Autor: Adela (---.24.119.189.ipv4.supernova.orange.pl)
Data: 2025-11-12 12:06
Witajcie, muszę to z siebie wyrzucić, bo powoli czuję że to zabija moją duszę. Otóż pół roku temu zaangażowałam się w pomoc starszemu schorowanemu człowiekowi, który żył z powodu złego stanu psychicznego i nawracających depresji w skrajnej izolacji od ludzi, bardzo zaniedbany pod każdym względem, od wyglądu po zdrowie, skończywszy na rzeczach pierwszej potrzeby jak brak ubrań, czy higieny osobistej. Żył w letargu, dzień spędzał na zażywaniu ciężkich psychotropów zaordynowanych przez psychiatrę i gapieniu się na ścianę, bo neuroleptyki spowodowały u niego ciężką apatię i otępienie umysłu tak silne, że wyprawa do sklepu po odzież, czy zakup lampy by nie siedzieć w ciemnym mieszkaniu lub telewizora, przekraczały jego możliwości, on się po prostu poddał. Zaznaczam, że finansowo wiedzie mu się bardzo dobrze, bo ma bardzo wysoką emeryturę i oszczędności, ma też kuratora przyznanego przez sąd po wielokrotnych pobytach w szpitalach psychiatrycznych, który jednak oprócz zlecenia stałych przelewów za rachunki oraz zlecenia odwiedzin pielęgniarek środowiskowych dostarczających mu codziennie psychotropy, nie interesuje się nim wcale.
Ten człowiek nie jest moją rodziną, ale znam go od dawna, bo jest bratem męża mojej ciotki. Znam go z czasów zanim posypał się psychicznie i duchowo, kiedy był zdolny do pracy, miał pasje i kochał sport, kiedy był ciepłym człowiekiem, duszą towarzystwa, któremu nigdy buzia się nie zamykała bo był bardzo towarzyski. Miał też rodzinę, ale po rozwodzie stopniowo wszystko zaczęło się walić w jego życiu, powodując tak ciężkie traumy, że się zdenerwował na leczenie psychiatryczne. Jest wierzący ale niepraktykujący. Pięć miesięcy temu jego zdrowie dramatycznie się pogorszyło, dlatego towarzyszyłam mu w wyprawach do lekarzy, bo sam nie podejmował inicjatywy by sobie pomóc, niestety neuroleptyki spowodowały u niego ciężkie delirium i zapaść, która spowodowała paraliż całego ciała wraz w wyłączeniem funkcji przełykania i mowy. Spędzil pięć miesięcy w czterech różnych klinikach, gdzie raz dochodził do siebia a potem się pogarszało na tyle że wracał na intensywną terapię, niestety mimo syndromu neuroleptycznego, lekarze nigdy nie zdecydowali się na odstawienie powyższych, tylko zmieniali na kolejne i wdrażali silne środki przeciwbólowe, opiaty, morfinę, antybiotyki i masę innych substancji chemicznych. W tym czasie na moją prośbę, dwukrotnie odwiedził go ksiądz z ostatnim namaszczeniem i mimo nikłych szans na przeżycie jakie dawali lekarze on nadal żyje. Wydobrzał w szpitalu na tyle, że przetransportowano go na stacjonarną rehabilitację by przywrócić mobilność ruchową (nadal jest przykuty do łóżka). Cały ten czas na tyle na ile mogłam towarzyszyłam mu, odwiedzałam, prałam odzież, gotowałam by go odżywić po ciężkiej anemii i niedożywieniu, polepszyło się na tyle że znowu był rozmowny, cieszył się na spotkania ze mną i nabierał ochoty na życie, gdy znowu wszystko runęło, po tym jak ordynator w klinice rehabilitacyjnej przepisał mu silne leki zwiotczające mięśnie, podwoił dawkę neuroleptyku i morfiny rzekomo na ból z powodu odleżyn, a ponieważ jedne leki powodowały pobudzenie to na noc dodatkowo dostał środki nasenne. Na ostatnich odwiedzinach zastałam go w stanie zawieszenia umysłowego, jak po ciężkich narkotykach, tylko patrzył otępiale i niewiele mówił, a jeśli to jak automat, poruszał rękami jak robot, ten widok mnie tak zdruzgotał że wezwałam ordynatora do pokioju by wyjaśnić co tam zaszło, ale ten tylko arogancko stwierdził że nie musi ze mną rozmawiać i że pacjentowi się poprawiło i że nie ma zamiaru zejsc z wysokich dawek leków. Poczułam w sobie tak wielką złość i nienawiść do niego i do całego systemu opieki zdrowotnej, lekarzy i pielęgniarek, które tylko biernie przyglądają się jak pacjent jest powoli uśmiercany, że do dziś nie mogę się z tego otrząsnąć, ta złość i bezradność powoduje u mnie aż wewnętrzne dreszcze i rozlewa się na moje otoczenie bo nie mam już cierpliwości dla ludzi a nawet dla niego, bo czuję złość że on jest tak apatyczny, tak poddańczy że przez te lata ani razu nie podjął woli walki o siebie by wyjść z tego marazmu i psychotropów. On teraz przez te leki stracił apetyt, je tylko kilka łyżek jogurtu ze stertą pigułek by je przełknąć i rak trzy razy dziennie. Całe moje starania o niego, by go z tego wyciągnąć spełzły na niczym, bo środowisko lekarskie zna tylko swoje protokoły leczenia, od których nie odstąpi nawet jeśli poprowadzą do śmierci. Jest mi z tym bardzo ciężko, nawet już biję się z myślami czy go tam w ogóle odwiedzać, mimo że wiem że on zawsze czeka, bo jego widok mnie tak boli i zabija wewnętrznie, że zamiast go pocieszać to czuję złość już nawet do jego osoby.
Byłam u spowiedzi, ale ksiądz mi nie pomógł, stwierdził tylko że tak już jest. Przez to wszystko sama stałam się nerwowa, spięta i tak się zastanawiam po co Pan Bóg mi go postawił na drodze życia, myślałam że mam powołanie aby mu pomóc ale teraz już sama nie wiem…
|
|