logo
Sobota, 24 stycznia 2026
Szukaj w
 
Posłuchaj Radyjka
kanał czerwony
kanał zielony
 
 
 Wypalenie w pomaganiu – proszę o radę.
Autor: Adela (---.24.119.189.ipv4.supernova.orange.pl)
Data:   2025-11-12 12:06

Witajcie, muszę to z siebie wyrzucić, bo powoli czuję że to zabija moją duszę. Otóż pół roku temu zaangażowałam się w pomoc starszemu schorowanemu człowiekowi, który żył z powodu złego stanu psychicznego i nawracających depresji w skrajnej izolacji od ludzi, bardzo zaniedbany pod każdym względem, od wyglądu po zdrowie, skończywszy na rzeczach pierwszej potrzeby jak brak ubrań, czy higieny osobistej. Żył w letargu, dzień spędzał na zażywaniu ciężkich psychotropów zaordynowanych przez psychiatrę i gapieniu się na ścianę, bo neuroleptyki spowodowały u niego ciężką apatię i otępienie umysłu tak silne, że wyprawa do sklepu po odzież, czy zakup lampy by nie siedzieć w ciemnym mieszkaniu lub telewizora, przekraczały jego możliwości, on się po prostu poddał. Zaznaczam, że finansowo wiedzie mu się bardzo dobrze, bo ma bardzo wysoką emeryturę i oszczędności, ma też kuratora przyznanego przez sąd po wielokrotnych pobytach w szpitalach psychiatrycznych, który jednak oprócz zlecenia stałych przelewów za rachunki oraz zlecenia odwiedzin pielęgniarek środowiskowych dostarczających mu codziennie psychotropy, nie interesuje się nim wcale.
Ten człowiek nie jest moją rodziną, ale znam go od dawna, bo jest bratem męża mojej ciotki. Znam go z czasów zanim posypał się psychicznie i duchowo, kiedy był zdolny do pracy, miał pasje i kochał sport, kiedy był ciepłym człowiekiem, duszą towarzystwa, któremu nigdy buzia się nie zamykała bo był bardzo towarzyski. Miał też rodzinę, ale po rozwodzie stopniowo wszystko zaczęło się walić w jego życiu, powodując tak ciężkie traumy, że się zdenerwował na leczenie psychiatryczne. Jest wierzący ale niepraktykujący. Pięć miesięcy temu jego zdrowie dramatycznie się pogorszyło, dlatego towarzyszyłam mu w wyprawach do lekarzy, bo sam nie podejmował inicjatywy by sobie pomóc, niestety neuroleptyki spowodowały u niego ciężkie delirium i zapaść, która spowodowała paraliż całego ciała wraz w wyłączeniem funkcji przełykania i mowy. Spędzil pięć miesięcy w czterech różnych klinikach, gdzie raz dochodził do siebia a potem się pogarszało na tyle że wracał na intensywną terapię, niestety mimo syndromu neuroleptycznego, lekarze nigdy nie zdecydowali się na odstawienie powyższych, tylko zmieniali na kolejne i wdrażali silne środki przeciwbólowe, opiaty, morfinę, antybiotyki i masę innych substancji chemicznych. W tym czasie na moją prośbę, dwukrotnie odwiedził go ksiądz z ostatnim namaszczeniem i mimo nikłych szans na przeżycie jakie dawali lekarze on nadal żyje. Wydobrzał w szpitalu na tyle, że przetransportowano go na stacjonarną rehabilitację by przywrócić mobilność ruchową (nadal jest przykuty do łóżka). Cały ten czas na tyle na ile mogłam towarzyszyłam mu, odwiedzałam, prałam odzież, gotowałam by go odżywić po ciężkiej anemii i niedożywieniu, polepszyło się na tyle że znowu był rozmowny, cieszył się na spotkania ze mną i nabierał ochoty na życie, gdy znowu wszystko runęło, po tym jak ordynator w klinice rehabilitacyjnej przepisał mu silne leki zwiotczające mięśnie, podwoił dawkę neuroleptyku i morfiny rzekomo na ból z powodu odleżyn, a ponieważ jedne leki powodowały pobudzenie to na noc dodatkowo dostał środki nasenne. Na ostatnich odwiedzinach zastałam go w stanie zawieszenia umysłowego, jak po ciężkich narkotykach, tylko patrzył otępiale i niewiele mówił, a jeśli to jak automat, poruszał rękami jak robot, ten widok mnie tak zdruzgotał że wezwałam ordynatora do pokioju by wyjaśnić co tam zaszło, ale ten tylko arogancko stwierdził że nie musi ze mną rozmawiać i że pacjentowi się poprawiło i że nie ma zamiaru zejsc z wysokich dawek leków. Poczułam w sobie tak wielką złość i nienawiść do niego i do całego systemu opieki zdrowotnej, lekarzy i pielęgniarek, które tylko biernie przyglądają się jak pacjent jest powoli uśmiercany, że do dziś nie mogę się z tego otrząsnąć, ta złość i bezradność powoduje u mnie aż wewnętrzne dreszcze i rozlewa się na moje otoczenie bo nie mam już cierpliwości dla ludzi a nawet dla niego, bo czuję złość że on jest tak apatyczny, tak poddańczy że przez te lata ani razu nie podjął woli walki o siebie by wyjść z tego marazmu i psychotropów. On teraz przez te leki stracił apetyt, je tylko kilka łyżek jogurtu ze stertą pigułek by je przełknąć i rak trzy razy dziennie. Całe moje starania o niego, by go z tego wyciągnąć spełzły na niczym, bo środowisko lekarskie zna tylko swoje protokoły leczenia, od których nie odstąpi nawet jeśli poprowadzą do śmierci. Jest mi z tym bardzo ciężko, nawet już biję się z myślami czy go tam w ogóle odwiedzać, mimo że wiem że on zawsze czeka, bo jego widok mnie tak boli i zabija wewnętrznie, że zamiast go pocieszać to czuję złość już nawet do jego osoby.
Byłam u spowiedzi, ale ksiądz mi nie pomógł, stwierdził tylko że tak już jest. Przez to wszystko sama stałam się nerwowa, spięta i tak się zastanawiam po co Pan Bóg mi go postawił na drodze życia, myślałam że mam powołanie aby mu pomóc ale teraz już sama nie wiem…

