Autor: Mąż (47 l.) (---.31.25.33.mobile.internet.t-mobile.pl)
Data: 2025-11-12 00:41
Szczęść Boże.
Będzie długo - nie wiem czy mogę tutaj w ten sposób ale zaryzykuję, Ktoś może przebrnie przez plątaninę myśli, wyznań... Przychodzę tutaj i po ukojenie, i by wyrzucic z siebie i też przyjąć radę... Ale od początku.
Jesteśmy małżeństwem od 15 lat. Zakochałem się ogromnie w dziewczynie młodszej o lat 7, miała 19. Po blisko 7 latach pobraliśmy się, Po 6 urodził się syn, po kolejnych 4 latach córka. Wracając, moja żona borykała się w dzieciństwie ze strą mamy, która zmarła gdy miała 11lat. Okres gdy się spotykaliśmy bywał bardzo trudny. Bądź przy mnie, odejdź, potrzebuję ciebie, chcę być sama... A ja biłorycerz postanowiłem ją uratować. Za murem emocjonalnym dostrzegałem zranioną, delikatną istotę, Wiele chwil trudnych, jazdy do niej bo "potrzebuję ciebie teraz" daleko przekraczając dozwolone prędkości, życie w pędzie bo po pracy szybko do domu, ogarnąć się i jadę bo potrzebuje,,, Pobraliśmy się ale takie chwile gdy stawaiła mur były co jakiś czas. A te chwile to też egoizm który mnie bardzo dotykał. W momentach burzy, bywało źle, ubliżanie, poniżanie w złości. Nie pamiętam chwil gdy sa z siebie byłbym niemiły, złośliwy - owszem w trudne dni mogłem być szorstki ale 90% kłótni, afer wynikało że nie umiałem przetrawić Jej patrzenia na świat, jej słów "i co z tego", "co mnie to obchodzi" które bywały w sytuacji "a wiesz jak ktoś może się poczuć" itp. Ale żyliśmy, raz lepiej raz gorzej. Zawsze byłem pobłażliwy, nie umiałem też być asertywny od małego, w szkole. Nie broniłem sie długo po czym gdy sie nazbierało, wybuchałem. I tak też sie wydażyło w małżeństwie naszym, gdy Ona ze spokojem mimo kłótni wyrzucała "co mnie to obchodzi" "to twój problem" na słowa że np czuje odrzucenie albo postepuje egoistycznie, itp... zdażyło się że przelało się w środku mnie i nie silnie, bardziej na zasadzie "nie wyrzymam" "mógłbym Cię fizycznie zniszczyć" spoliczkowałem, innym razem trącnąłem nogą w nogę w geście obraźliwym, jeszcze innym razem rozbiłem jajko na jej głowie... te 3 zdarzenia miały miejsce w przeciagu kilku, może 10 lat.... Zdażyły się jako efekt dyskusji, niezgody która przeradzała się w kłótnie, złość, wyzwiska, poczucie bezsilności na Jej bezwzlędność. Na marginesie, u nas mężczyzn jest to łatwe (w niełatwych sytuacjach) do zakończenia, dają sobie faceci po kilka ciosów i sprawa wyjaśniona... zazwyczaj. Ale... gdy człowiek jest deprecjonowany, gdy obrywa egoizmem, egocentryzmem a potem jeszcze takim "i co z tego"... jak przetrwać?
Ale dalej, bliskość między nami też kulała, było kilka, kilkanaście chwil takiej bliskości bardziej...zazwyczaj jednak chwle kończyły się "dość, chcę sie przytulić"... gdy zbliżenie było raz na miesiące. Ale przytulałem. Problemem był Jej nieakceptowanie siebie (w wieku nastoletnim leczyła się w szpitalu z zaburzeń odżywiania, kompulsywne objadanie karała głodzeniem się i anoreksją), potem przez lata z przerwami uczeszczała na terapie z psychologiem. Zażywała też leki psychotropowe... Zatem, bliskość była sporadyczna, bardziej z Jej strony mam wrażenie kiedyś by mnie sprawić mi przykrości, może kilka razy sama czerpała z niej coś głębszego ale... to na tyle.
Od lat bliskość jest raz na kilka miesięcy gdy "przymilam" się czasem budząc w nocy... A ostatnie dwa lata to może 3 zbliżenia...
Od pół roku jesteśmy w ogromnym kryzysie, nie ma tygodnia bez kłótni. Byliśmy u terapeuty, wysłuchał i... tyle. W sumie chyba 3 razy w ciągu 2 lat. Na co dzień, nawet w tym okresie największego kryzysu, staram się przywitać Ja w domu (zawsze wraca z pracy później, ja odbieram dzieciaki ze szkoły/przedszkola) życzliwe (gdy nie mamy aktualnie wojny). Namawiam dzieci, przytulcie mamę gdy wejdzie do domu... Ale ponad połowa powrotów to złość, kwasy z Jej strony. Strasznie to boli.
Od wielu lat zdarza się Jej po kilka razy w roku iść na dyskotekę, do klubów z koleżankami, otoczenie Jej niestety to rozwódki lub po związkach nieformalnych, świat kobiet skupionych na urodzie (branża w której pracuje). Pojechała na kilka dni ze szwagierką (wdowa po moim młodszym bracie) i koleżankami na Cypr - w zasadzies stawiając mnie przed faktem "już zarezerwowane i część opłacona", również zakupy do domu kosztowne nie na zasadzie wspólnej decyzji co wymuszenia, szantażu, tak samo operacja piersi "bo to moje życue, ważne dla mie, muszę się poczuć pełniejsza" (wcale to nie zmieniło Jej błędnego postrzegania siebie jako znów "za gruba" choć waży 52kg.
Dalej, sprawy wiary, rodziny. Nie pochodzi z domu gdzie pielęgnowało się żywą wiarę (u mnie w domu zawsze kościół i oraz powaga przy świętach), raczej święta jako tradycja, bez modlitwy. W małżeństwe chodziła przez dłuższy czas do kościoła, choć gdy dzieco dokazywało, szybko uciekała np na zewnątrz. Od około 1,5 roku praktycznie nie chodzi do kościoła - ja zabieram syna albo syna i córke i jedziemy sami, żona wtedy idzie na rolki, pobiegać czy na spacer, albo leży w domu.
W trudnych chwilach mówi do mnie "po co chodzisz do tego kościoła, do spowiedzi jak potem drzesz sie na mnie, nie szanujesz" (niestety, obrzucamy sie w skrajnosciach epitetami)... tylko, ja praktycznie nigdy nie byłem wobec Nie zły, obraźliwy, niż w sytacji gdy pierwsza obraziła, poniżył - to zawsze praktycznie w afekcie - wiem to nie upoważnia, nie tłumaczy z odpowiedzialnosci ale .. emocje człowieka potrafią rozwalić całkowicie. Jestem uparty - zamiast mieć relację chcę meć rację niestety. Z rugiej strony latami odpuszczałem, byłem pobłażliwy, usłużny, niczym satelita zawsze obok na rozkaz.
I teraz gdy widze jak moja postawa w której zatraciłem siebie, w której byłem zawsze, sprawiła że Ona mnie nie szanuje, pogardza często (jest to dla mnie niezrozumiałe, jak można pogardzać za to że ktoś jest oddany) gdy zaczynam stawiać granice - jest wojna. Dzisiaj byli goście, poszła potem z nimi na spacer a ja zostałem z dziećmi - po powrocie przy gościach gorzkim i takim specjalnie przy innych tonem "dlaczego kuchnia nieogarnięta z tego syfu" - a ja ogarnąłem salon po i kilka rzeczy w kuchni.. ale takie słowa wyrzucone w sposób mocno dobijający.. I znów atmosfera ciężka, trudna,
Zawsze gdy ide do spowiedzi, ale pomiędzy także bez okazji wyzjaję że przepraszam za to co złe, umiem przeprosić, poprosić o wybaczenie, nawet jełśi nie byłem winny sytucji zdecydowanie... wracam ze spowiedzi uniesiony a za chwilę nie daję rady wytrwac.
Dzieci niestety są tego świadkami, Świadkami naszych ostrych kłótni. Płaczę po nocach myśląc o tym co zgotowaliśmy tym niewinnym... I kiedy Ona straszy "odejdę nie wytrzymam" (najczęściej gdy w kłótni argumentami i faktami wykazuję jak się myli), "zabiorę dziec a ty szykuj kae za dom" (dom o którymjuż kilka razy wspomniałą że wcale go nie chce - choć sama przy nim nie musi za wiele robic, ogarniam sam wszystko co trzeba) mam ochotę by odeszła i dała mi spokój... Szantażuje mnie z pełną świadomościa że "dzieci pójda ze mną, takie sądy sa że nie masz szans". Wiem że je kocha ale też potafi przeklinać, mówić o nich "bachor" "zeżarłeś wszytko" itp...
Wiem, szukać pomocy ale miotam sie pomiędzy walecznym sercem a totalnym zniechęceniem, szczególne gdy mói "ja nie wiem czego chcę, chce się realizować, odkryć" "nie wiem czy jestem stworzona do bycia matką i robienia w domu" "nie jestem matką polką" (nie sugeruje, tylko w rozmowach o tym że rodzice to wielkie powołanie), dzisiaj gdy mówię "ale przecież nie jestes już niedojrzałą dzeiwczyną, podjęliśmy sie buowy rodziny i jest ona, i o nia trzeba zawalczyć" mói mi take rzeczy że może byłą niedojrzała, że dzieli nas tyle lat, że mamy inny pogląd na świat.
Na dobre i na złe, w zdrowiu i chorobie - jestem. I... boję się że serce się zatrzyma, albo... już wiem dlaczego to śród mężczyzn jest najwięcej samobójstw. My kochamy w głąb, jakkochamy to w pełni a kobiety... Kobiety mam wrażeniei kochają tylko to jak się czują przy mężczyźnie oraz w gorszej odmianie, za to jak się mają, kochają szeroko, Choć może to niesprawiedliwe?
W tym wszystkim, idę z wiarą że może jest jakiś zamysł Pana Boga w tym (ale też mam takie myśli zę nie wtrącał się gdy zabiegałem o nią, a zabiegałem wbrew zdrowemu rozsądkowi wersus właśnie że może to mój krzyż który musze nieść) tylko jeśłi Jego zamysł to gdzie ttaj sa dzieci którym się obrywa od nas? Wiem że trud życia mobilizuje mnie do Boga, że może gdyby wszystko szło gładziutko, byłby Pan tylko od niedzieli... Nie wiem. Zatrzymuję się z myślą że Bóg widzi mnie i trzyma rękę na pullsie i zainterweniuje w którymś momencie. Tylko, co mam robić ja?
Panie, Ty się mną zajmij, dodaj mi łaski wytrwałości, mądrości, odrzucenia pychy, łaski łagodności. Otocz nas opieką swojej Matki...
|
|