Autor: Jakub (---.mynet.com.pl)
Data: 2025-04-12 13:10
Hej,
Nie wiem trochę od czego zacząć, potrzebuje pomocy duchowej, ale też nie wiem jak się do tego zabrać ani jak zacząć i skończyć.
Generalnie sytuacja wygląda tak, że zawsze byłem okropnym człowiekiem nawet ze zwykłego ludzkiego punktu widzenia. Mianowicie jeszcze jak byłem w liceum jakieś 10 lat temu, po raz pierwszy poznałem Boga, potem od niego odszedłem powoli wracając do grzechów. Następnie przez 7 lat żyłem kompletnie bez Boga mając tylko tak czasem jakieś przebłyski, że "w sumie dobrze byłoby do Boga wrócić", no i tak sobie żyłem w grzechu.
Teraz we wrześniu zeszłego roku poszedłem po raz pierwszy do spowiedzi, przez parę miesięcy byłem super zaangażowany, aż potem w grudniu zacząłem powoli wracać do grzechów, bardzo mnie do nich ciągnęło. Wtedy właśnie przed drugim 'nawróceniem' - tak bym to nazwał, chciałem robić grę pornograficzną, ale dzięki Bogu od tego odszedłem, bo wiedziałem, że byłbym odpowiedzialny bezpośrednio za grzechy innych. - (to jest akurat dość ważne kawałek) - i poszedłem wtedy do spowiedzi - w dużym skrócie.
Natomiast wróciłem teraz do palenia, picia w przesadzie (nawet jeśli rzadko bo raz na miesiąc na spotkaniu ze znajomymi - to liczy się sam fakt), oglądania pornografii, masturbacji, obżarstwa itd.
Grzechy jak zaczęły wracać, to bywało tak, że nie wytrzymywałem tygodnia bez grzechu nieczystości, czy palenia, czy innych. Uważam, że miałem pełną świadomość a co za tym idzie były to grzechy śmiertelny - przynajmniej napewno grzech nieczystości, czy oglądanie pornografii.
Modlitwa 'umarła', to znaczy coraz ciężej i ciężej było mi się modlić - a ja modlitwę przynajmniej wtedy traktowałem bardziej jako rozmowę niż tylko takie odklepywanie formułek "żeby się nazywało, że zrobione" - i właśnie to zaangażowanie umarło, tzn. po wielu upadkach pod rząd, no już nie wiedziałem jak się modlić - żadnego wytłumaczenia na to nie było.
Zresztą tyle razy Bóg mi pokazał, że grzech jest wyborem, że uważam, że za każdym razem to było świadome poddanie się.
No i powiedzmy o ile, Bóg sprawił, że tego oglądania pornografii czy nieczystości nie ma tyle co kiedyś, i można powiedzieć, że jest jakaś poprawa, to to nie zmienia faktu, że ten grzech się pojawia bez przerwy, co najmniej co kilka dni.
No i do tego dochodzi powrót do palenia, kiedyś paliłem nałogowo papierosy normalne, ale jakoś od grudnia, uległem pokusie zapalenia papierosa elektrycznego, i od lutego mam E-Papierosa, no i tak jeden liquid(olejek z nikotyną, schodzi mi w okolo 3 dni), palę monstrualnie dużo, co jest jeszcze powiększone przez to, że mam pracę z domu i przy komputerze w domu w czasie pracy mogę palić bez wychodzenia nigdzie, bo E-Papieros nie śmierdzi.
No i generalnie doszedłem do takiego zagubienia w tym momencie, już momentami się przewijało, że miałem wrażenie, że nie mam już siły z tym walczyć.
Ostatnio odpuściłem pójście do spowiedzi bo:
a) bałem się, że ludzie usłyszą co tam gadam - bo kościół zapchany
b) jakby wiedziałem, że przecież nawet jak się wyspowiadam, to przecież i tak wrócę do tego samego grzechu, więc to byłoby świętokradztwo
I odpuściłem sobie spowiedź, bo najpierw powinienem mieć postanowienie poprawy, a nie iść tak z głową w chmurach i liczyć, że magicznie będzie okej.
I teraz kolejny problem jest taki, że albo nie chcę przestać grzeszyć i kocham grzech bardziej od Boga, albo nie wiem co. Bo przecież Bóg daje nam łaskę, żeby uciec od grzechu i tego nie robić, więc co to by nie było to bym z Bogiem dał radę, a skoro ja wracam do grzechu to znaczy, że tego postanowienia poprawy nie ma, bo w takim razie odrzucam tę pomoc.
I tak się trochę zapętliłem, że nawet nie wiem czy w sumie mogę albo jest sens, żeby iść do spowiedzi - coś mi mówi, żeby iść, ale po prostu, no sam już nie wiem.
i jak sobie czytałem na internecie na forach chrześcijańskich, to jeszcze wpadłem na kazanie Św. Alphonsusa Liguori "On the Miserable State of Relapsing Sinners" - tekst jest po angielsku o tutaj:
https://meditatione.online/books/alphonsus-sunday/sermon-xxi
I widziałem tam po prostu siebie w tym kazaniu, była tam nawet wspomniana historia pewnego anglika - możecie sobie przetłumaczyć w google:
"He may expect to die the death of a certain young Englishman, who, as is related in the history of England, was in the habit of relapsing into sins against purity. He always fell back into these sins after confession. At the hour of death he confessed his sins, and died in a manner which gave reason to hope for his salvation. But, while a holy priest was celebrating or preparing to celebrate Mass for his departed soul, the miserable young man appeared to him, and said that he was damned. He added that, at the point of death, being tempted to indulge a bad thought, he felt himself as it were forced to consent, and, as he was accustomed to do in the former part of his life, he yielded to the temptation, and thus was lost."
no i mówiąc szczerze dobiło mnie to doszczętnie, już nawet nie mówiąc o samym kazaniu, ale dodatkowo to, że wtedy w sumie do mnie dotarło, że chyba - może poza krótkim okresem czasu - nigdy nie wierzyłem, że będę zbawiony. Tzn. nigdy nie oczekiwałem zbawienia i nigdy w zasadzie nie spodziewałbym się usłyszeć słów "znam cię" po śmierci, tylko raczej to drugie.
Ja wierzę w ofiarę Chrystusa, ale po prostu mając na uwadze, że w zasadzie to cały czas robię to co mówił Jezus, że zaprowadzi mnie do piekła - to nigdy w zasadzie nie spodziewałem się zbawienia swojej duszy - bo w zasadzie uważam, że jestem raczej tym o którym apostoł Paweł pisał "nie łudźcie się".
I spoko, zerwanie z grzechem to by "naprawiło', ale ja tego nie robię.
Nie wiem już po prostu nawet wspominając historię tego anglika, to już widziałem w tym siebie mówiąc szczerze, że zapewne będzie tak, że nawet jeśli się wyspowiadam, to i tak upadnę przed ostatnim oddechem i dopadnie mnie sprawiedliwpść, i tak mam wrażenie, że jestem w pułapce z której nie mogę uciec i w zasadzie to już pozamiatane. Bo tak jak mówię, nie chodzi o to, że krew Jezusa nie może pokryć grzechów, ale raczej o to, że nie jestem osobą taką, do której by Bóg powiedział, że mnie zna.
Tak gdzieś się mi przewinęło też przez myśli i nawet gdzieś na internecie, że może Bóg czasem tymczasowo interweniuje, żeby innych zatrzymać od zagłady, i w odniesieniu do tego mojego nawrócenia, to zacząłem się zastanawiać czy może w sumie to Bóg nie zainterweniował tylko po to, żebym innych za sobą nie pociągnął?
Duszę mam uważam w tragicznym stanie, przed grzechem mnie nie zatrzymuje jego ciężar, ignoruje napomnienia od Boga, nawet jak gdzieś tam przeglądam materiały "obsceniczne", to czasem mi myśl przelatuje przez głowę, że ja nie tylko grzeszę jako ja, ale tak naprawdę dokładam winy osobom które te rzeczy stworzyły, albo, że każdy mój grzech dokłada cierpienia Jezusowi (kiedyś miałem olśnienie, że tak naprawdę każdy nasz nowy grzech jest dokładany Jezusowi na krzyżu a nie jest, że tak powiem "teraźniejszy" tylko i wyłącznie) - przez pewien czas mnie to stopowało, a potem już nie.
Już nie wiem, prawda jest taka, że no nie kocham prawdziwie Boga, chciałbym, żeby było inaczej ale nie umiem, nie potrafie, mam jakąś blokade przed otwarciem się chyba przed Bogiem, mam wrażenie, że już pozamiatane.
Żal za grzechy to też już chyba bardziej samolubny niż inny, miałbym ochotę po prostu przestać istnieć czasem.
Zresztą co ze mnie za chrześcijanin, jak widzę świadectwa innych to tam jest nawrócenie, po nawróceniu nie wraca się do takiego życia jak kiedyś, innymi słowy to d*pa ze mnie a nie chrześcijanin. Uważam, że łaski otrzymałem olbrzymie, bo dużo by się rozpisywać o tym co się działo w moim życiu, a ludzie wydawałoby się z mniejszą ilością przeżyć się nawracają i żyją latami dla Boga, a ja 4 miesięcy nie mogłem wytrzymać - cyrk na kółkach po prostu.
Proszę o modlitwę i może jakieś madre rady, bo w zasadzie to o tyle o ile trzymam się jeszcze palcami jednej ręki, mam wrażenie, że się poddałem.
|
|