?

 Re: Lęk i smutek w mieście - jak sobie radzicie?
Autor: Margaret (---.wieszowanet.pl)
Data:   2020-08-05 17:50

Trafiłam dziś na fragmenty książki ks. Grzywocza. Może w tym coś dla Ciebie?
Np.
"Inną iluzją zaburzającą życie duchowe, osłabiającą wymiar dojrzałości człowieka, jest takie myślenie o Bogu, że skoro jest moim Ojcem, to wszystko za mnie zrobi. Zwalnia mnie z mojego wkładu, z mojego trudu. Z obserwacji wielu kierowników duchowych wynika, że taka wiedza – nawet nieświadomie, nie wprost wyrażona – czasem kieruje rozwojem życia duchowego. „Jeśli wierzę w Boga, to On za mnie dużo zrobi, i to bez mojej współpracy”."

https://deon.pl/wiara/duchowosc/ks-grzywocz-te-mity-o-bogu-sa-bardzo-popularne-niektorzy-odchodza-przez-nie-z-kosciola,935410

 Re: Lęk i smutek w mieście - jak sobie radzicie?
Autor: Hanna (---.wtvk.pl)
Data:   2020-08-05 22:34

Urealnijmy. Rozumiem, że to nieprzyjemne, ale jednak to normalne, oczywiste w wielu procedurach - nie dostarczyłaś kompletu dokumentów, więc nie można Cię gdzieś zarejestrować, wydać jakiegoś zaświadczenia itd. Nie dostarczysz zdjęcia, nie wyrobią Ci paszportu. Normalna sprawa. Bez względu na temperaturę otoczenia, Twoje emocje i potrzeby - nie da się. I dobrze. Bez reguł zginiemy.

Zapomniałam kilka dni temu kartki z kodem dotyczącym recepty - nie wydano mi oczywiście leków, choć znałam ich nazwy. Tym razem kod nie przyszedł na komórkę, był na karteczce, przeoczyłam. Fatalnie, bo aptekę zamykano za 10 minut, nie mogłam wrócić po ten numer, nikogo nie mogłam poprosić, by podał telefonicznie... Za późno. Zostałam bez środka, który powinnam wziąć na noc, za to z niemiłymi objawami. Przestraszyłam się wtedy, zdenerwowałam, trudno. Mój błąd, farmaceuta jest bezsilny.

Ale to nie jest żadne wrogie miasto ani miasto - generator lęków, to jest organizujący nam życie porządek społeczny, który może Ci się nie podobać, może Cię męczyć - zdaje się, że Twoim zadaniem jest nauczyć się w nim mądrze żyć.
I tak, tramwaje powinny normalnie jeździć obok szpitali. Także obok cmentarzy, więzień i porodówek. Oczekuję, że będą punktualnie. Po co, pytasz? o to, aby ileś osób mogło spokojnie i terminowo się przemieszczać... Żyć, wywiązywać się ze swoich powinności. Mimo że ktoś równocześnie choruje, rodzi się, umiera. Taki jest rytm świata.

 Re: Lęk i smutek w mieście - jak sobie radzicie?
Autor: z Maryją (---.eaw.com.pl)
Data:   2020-08-06 13:30

Co do odcinka w tekście, gdzie z bezradności zadałam pytanie: "po co pędzi?", to tutaj - jak widzę - nie wyraziłam się do końca jasno, więc dopowiadam: nie chodziło mi o tramwaj, tylko o świat. O świat pęknięty na pół:

"Ludzie - w tym ja - siedzą sobie w tramwaju i załatwiają swoje sprawy, a w tym czasie za drzwiami szpitala dzieją się ludzkie dramaty ! Tam świat się zatrzymał... a ten tu (świat) - dalej pędzi, jak głupi... I po co...?"

Nie szukam odpowiedzi na ten strasznie trudny problem "dlaczego świat jest pęknięty?"

Pytam, jak mieć dobry humor i siły - mimo to... I jak nie mieć z tego powodu wyrzutów.

 Re: Lęk i smutek w mieście - jak sobie radzicie?
Autor: Asia (---.dynamic.gprs.plus.pl)
Data:   2020-08-07 12:27

"Tam świat się zatrzymał."

Nie zatrzymał się. Tylko bije Innym rytmem. Gra inną melodię. Jego melodia jest inna, ale jest częścią całości. Świat nie jest pęknięty, tylko płyną w nim różne melodie. Różne linie melodyczne. Jakby różne części danego utworu czy koncertu. Trochę jak w orkiestrze. Każdy gra swoją partię. Na swoim instrumencie. Czasem będąc na pierwszym planie. Grając solową partię. A czasem tylko akompaniując. Tworząc tło. Będąc w tle. Jakby przyglądając się innej melodii. Która płynie obok. I która w tym czasie wybija się, wychodzi do przodu. Staje się głośniejsza. Bardziej "widzialna". Linie melodyczne płynące jednocześnie, ale każda trochę inaczej. Nieoderwane od siebie - tworzące całość.

"jak mieć dobry humor i siły"

Zaufać "Dyrygentowi". Zdać się na Niego. Poddać się Jego prowadzeniu. "Grać" patrząc na Niego. Zaufać, że On cały "utwór" ma pod kontrolą. I że on "brzmi" w taki sposób, jak On chce. Chociaż czasem trudno w to uwierzyć.

 Odpowiedz na tę wiadomość
 Twoje imię:
 Adres e-mail:
 Temat:
 Przepisz kod z obrazka: