Autor: Marek (---.dynamic.play.pl)
Data: 2026-05-22 09:09
Nie każdemu odpowiada hałaśliwa modlitwa (np. charakterystyczna dla niektórych grup odnowowych) i... nie musi.
Absolutnie nie należy mieć z tego powodu wyrzutów sumienia.
Natomiast warto... spróbować. Czasem wyjście ze strefy komfortu i zrobienie czegoś nowego może okazać się odkryciem. Ale nie musi - może być tak, ze Ci się nie spodoba i nic w tym złego.
Z mojego doświadczenia wiem, ze niektóre bardzo dynamiczne grupy miewają skłonności do nacisków na taki czy inny sposób modlitwy.
------------------
Studium przypadku
------------------
Moja była wspólnota była bardzo skupiona na intensywnym okazywaniu na zewnątrz radości. Jednym z jej objawów miało być unoszenie rąk podczas modlitwy. Był jednak pomiędzy nami mężczyzna, któremu ta forma nie odpowiadała – czuł się sztucznie, podnosząc ręce.
Jego postawa stała się przedmiotem ogólnej dyskusji, w której przeważały opinie, iż „musi się przełamać”. Dla wywarcia nacisku posuwano się nawet do wątpliwych egzegez biblijnych (jako „argument” przywoływano werset 1 Tm 2,8 „Chcę więc, by mężczyźni modlili się na każdym miejscu, podnosząc ręce czyste, bez gniewu i sporu”).
------------------
O unifikacji pisali Pascal Zivi i Jacques Poujol w książce „Nadużycia duchowe”:
„Panowanie nad emocjami i odczuciami wiernych oraz kontrolowanie ich: od członka grupy wymaga się, by myślał tak, jak grupa i odczuwał tak, jak się tego od niego żąda. Na przykład jeśli wszystkie pieśni spotkania lub nabożeństwa mówią o radości, to nie ma miejsca na jakiekolwiek inne odczucia, istnieje niemal obowiązek »radowania się«, jest to bowiem czas przewidziany na radość”
Oczywiście, nie oskarżam Twojej grupy o podobne nadużycia - pokazuję raczej przypadki skrajne. Jednak nawet "zdrowa" grupa może czasem na osoby wrażliwsze nieświadomie i nieintencjonalnie wywierać nacisk samą powszechnością pewnych zachowań.
Druga sprawa to "ulubieni" duchowni. Tu są dwa aspekty (przepraszam, że w punktach, wyłazi ze mnie technokratyczna natura :) ):
1) Jest oczywiste, że pewni duchowni bardziej do nas przemawiają, a inni mniej.
Tak jak w życiu świeckim - jeden mówca jest dla nas bardziej przekonujący, niż inny. Nadto sa różne duchowości - i dotyczy to nie tylko pojedynczych kaznodziejów, ale całych systemów - do jednego bardziej trafia formacja ignacjańska, do innego dominikańska, do trzeciego franciszkańska itd.
Nie ma w tym nic złego.
2) Drugi aspekt jest "negatywny" - bywa, że słuchamy tylko tych, którzy mówią to, co... chcemy usłyszeć. Czasem warto posłuchać nielubianych, bo być może lepiej trafiaja w rzeczy, które powinno się nam wytknąć :)
Podsumowując: przyłączam się do przedmówcy: bez nerwów.
Nie robisz nic złego, jesteś po prostu sobą.
|
|