logo
Niedziela, 14 grudnia 2025
Szukaj w
 
Posłuchaj Radyjka
kanał czerwony
kanał zielony
 
 
 'Panie, Ty się mną zajmij' – wołanie z serca w kryzysie małżeńskim.
Autor: Mąż (47 l.) (---.31.25.33.mobile.internet.t-mobile.pl)
Data:   2025-11-12 00:41

Szczęść Boże.

Będzie długo - nie wiem czy mogę tutaj w ten sposób ale zaryzykuję, Ktoś może przebrnie przez plątaninę myśli, wyznań... Przychodzę tutaj i po ukojenie, i by wyrzucic z siebie i też przyjąć radę... Ale od początku.

Jesteśmy małżeństwem od 15 lat. Zakochałem się ogromnie w dziewczynie młodszej o lat 7, miała 19. Po blisko 7 latach pobraliśmy się, Po 6 urodził się syn, po kolejnych 4 latach córka. Wracając, moja żona borykała się w dzieciństwie ze strą mamy, która zmarła gdy miała 11lat. Okres gdy się spotykaliśmy bywał bardzo trudny. Bądź przy mnie, odejdź, potrzebuję ciebie, chcę być sama... A ja biłorycerz postanowiłem ją uratować. Za murem emocjonalnym dostrzegałem zranioną, delikatną istotę, Wiele chwil trudnych, jazdy do niej bo "potrzebuję ciebie teraz" daleko przekraczając dozwolone prędkości, życie w pędzie bo po pracy szybko do domu, ogarnąć się i jadę bo potrzebuje,,, Pobraliśmy się ale takie chwile gdy stawaiła mur były co jakiś czas. A te chwile to też egoizm który mnie bardzo dotykał. W momentach burzy, bywało źle, ubliżanie, poniżanie w złości. Nie pamiętam chwil gdy sa z siebie byłbym niemiły, złośliwy - owszem w trudne dni mogłem być szorstki ale 90% kłótni, afer wynikało że nie umiałem przetrawić Jej patrzenia na świat, jej słów "i co z tego", "co mnie to obchodzi" które bywały w sytuacji "a wiesz jak ktoś może się poczuć" itp. Ale żyliśmy, raz lepiej raz gorzej. Zawsze byłem pobłażliwy, nie umiałem też być asertywny od małego, w szkole. Nie broniłem sie długo po czym gdy sie nazbierało, wybuchałem. I tak też sie wydażyło w małżeństwie naszym, gdy Ona ze spokojem mimo kłótni wyrzucała "co mnie to obchodzi" "to twój problem" na słowa że np czuje odrzucenie albo postepuje egoistycznie, itp... zdażyło się że przelało się w środku mnie i nie silnie, bardziej na zasadzie "nie wyrzymam" "mógłbym Cię fizycznie zniszczyć" spoliczkowałem, innym razem trącnąłem nogą w nogę w geście obraźliwym, jeszcze innym razem rozbiłem jajko na jej głowie... te 3 zdarzenia miały miejsce w przeciagu kilku, może 10 lat.... Zdażyły się jako efekt dyskusji, niezgody która przeradzała się w kłótnie, złość, wyzwiska, poczucie bezsilności na Jej bezwzlędność. Na marginesie, u nas mężczyzn jest to łatwe (w niełatwych sytuacjach) do zakończenia, dają sobie faceci po kilka ciosów i sprawa wyjaśniona... zazwyczaj. Ale... gdy człowiek jest deprecjonowany, gdy obrywa egoizmem, egocentryzmem a potem jeszcze takim "i co z tego"... jak przetrwać?

Ale dalej, bliskość między nami też kulała, było kilka, kilkanaście chwil takiej bliskości bardziej...zazwyczaj jednak chwle kończyły się "dość, chcę sie przytulić"... gdy zbliżenie było raz na miesiące. Ale przytulałem. Problemem był Jej nieakceptowanie siebie (w wieku nastoletnim leczyła się w szpitalu z zaburzeń odżywiania, kompulsywne objadanie karała głodzeniem się i anoreksją), potem przez lata z przerwami uczeszczała na terapie z psychologiem. Zażywała też leki psychotropowe... Zatem, bliskość była sporadyczna, bardziej z Jej strony mam wrażenie kiedyś by mnie sprawić mi przykrości, może kilka razy sama czerpała z niej coś głębszego ale... to na tyle.