 Re: Wypalenie w pomaganiu – proszę o radę.
Autor: Katolik (---.centertel.pl)
Data:   2025-11-25 22:14

Moze dobrze by bylo poszukać jakiegoś dobrego, porządnego psychiatry i zapytać go co robić - przedstawić mu sytuację jesli jesteś na siłach. Szkoda mi tego czlowieka.

 Re: Wypalenie w pomaganiu – proszę o radę.
Autor: Estera (---.165.kosman.pl)
Data:   2025-11-25 22:34

Rozważyłabym pobyt w szpitalu psychiatrycznym. Tam na bieżąco można by sprawdzać działanie leków.
Nie piszesz, czy odwiedza go opiekun społeczny, pielęgniarka środowiskowa. Jeśli nie, trzeba o to zadbać.
Czy pan myślał o domu opieki albo wykwalifikowanej opiekunce na stałe? Jeśli, jak piszesz, ma pieniądze, to nie powinien to być problem, a ulży Wam obojgu.
A Ty zadbaj o siebie, odpocznij. Nikomu nie pomożesz ledwie żywa. Opieka nad chorą osobą to duże obiążenie fizyczne i psychiczne, warto zadbać o każde możliwe wsparcie.

 Re: Wypalenie w pomaganiu – proszę o radę.
Autor: Adela (---.176.7.pool.telefonica.de)
Data:   2025-11-26 00:08

Dziękuję Wam za odpowiedzi. Pobyt w szpitalu psychiatrycznym odpada całkowicie. To po nim on jest w tak ciężkim obecnie stanie psycho-fizycznym. Cudem udało mi się go stamtąd wyciągnąć i tylko dzięki pomocy mojej koleżanki, która jest pielęgniarką, po tym jak w stanie ciężkiego delirium po neuroleptykach zapadł na złośliwy syndrom neuroleptyczny zagrażający jego życiu, a ani lekarz prowadzący, ani ordynator psychiatryka po moich interwencjach, nie widzieli za słuszne wezwać karetki. Po latach brania psychotropów rozwinęła się u niego również cukrzyca i byłam świadkiem że jak podczas badania cukru w zakładzie wynik przekraczał 320, to zamiast insuliny podawano mu tylko paracetamol dożylnie i końskie dawki neuroleptyków. Po interwencji koleżanki (ponieważ przestał mówić i przełykać a miał już toczące się zapalenie płuc z aspiracjami flegmy), trafił do szpitala z podejrzeniem ciężkiego wylewu, ponieważ miał wszystkie objawy, jednak po dokładnej diagnostyce okazało się że winne były wysokie dawki leków. Po tym incydencie nie zaufam już żadnemu psychiatrze, to co tam widziałam przypominało raczej praktyki doktora Mengele, niż pomoc ludziom z zaburzeniami psychicznymi. Po trzech miesiącach spędzonych na oddziale neurologicznym objawy zaczęły stopniowo ustępować, niestety teraz właśnie na rehabilitacji jakiś ordynator ponownie postanowił pogrzebać mu w głowie farmakologicznie i efekt jest taki jak pisałam wyżej. Będę się starała dotrzeć do pomocy socjalnej w klinice i porozmawiać o możliwościach mieszkaniowych dla niego, tak by miał stałą opiekę.
Moim największym problemem teraz jest jednak wściekłość i wielka złość do wszystkich, którzy spowodowali i nadal powodują u niego inwalidztwo, oni go dosłownie okaleczyli. Jeszcze 6 miesięcy temu był na chodzie a teraz jest przykuty do łóżka, czasem nawet rękami nie może ruszać by sobie poradzić z jedzeniem i piciem, szanse by wrócił do sprawności ruchowej są nikłe. Czuję wewnętrznie potworne poczucie niesprawiedliwości, walczę z wiatrakami a personel medyczny wydaje się być całkowicie pozbawiony empatii, lekarze wręcz odczłowieczeni. Nie wiem już jak mam z nimi rozmawiać, bo po ostatniej rozmowie niemal eksplodowałam ze złości po tym, jak ordynator z poczuciem wyższości próbował mnie zbyć, mimo że przez ostatnie miesiące byłam świadkiem rażących błędów lekarskich i kompletnego braku poczucia winy z ich strony. Jak towarzyszyć dalej takiemu człowiekowi widząc jak nadal go trują farmakologią i nie zwariować, bo ten widok mnie bardzo boli. Tragedią jest, gdy ktoś nie ma żadnej mocy nad swoją psychiką i oddaje się pod władanie bezdusznego systemu opieki zdrowotnej, która traktuje go jak własność, a ja mogę to tylko obserwować a nie mam żadnej mocy prawnej by coś zmienić
PS: jego kurator-opiekun prawny to adwokat, który w ten sam sposób prowadzi sprawy kilkudziesięciu innych klientów, efektem czego nie angażuje się w żadną pomoc oprócz zlecania przelewów za bieżące rachunki. Za to jednak potrąca sobie kwartalnie spore honorarium z kont podopiecznych. Próbowałam ten temat ruszyć i złożyć skargę w sądzie, ale to trudny manewr bo można wpaść z deszczu pod rynnę jak obecnego kuratora zastąpią innym prawnikiem - niestety braki w personelu.

 Re: Wypalenie w pomaganiu – proszę o radę.
Autor: HalinaMR (---.neoplus.adsl.tpnet.pl)
Data:   2025-12-08 20:28

Pani Adelo, pomaganie ma sens dopóty, dopóki nie niszczy osoby pomagającej. Jak Pani napisała adwokat nie ma z tym problemu, kasuje honorarium za czynności i niczym się nie przejmuje.Dobrze, że Pani nie złożyła skargi.
Nie ma Pani obowiązku prawnego wobec chorego znajomego tylko emocjonalny. Te emocje Panią niszczą.
System opieki zdrowotnej w tym kraju jest chory, cały, nie tylko psychiatryczny. Korzystam z pomocy kardiologa, ortopedy, endokrynologa i wielu innych.
NFZ zarządza chorobami a nie leczy . Lekarz specjalista musi się dostosować do procedur bo inaczej nie otrzyma zapłaty za świadczenie a w konsekwencji straci pracę.
Pisze Pani, że chory ma pieniądze. To może by coś polepszyło zatrudnienie na stałe prywatnie dobrego psychiatry, pielęgniarki oraz opiekunek- conajmniej 2? Pani byłaby tylko osobą do rozmowy, towarzyszenia w chorobie.

Proszę Sobie zadać pytanie: jak długo Pani wytrzyma te emocje, kto Pani pomoże, gdy Pani będzie potrzebować pomocy?

Ja do niczego Pani nie namawiam. To Pani decyzja i Pani życie.

 Re: Wypalenie w pomaganiu – proszę o radę.
Autor: Jacek (---.dynamic.play.pl)
Data:   2025-12-09 09:22

Zadbaj o siebie.

 Odpowiedz na tę wiadomość
 Twoje imię:
 Adres e-mail:
 Temat:
 Przepisz kod z obrazka: