logo
Niedziela, 14 sierpnia 2022 r.
imieniny:

Alfreda, Maksymiliana, Selmy, Eberharda – wyślij kartkę

Szukaj w
 
Posłuchaj Radyjka
kanał czerwony
kanał zielony
 
 

Katoflix

Facebook
 
Drukuj
A
A
A
 
Robert Krawiec OFMCap
Gdzie szukać prawdziwej radości?
Głos Ojca Pio
 


Istnieje pokusa, żeby tym, którzy się śmieją, zarzucić, że są mało realistyczni, że się wygłupiają, że wprowadzają dziecinadę. Wygląda na to, że ludzie boją się radości, ponieważ wtedy są bardzo prawdziwi. W tym leży problem.
 
Z ks. Aleksandrem Radeckim rozmawia Robert Krawiec OFMCap.
 
Słyszałem, że Ksiądz potrafi się z siebie śmiać…
 
Ksiądz Aleksander Radecki: Dziękuję Panu Bogu za ten dar, ponieważ okazuje się, że jest on niezwykle pomocny w różnych sytuacjach życiowych. Ktoś skojarzył, że być może ma to związek z moim nazwiskiem, które zaczyna się na RAD. Ja natomiast źródeł tej radości upatruję w przykładzie bardzo pogodnych rodziców (zwłaszcza ojca). Ale też w błogosławieństwie, które w dniu moich prymicji wypowiedział śp. proboszcz Jan Post z Raciborza. Ten kapłan bardzo lubił psalm, w którym brzmią słowa: „Przystąpię do ołtarza Bożego, do Boga radości i wesela mego”. I takie też było jego życzenie na moją drogę życia kapłańskiego.
 
Czy to znaczy, że Ksiądz radość częściowo nosił w sobie, a częściowo trzeba było nad nią pracować?

Gdy człowiek dostaje jakikolwiek talent, musi nad nim pracować, bo inaczej może go zmarnować. Naturalne zdolności czy umiejętności to jedno, a co człowiek z nimi zrobi – to druga rzecz. Był taki sławny pianista – Witold Małcużyński, który mówił, że jego sukces to pięć procent szczęścia, pięć procent talentu i dziewięćdziesiąt procent pracy. Prawdopodobnie gdyby ludzie uwierzyli w możliwość pomnażania otrzymanych darów, więcej radości byłoby dookoła.
 
Czy radość przychodzi sama z siebie, czy trzeba o nią prosić Pana Boga?
 
Pana Boga trzeba prosić o wszystkie dary, zwłaszcza gdy chce się służyć innym. Na pewno wszyscy cieszymy się, widząc pogodnego, radosnego, wesołego księdza, ponieważ uwiarygodnia to jego posługę. To jedno.
 
Ponadto uważam, że radość bierze się także ze sposobu patrzenia na świat, w którym rozsypane są iskierki radości, powody do uśmiechu, do wychwycenia komizmu sytuacji, trzeba tylko umieć je zauważyć. Tu odwołam się do doświadczenia ze szkoły podstawowej. Otóż w szóstej klasie pani zadała nam jako zadanie domowe opisanie drogi do szkoły. Janka, Bernard i ja mieszkaliśmy na jednej ulicy. Tak się złożyło, że do odczytania wypracowań wezwano nas troje. Bernard (piegowaty, łobuz, z procą w zanadrzu) wyjął z kieszeni zeszyt i przeczytał: – Na mojej drodze do szkoły nie ma nic ciekawego. Oczywiście przepadł razem z tą procą i zeszytem. (śmiech) Natomiast koleżanka opisała tę drogę tak, że można by film nakręcić. Bohaterem tego filmu między innymi był Bernard, którego widziała przez okno, jak on się do tej szkoły wybiera, jak dostaje lanie od ojca po to, żeby prosto ze szkoły wrócił do domu.
 
Okazuje się, że może być ten sam poziom, ta sama szkoła, ta sama ulica, a jednak zupełnie inne widzenie rzeczywistości. I nie jest to tylko kwestia optymizmu czy pesymizmu. Istnieje bowiem taka pokusa, żeby tym, którzy się śmieją, zarzucić, że są mało realistyczni, że się wygłupiają, że wprowadzają dziecinadę. Wygląda na to, że ludzie boją się radości, ponieważ wtedy są bardzo prawdziwi. W tym leży problem.
 
Czy tego typu humor towarzyszy również posłudze kapłańskiej?
 
Duszpasterstwo to niewyczerpana kopalnia różnych śmiesznych sytuacji, których się nie reżyseruje. Ich autorem pewnie jest uśmiechnięty Pan Bóg, który sprawia, że nawet w bardzo napiętej sytuacji pojawia się taki wentyl bezpieczeństwa.
 
W książce „Radość w codzienności” opisywałem chociażby śluby, które wspomina się jeszcze po latach ze względu na komizm sytuacji, bo obrączka panny młodej potoczyła się za kratę maskującą ogrzewanie i kościelny nie mógł jej znaleźć, albo ktoś się przejęzyczył.
 
Można by też wydać osobny tom sytuacji kaznodziejskich, w których rozmowy z dziećmi doprowadzają ludzi do parkosyzmów śmiechu. Gdybyśmy przycisnęli do muru duszpasterzy, to na pewno każdy z nich takie sytuacje miał. Tylko że jednych one będą denerwowały, potraktują je jako klęskę i czym prędzej o nich zapomną, a drudzy na ich podstawie zrobią opowiadanko do następnego kazania. Przykładem jest znany we Wrocławiu ks. Stanisław Orzechowski, który podczas Mszy dla przedszkolaków zapytał: – Po co ksiądz zbiera pieniądze w kościele? Póki babcie i dziadkowie podpowiadali swoim milusińskim, odpowiedzi były w miarę dobre, ale gdy duszpasterz dalej naciskał, dzieci zaczęły zmyślać: organista „ciągnie”, kwiatki musisz kupić, świeczki są drogie. Wreszcie jakiś łepek dorwał się do mikrofonu i powiedział: – Ja wiem, kalesony sobie musisz kupić. Orzech, który, no, ma słuszne rozmiary, duża rzecz, odparł na to: – A żebyś wiedział, jak dla mnie trudno je dostać. „Wierzę w jednego Boga…” (śmiech)
 
A więc proszę, nie tylko się nie zawstydził, ale jeszcze pokazał, że jest i taka ludzka potrzeba. Właśnie tutaj leży sedno: jeśli nie obnosimy się z tą naszą przewielebnością, stajemy się, po ludzku mówiąc, atrakcyjni. Ludzie chętnie do nas przyjdą, bo wiedzą, że w tym radosnym przepowiadaniu Ewangelii jest miejsce i na radykalizm, i na powagę, ale też i na taki zdrowy, serdeczny uśmiech. A o to najwyraźniej jest coraz trudniej.
 
Jak to się stało, że u nas chrześcijaństwo jest bardzo poważne?

Trudno mi odpowiedzieć na to pytanie, tym bardziej, że ja nie mam takiego odczucia. Być może kojarzymy, że pobożność i powaga to jedno. Być może wynika to z takiego poczucia niegodności i grzeszności: jak się tu śmiać, gdy „moja wina, moja wina, moja bardzo wielka wina”. Zapewne chodzi też o to, o czym powiedziałem wcześniej, że człowiek, który się śmieje, jest prawdziwy, co rodzi obawę o to, czy ujawniając prawdę o sobie, nie stanie się aby śmieszny. Niekiedy człowiek woli się nie śmiać, bo może się okazać, że zrobi to w złym momencie.
 
Poza tym podejrzewam, że mimo wszystko część ludzi poczucie humoru – to, co mi się udało podczas wielokrotnych bytności w szpitalu przed chirurgami uchronić – ma operacyjnie wycięte. Jako przykład przytoczę taką oto historię: w Płocku odbywało się sympozjum, na które zostałem zaproszony do wygłoszenia wykładu na temat „Ksiądz dzisiaj – autoryzowany diler Ewangelii czy radosny świadek Dobrej Nowiny”. W sali wykładowej zebrało się ok. 400 młodych ludzi (i świeckich, i duchownych), w pierwszym rzędzie zaś zasiadł biskup. Powaga, założone ręce, marsowa mina. A ja jestem krótkowidzem, więc widziałem tylko jego. I kiedy już rozbawiłem całą salę do tego stopnia, że część audytorium siedziała obok krzesełek, żeby bardziej się nie potłuc, zobaczyłem, że on ani drgnął. Żeby i jego rozbawić powiedziałem: – Księże biskupie, bardzo przepraszam, że tak rozśmieszyłem towarzystwo, ale jestem krótkowidzem i kiedy ono się śmieje, wówczas otrzymuję informację zwrotną, że słuchacze jeszcze nie wyszli z wykładu. (śmiech) Ale nawet to nie pomogło, biskup nadal siedział poważny.
 
Być może niektórzy nie mają poczucia humoru i trzeba się z tym pogodzić w myśl zasad chrześcijańskiej tolerancji.
 
1 2 3  następna
Zobacz także
o. Krzysztof Górski OCD

Rozmowa z o. Marianem Zawadą OCD

Przejrzystość to prostota: prostota dróg, myśli, obecności. Nieczystość uwielbia dwuznaczność, nadmiar sensów i znaczeń, pokrętność i uwodzenie. Rozwój konsumpcjonizmu czy przemysłu reklamowego upewnia nas, że człowiek uwielbia, gdy ktoś o niego zabiega, że lubi być zwodzony i uwodzony. Kocha to jak grę, w której czuje się bohaterem.

 
Paweł Milcarek

Gdy kładę modlitwę świadomie na swe usta, wiem, że wchodzę w dzieło większe od swego serca, więc mogę oraz powinienem – jak polecał św. Benedykt w Regule – „serce uzgadniać z ustami”, nie odwrotnie. Chcę zrozumieć słowa, które wypowiadam lub słyszę, to znaczy chcę, by zstępowały do mego wnętrza i je porządkowały, uzdrawiały, ratowały. Zrozumienie modlitwy to właśnie wprowadzenie jej aż do serca, czyli do miejsca, gdzie rodzą się myśli i decyzje.

 
ks. Edward Staniek
Gleba ludzkiego serca ma zapewnić to, co jest potrzebne do owocowania Bożego słowa. Dopiero ta wzajemna współpraca Bożej siły życia z glebą gwarantuje odpowiednie owoce. Ale nie tylko słowo Boga jest ziarnem, nasze ludzkie słowo skierowane do drugiego człowieka też jest ziarnem. Różnica jednak między Bożym słowem a naszym, ludzkim, jest wielka. Boże słowo jest zawsze dobre, pełne życia i świętości.
 
 
___________________
 
 reklama

katolicyzm