Od lat bliskość jest raz na kilka miesięcy gdy "przymilam" się czasem budząc w nocy... A ostatnie dwa lata to może 3 zbliżenia...

Od pół roku jesteśmy w ogromnym kryzysie, nie ma tygodnia bez kłótni. Byliśmy u terapeuty, wysłuchał i... tyle. W sumie chyba 3 razy w ciągu 2 lat. Na co dzień, nawet w tym okresie największego kryzysu, staram się przywitać Ja w domu (zawsze wraca z pracy później, ja odbieram dzieciaki ze szkoły/przedszkola) życzliwe (gdy nie mamy aktualnie wojny). Namawiam dzieci, przytulcie mamę gdy wejdzie do domu... Ale ponad połowa powrotów to złość, kwasy z Jej strony. Strasznie to boli.

Od wielu lat zdarza się Jej po kilka razy w roku iść na dyskotekę, do klubów z koleżankami, otoczenie Jej niestety to rozwódki lub po związkach nieformalnych, świat kobiet skupionych na urodzie (branża w której pracuje). Pojechała na kilka dni ze szwagierką (wdowa po moim młodszym bracie) i koleżankami na Cypr - w zasadzies stawiając mnie przed faktem "już zarezerwowane i część opłacona", również zakupy do domu kosztowne nie na zasadzie wspólnej decyzji co wymuszenia, szantażu, tak samo operacja piersi "bo to moje życue, ważne dla mie, muszę się poczuć pełniejsza" (wcale to nie zmieniło Jej błędnego postrzegania siebie jako znów "za gruba" choć waży 52kg.

Dalej, sprawy wiary, rodziny. Nie pochodzi z domu gdzie pielęgnowało się żywą wiarę (u mnie w domu zawsze kościół i oraz powaga przy świętach), raczej święta jako tradycja, bez modlitwy. W małżeństwe chodziła przez dłuższy czas do kościoła, choć gdy dzieco dokazywało, szybko uciekała np na zewnątrz. Od około 1,5 roku praktycznie nie chodzi do kościoła - ja zabieram syna albo syna i córke i jedziemy sami, żona wtedy idzie na rolki, pobiegać czy na spacer, albo leży w domu.

W trudnych chwilach mówi do mnie "po co chodzisz do tego kościoła, do spowiedzi jak potem drzesz sie na mnie, nie szanujesz" (niestety, obrzucamy sie w skrajnosciach epitetami)... tylko, ja praktycznie nigdy nie byłem wobec Nie zły, obraźliwy, niż w sytacji gdy pierwsza obraziła, poniżył - to zawsze praktycznie w afekcie - wiem to nie upoważnia, nie tłumaczy z odpowiedzialnosci ale .. emocje człowieka potrafią rozwalić całkowicie. Jestem uparty - zamiast mieć relację chcę meć rację niestety. Z rugiej strony latami odpuszczałem, byłem pobłażliwy, usłużny, niczym satelita zawsze obok na rozkaz.

I teraz gdy widze jak moja postawa w której zatraciłem siebie, w której byłem zawsze, sprawiła że Ona mnie nie szanuje, pogardza często (jest to dla mnie niezrozumiałe, jak można pogardzać za to że ktoś jest oddany) gdy zaczynam stawiać granice - jest wojna. Dzisiaj byli goście, poszła potem z nimi na spacer a ja zostałem z dziećmi - po powrocie przy gościach gorzkim i takim specjalnie przy innych tonem "dlaczego kuchnia nieogarnięta z tego syfu" - a ja ogarnąłem salon po i kilka rzeczy w kuchni.. ale takie słowa wyrzucone w sposób mocno dobijający.. I znów atmosfera ciężka, trudna,

Zawsze gdy ide do spowiedzi, ale pomiędzy także bez okazji wyzjaję że przepraszam za to co złe, umiem przeprosić, poprosić o wybaczenie, nawet jełśi nie byłem winny sytucji zdecydowanie... wracam ze spowiedzi uniesiony a za chwilę nie daję rady wytrwac.

Dzieci niestety są tego świadkami, Świadkami naszych ostrych kłótni. Płaczę po nocach myśląc o tym co zgotowaliśmy tym niewinnym... I kiedy Ona straszy "odejdę nie wytrzymam" (najczęściej gdy w kłótni argumentami i faktami wykazuję jak się myli), "zabiorę dziec a ty szykuj kae za dom" (dom o którymjuż kilka razy wspomniałą że wcale go nie chce - choć sama przy nim nie musi za wiele robic, ogarniam sam wszystko co trzeba) mam ochotę by odeszła i dała mi spokój... Szantażuje mnie z pełną świadomościa że "dzieci pójda ze mną, takie sądy sa że nie masz szans". Wiem że je kocha ale też potafi przeklinać, mówić o nich "bachor" "zeżarłeś wszytko" itp...

Wiem, szukać pomocy ale miotam sie pomiędzy walecznym sercem a totalnym zniechęceniem, szczególne gdy mói "ja nie wiem czego chcę, chce się realizować, odkryć" "nie wiem czy jestem stworzona do bycia matką i robienia w domu" "nie jestem matką polką" (nie sugeruje, tylko w rozmowach o tym że rodzice to wielkie powołanie), dzisiaj gdy mówię "ale przecież nie jestes już niedojrzałą dzeiwczyną, podjęliśmy sie buowy rodziny i jest ona, i o nia trzeba zawalczyć" mói mi take rzeczy że może byłą niedojrzała, że dzieli nas tyle lat, że mamy inny pogląd na świat.

Na dobre i na złe, w zdrowiu i chorobie - jestem. I... boję się że serce się zatrzyma, albo... już wiem dlaczego to śród mężczyzn jest najwięcej samobójstw. My kochamy w głąb, jakkochamy to w pełni a kobiety... Kobiety mam wrażeniei kochają tylko to jak się czują przy mężczyźnie oraz w gorszej odmianie, za to jak się mają, kochają szeroko, Choć może to niesprawiedliwe?

W tym wszystkim, idę z wiarą że może jest jakiś zamysł Pana Boga w tym (ale też mam takie myśli zę nie wtrącał się gdy zabiegałem o nią, a zabiegałem wbrew zdrowemu rozsądkowi wersus właśnie że może to mój krzyż który musze nieść) tylko jeśłi Jego zamysł to gdzie ttaj sa dzieci którym się obrywa od nas? Wiem że trud życia mobilizuje mnie do Boga, że może gdyby wszystko szło gładziutko, byłby Pan tylko od niedzieli... Nie wiem. Zatrzymuję się z myślą że Bóg widzi mnie i trzyma rękę na pullsie i zainterweniuje w którymś momencie. Tylko, co mam robić ja?

Panie, Ty się mną zajmij, dodaj mi łaski wytrwałości, mądrości, odrzucenia pychy, łaski łagodności. Otocz nas opieką swojej Matki...

 Re: 'Panie, Ty się mną zajmij' – wołanie z serca w kryzysie małżeńskim.
Autor: Akittm (---.9.108.9.ipv4.supernova.orange.pl)
Data:   2025-11-12 03:00

Oboje macie głębokie problemy ze sobą (każde z osobna w sobie).

"Byliśmy u terapeuty, wysłuchał i... tyle. W sumie chyba 3 razy w ciągu 2 lat."

To zacznijcie na poważnie leczenie tego małżeństwa. Jednorazowe spotkanie niczego nie zmieni. Zdecydujcie się na dłuższą terapię. I u terapeuty, który robi coś więcej niż tylko słuchanie.
Polecam również indywidualną (Tobie). Sprawiasz wrażenie jakbyś myślał, że większa część winy leży po stronie żony i jakbyś idealizował siebie samego, podczas gdy wydajecie się postępować podobnie (chociażby ton w jakim utrzymana jest wypowiedź na to wskazuje + to, co opisujesz). Może Ty, w Twoim mniemaniu, wykazujesz się większą "empatią" w stosunku do żony niż ona do Ciebie, ale to oznacza, że postępujesz zdrowiej. A żałowanie dzieci jako "niewinnych istotek" podczas, gdy nie robicie nic, żeby naprawić sytuację, jest śmiechu warte. Dodam jeszcze, że poświęcenie (i samoumartwienie) to nie to samo, co empatia. To, że płaczesz po nocach nad losem "biednych istotek" również nie ma większego znaczenia i nie jest to jeszcze empatia. Można się jeszcze postarać o psychologa terapeutę dziecięcego.

Znam również podobną sytuację: małżeństwo, które urządzało takie dramatyczne awantury jak wy, stało się zgodne, gdy tylko dzieci stały się dorosłe i się oddaliły. Nie było już po co robić dram i nie dało się już grać w przeciąganie liny za pomocą dzieci. Dalej zjednoczyli się, żeby próbować sprawować kontrolę nad dorosłymi dziećmi i budować zewnętrznie pozytywny obraz ich jako rodziców, troszczących się o niedobre dzieci. Także bardzo możliwe, że wasze małżeńskie problemy miną, gdy dzieci będą starsze. Dobrze by było, gdybyście zapewnili dzieciom odskocznię od domu: pomoc psychologiczną, zajęcia dodatkowe zgodne z zainteresowaniami dzieci, nieblokowanie im możliwości realizowania zainteresowań, zachęcanie ich do próbowania nowych rzeczy...
Fajnie by było zachęcić dzieci do aktywnego bycia w Kościele poprzez wspólnoty np. Oazę. I również: fajnie że szukasz "pomocy", ale na internetowe opinie radzę patrzeć z przymrużeniem oka i udać się do specjalistów w realu. Nie da się dobrze doradzić w tak ważnych sprawach, mając jedynie Twoją jednostronną wypowiedź.

Twoja wypowiedź jest bardzo niejasna. Przedstawiasz cierpiącą kobietę od lat. Dodajesz do tego, że się również nad nią znęcasz, usprawiedliwiając "to ona zaczęła i jest popsuta" i "faceci tak mają i jest to normalne". Dalej piszesz, że jesteś nieszczęśliwy, ale taki zmartwiony i zbolały, i bardzo wierzący. I w zawoalowany sposób straszysz samobójstwem - to miało nas przekonać do sympatyzowania z Tobą?
To ile piszesz o swojej przykrości jest bardzo zastanawiające, bo piszesz o kobiecie, która wydaje się bardzo cierpieć psychicznie (i to leczyć), ale mam wrażenie że to Ty i Twoje zmartwienie jest tutaj głównym bohaterem (nie napisałeś nic o sowim własnym leczeniu)... Jeszcze raz: szukajcie pomocy w realu. Nie da się tego dobrze ocenić. Wydźwięk tego posta jest manipulacyjny. Wygląda na to, że szukasz pocieszenia i wiedzę, że cierpisz. Jednak żadne pocieszenie uzyskane tutaj, nie naprawi sytuacji. To będzie chwilowe.

 Re: 'Panie, Ty się mną zajmij' – wołanie z serca w kryzysie małżeńskim.
Autor: 23 latek (---.centertel.pl)
Data:   2025-11-12 12:26

Nie mam doswiadczenia w takich sprawach (jestem młokosem) ale myślę ze pomogłaby terapia, ale regularna, nie raz na rok, najlepiej dla par chociaz indywidualna też moze by sie przydała. I modlitwa do św. Józefa, moze jakas nowenna, różaniec, koronka itd. Mam nadzieję ze pomoże, chociaż pewnie nie od razu. (To nie magia a Bóg czesto dziala przez proces i łaska buduje na naturze). Ale myślę że warto spróbować. Życzę pokoju.

 Re: 'Panie, Ty się mną zajmij' – wołanie z serca w kryzysie małżeńskim.
Autor: Estera (---.165.kosman.pl)
Data:   2025-11-13 01:28

Skojrzył mi się rewelacyjny monolog J. Jurandota w wykonaniu Hanki Bielickiej:
https://www.youtube.com/watch?v=BeckeFaMDz4
Twój post nie ma co prawda takiej siły rażenia jak nieodżałowana pani Hanka, ale sytuacja przedstawiona dokładnie taka sama: ona pierwsza! I Ty nie ustąpisz, będziesz krzyczeć, policzkować, grozić żonie zniszczeniem i udowadniać, że nie ma racji.
A wiesz, że do kłótni trzeba dwojga? Wiesz, że można reagować tak, żeby awantura się nie rozkręciła? Wiesz, że albo się ma rację, albo relację, więc dlaczego uparcie wybierasz rację (i nie mówię tu o byciu pod pantoflem żony, tylko o nauce rozwiązywania problemów).
Możesz sam iść na terapię, bez żony. Możesz iść na kurs ze zdrowego stawiania granic, z komunikacji bez przemocy. Jej na siłę ani nawet po dobroci nie zmienisz, siebie możesz.

"Na marginesie, u nas mężczyzn jest to łatwe (w niełatwych sytuacjach) do zakończenia, dają sobie faceci po kilka ciosów i sprawa wyjaśniona"

Serio? Co zostaje wyjaśnione, poza ustaleniem, kto jest silniejszy? Czy sprawa rzeczywiście zostaje rozwiązana?
Dojrzali faceci postępują w sposób dojrzały - sprawy się wyjaśnia, nie obija (czy opija).

"Dzieci niestety są tego świadkami, Świadkami naszych ostrych kłótni. Płaczę po nocach myśląc o tym co zgotowaliśmy tym niewinnym."

I co z tego płaczu wynika? Do żadnej zmiany póki od kilkunastu lat nie prowadzi.

"Byliśmy u terapeuty, wysłuchał i... tyle. W sumie chyba 3 razy w ciągu 2 lat."

Każde pierwsze spotkanie u terapeuty tak wygląda: przychodzi się i przedstawia problem, nad którym się chce pracować. W czasie godziny terapeuta nie ma szans Was poznać, poza tym on nie jest od doradzania, bo to przekroczenie kompetencji. Wy sami macie pracować, pod jego kierunkiem macie nauczyć się konstruktywnego radzenia sobie z problemami. Nic też nie stoi na przeszkodzie, żebyś Ty sam poszedł na terapię.

"już wiem dlaczego to śród mężczyzn jest najwięcej samobójstw."

Moja teoria jest taka, że kobiety są bardziej odpowiedzialne, szczególnie za rodzinę. Kobieta w kryzysie psychicznym raczej nie zostawi dzieci na pastwę losu, myśli o emocjach i dobrostanie tych, którzy zostaną.
Ale niezależnie od przyczyn, w kryzysie masz prawo zwrócić się po pomoc.

"Panie, Ty się mną zajmij, dodaj mi łaski wytrwałości, mądrości, odrzucenia pychy, łaski łagodności"
Świetnie, że się modlisz. Ale pamiętaj też, że łaska buduje na naturze. Wierzę, że ten post napisałeś, bo chcesz zmiany, zatem zrób plan i działaj. O modlitwę jak i o pomoc możesz prosić innych, tych, którzy się tym zajmują czy mają taki charyzmat.

 Re: 'Panie, Ty się mną zajmij' – wołanie z serca w kryzysie małżeńskim.
Autor: Kasia (---.dynamic.gprs.plus.pl)
Data:   2025-11-13 08:33

Mężu, bardzo jest Ci ciężko, na pewno. Żonie też - uwierz.
Jesteś na forum katolickim, więc odpowiem w tym duchu.
Bo ani psychiatrą ani psychologiem nie jestem.

Wydaje mi się, że Twoja żona wpadła przede wszystkim w nowoczesną papkę medialną i czuje ulgę w towarzystwie koleżanek. Chodzi o to, co pisałeś: zastrzega, że nie jest matką Polką, sam fakt że wychodzi na dyskoteki z rozwiedzionymi koleżankami (narażając się na pokusy ) itp.
U niej nie ma Boga, a przynajmniej nie ma Go na pierwszym miejscu. To jest Wasz problem.
Jeśli wiedziałaby na czym Spowiedź polega, nie pytałaby "po co idziesz do spowiedzi skoro później...". Człowiek upada i na spowiedzi próbuje się podnieść, może zostać uleczony, albo nie. Ale idzie tam ponownie.
Piszesz, że umiesz przepraszać na spowiedzi. No tylko, że na spowiedzi to mamy mieć żal (doskonały/niedoskonały) i próbować dostrzec też swoje błędy, stawiać Boga na pierwszym miejscu i widzieć, że Jemu to się nie podoba - te kłótnie i rozdział między Wami.
Czy żałujesz? Czy jednak te kłótnie nie są dla Ciebie pożywką żeby mieć coś w zanadrzu żeby kiedyś się odegrać? Tak, piszę serio, żebyś Ty sobie to przemyślał. Bo to jest właśnie ten problem, że niby chcemy dobrze, niby przepraszamy, ale w środku nadal ból i NIEprzebaczenie, co po ludzku prowadzi do chęci rewanżu.

Dochodzi też na pewno to, jak już wcześniej zostało zauważone przez Akittm, że i ona ma swoje nieleczone problemy z przeszłości, ale może i Ty?
Czy zastanawiałeś się kiedyś nad sobą?
Proś Ducha Świętego żeby pokazał Ci wszystko. Tylko pamiętaj, że Duch Święty wcale nie przychodzi jedynie z dobrym nastrojem.
Może powywracać jeszcze bardziej, my mamy poznać o sobie jak najwięcej żeby się wyczyścić przed spotkaniem ostatecznym z Panem.

Zacznij może pogłębiać życie duchowe? Jak w ogóle u Ciebie z tym? Bo tak delikatnie można się zasugerować, że nie jest wcale mocne przywiązanie do Boga... Dlatego, że wspominasz o tym, że nie wytrzymasz albo że mogłyby pojawić się myśli samo..jcze. Jasne, człowiek MA prawo upadać i wyć z bólu. Ja to rozumiem akurat bardzo dobrze. Tylko... Człowiek kochający Boga i rozumiejący jak potwornym grzechem i jak potwornym bólem dla Boga byłoby jego samo..jstwó - robi wszystko żeby uszanować życie i wolę Boga, który dał życie.

Mam też sytuację w domu ciężką, nie małżeńską, ale z rodzeństwem. Tam jest mocna depresja, była długo agresja.
Z doświadczenia wiem, że odpowiadanie tym samym (agresją), jest najgorsze, Jezus uczy nas pokory. Także próba pokazania zainteresowania, miłości i pokój - dużo daje. Najpierw będzie to wyśmiewane, może olewane, ale później zostaje zauważone i często po cichu docenione.

Czy byłeś u spowiedzi z całego życia? Może warto? Poczytaj o tym, bardzo polecam.
Może jest to Twój krzyż?
U Was niestety diabeł miesza też, on dzieli, on tam panuje trochę w tym momencie...
Wpuszczaj Boga, codziennie wpuszczaj św. Michała Archanioła, zapraszaj Maryję do domu, w ogóle może Ją proś o pomoc też? Zacznij pościć, uczęszczać jak najczęściej na Mszę Świętą, zainteresuj się tym, że na Mszy możesz wzbudzać za każdym razem swoją intencję, przyjmuj Komunię Świętą w intencji żony, zamów Mszę Świętą za Wasze małżeństwo itp. w skrócie - "atakuj" na różne sposoby modlitwą, postem, Eucharystią.

Zadbaj o wiarę dzieci aby one nie odeszły widząc Was.
nie wiem ile mają lat, jak to wygląda u nich? ale próbuj żeby one nie zostały bez wiary, pogadaj z mądrym księdzem jak to zrobić, może czytajcie razem Słowo Boże, włączaj Różaniec na głos, niech leci,Ty się módl - a inni będą słyszeć. Tylko oczywiście nie na złość im że na cały regulator :)
Pamiętaj, że nawraca się najlepiej poprzez też przykład, ale żywy i szczery, a nie czystą praktykę. Ja tak zostałam "nawrócona" ;)
Bo widziałam pokorę i szczerość kogoś w kościele, do którego przyszłam kilka razy trochę przypadkiem.
Oczywiście to był jeden z elementów, ale bez tego nie przyszłabym do kościoła.

 Odpowiedz na tę wiadomość
 Twoje imię:
 Adres e-mail:
 Temat:
 Przepisz kod z obrazka: