logo
Wtorek, 22 stycznia 2019 r.
imieniny:
Dominiki, Mateusza, Wincentego, Anastazego  – wyślij kartkę
Szukaj w
 
Posłuchaj Radyjka
kanał czerwony
kanał zielony
 
 
Facebook
 
Drukuj
A
A
A
 
Ks. Henryk Kroll
O lekcjach religii w szkole
Pastores
 


O lekcjach religii w szkole

Jako jeden z nielicznych księży proboszczów uczę religii w szkole, mimo że mam już 60 lat. Moje odczucia są takie: czuję się w szkole dobrze, a nawet nie wyobrażam sobie, bym mógł nudzić się na plebanii, czy ciągle być w rozjazdach, zamiast katechizować dzieci. W pokoju nauczycielskim, jak dotąd, czuję się świetnie, niemal jak w rodzinie, i to mimo różnic światopoglądowych (jeden z nauczycieli jest ewangelikiem).
Często moi koledzy i koleżanki - pedagodzy pytają mnie o sprawy wiary i to z pełnym zaufaniem do swego starszego kolegi - księdza katechety. Zauważam wzajemne wspieranie się nauczycieli i katechety odnośnie troski o właściwy poziom moralny wychowanków. Nie ma jakichś akcji przeciw nauczaniu Kościoła, lecz jest wzajemny szacunek. To, co ma jakieś zalążki zła, jest równocześnie wypleniane tak przez pedagogów, jak i nauczających religii. I tak na dobrą sprawę u nas nie ma problemów z młodzieżą, o jakich słyszy się gdzie indziej. Na roratach jest pełno dzieci, podobnie na nabożeństwie różańcowym, majowym, Drodze krzyżowej, czy Gorzkich żalach.
Odczuwam  wyraźnie, jako uczący przez 22 lata w salkach katechetycznych, a od 14 lat w szkole, że w szkole mogę prowadzić solidniejszą  formację katechetyczną, a nie bardziej rozrywkową, skróconą, jaką była religia w salkach.

Wiem, że bywały sytuacje w niektórych parafiach, że młodzież z klas VIII miała w salkach aż ...dwie katechezy na rok. Natomiast frekwencja w naszym Zespole Szkół (szkoła podstawowa i gimnazjum) jest stuprocentowa, a w salce było o wiele mniej. Ponadto bywały sytuacje, że przychodziły klasy I i VIII równocześnie (ze względu na jakąś lekcję, która wypadła) lub przychodziły same dziewczęta lub chłopcy (bo była oddzielna lekcja kultury fizycznej). Owszem wielu wspomina religię w salkach, ale dlatego, że była ona bardziej na luzie! Szli na religię, bo był młody, przystojny ksiądz, grający na gitarze, ładnie śpiewający, czy wspaniały piłkarz, taki fajny kumpel, co załatwi różne imprezy, ale czy naprawdę szło im o Boga?
Moim zdaniem problem tkwi w rodzicach katechizowanych dzieci. To oni, niegdyś uczący się religii w salkach, są największym wrogiem katechezy! Jak to możliwe?

Otóż dzieci, młodzież to dobrzy obserwatorzy. Słyszą, że Bóg wymaga świętowania niedzieli, a widzi rodziców jadących do supermarketu w niedzielę, będących na giełdzie, zamiast w kościele na Mszy św., widzi rodziców, dla których tak naprawdę bogiem jest pieniądz, a nie Bóg prawdziwy, widzi, że rodzice i dziadkowie praktycznie stosują zasadę: "róbta co chceta". Widzi pornograficzne pisma w rękach ojców i filmy bezwstydne przez nich oglądane lub zachwycanie się matek fabułami filmów typu "M jak miłość" (a faktycznie "Z jak zdrada"), z wypiekami na policzkach oczekujących kiedy ten kochanek wejdzie wreszcie do łóżka mężatki, martwiących się nie charakterem dorastającej córki, bywalczyni dyskotek w nocy do rana z narkotykami i alkoholem, ale filmem - kiedy wreszcie on się dowie, że to jest jego dziecko"! To najpierw rodzice uwierzyli w luz moralny, lekceważenie przykazań Bożych i w zasadę pieniądze przede wszystkim! To oni nie tylko nie mówią dzieciom o pójściu do kościoła na Mszę św., ale same młode matki i ojcowie nie idą na Eucharystię, a wiem z wypowiedzi dzieci zasłyszanych na lekcjach religii: Proszę księdza ja bym poszedł na Mszę św., ale mama mi powiedziała, bym nie szedł!

Trudności, moim zdaniem, idą stąd, że młodzież wręcz swoim zachowaniem mówi: Niech ksiądz da spokój z tym co mówi Kościół. My chcemy księdza tolerancyjnego. Przecież nie można kurczowo się trzymać starych zasad. Więcej tolerancji dla seksu. To przesada, co Kościół mówi o aborcji. Więcej alkoholu i narkotyków. Nam potrzeba przede wszystkim przyjemności. Skąd to bierze? Ze środków społecznego przekazu. Dlaczego bierze? Bo rodzice to akceptują. Popatrzcie na pokolenie wychowane w salkach, a dziś na usługach mass mediów: jak oni relacjonowali w TV w sobotę 29 XI i powtórzyli w niedzielę 30 XI newsy o nowych sformułowaniach przykazań kościelnych? Jaką znajomością religii i spraw Kościoła się wykazali?!

Natomiast największą winą obarczam niektórych ludzi Kościoła, którzy nie zauważyli na czas płynących z liberalizmu zagrożeń, a nawet ich wypowiedzi w TV zionęły wypowiedziami typu: to jeszcze, albo wcale nie jest grzech, i dezorientowali uczciwe sumienia katolików. Ludzi odpowiedzialnych za formację sumienia, którzy na palące problemy moralne nabierali wody w usta, bojąc się utraty popularności, unikając konkretnych, jasnych wskazań, co do pełnienia woli Bożej, w kazaniach, które byłyby przedłużeniem katechezy. Przywołam jeden znamienny przykład: Ojciec Święty, Episkopat mówi wiele o ochronie życia ludzkiego przed aborcją. Ilu ludzi usłyszało to z ust swoich kapłanów z ambony i to językiem zrozumiałym przez zwykłych wiernych? Dziwić się, że wtedy trud katechetów szedł w przysłowiowy "gwizdek"? Ilu wiernych usłyszało językiem zrozumiałym o poszanowaniu praw Bożych, o uczciwości, o poszanowaniu praw pracowniczych, o obowiązku solidnej pracy, o wierności Jezusowi wszędzie: w pracy, przy rozrywce, przy urnie wyborczej. Pawłowe: czy jecie, czy pijecie, czy co innego czynicie, wszystko na chwałę Bożą czyńcie. Dziwić się, że katecheza daje takie mierne efekty?

Ks. Henryk Kroll

 
Zobacz także
Aneta Pisarczyk
Każdy z nas patrzy na życie z własnej perspektywy. Różni ludzie mogą to samo wydarzenie opisywać w różny sposób, akcentując inne jego aspekty, analizując je przez pryzmat odczuwanych emocji. Obserwujemy rzeczywistość na miarę naszych możliwości. Poznając różne punkty widzenia, jesteśmy bliżej tego, co prawdziwe. Dlaczego więc nieraz tak trudno przyjąć nam to, co chcą nam przekazać bliscy? 
 
Grażyna Starzak
Źle się jednak stało, że w naszym systemie edukacji "testologia" stała się wszechobecna, wymuszając zmianę procesu nauczania w kierunku "pod klucz". Szczególnie wyraźnie widać to w liceum, gdzie wszystkim – uczniom, nauczycielom i rodzicom – chodzi o jak najlepszy wynik na maturze, czyli o jak najlepsze przygotowanie ucznia do zdania określonego typu testu.

Ministerstwo edukacji zapowiedziało rezygnację z testów szóstoklasistów. Z dr hab. Anną Sajdak, zastępcą dyrektora Instytutu Pedagogiki Uniwersytetu Jagiellońskiego, rozmawia Grażyna Starzak. 
 
Jolanta Kaczmarczyk
Od dłuższego czasu odczuwałam potrzebę zrobienia czegoś dobrego. Miałam bardzo ogólnikowe pragnienia, żeby np. zrobić kurs wolontariusza hospicjum. Nie myślałam, że inspiracją do tego może być życie któregoś ze świętych. Na co dzień pracuję w kancelarii prawno-podatkowej, dlatego zależało mi na prostej posłudze, niezwiązanej z moją pracą zawodową, – na pracy, w której miałabym bezpośredni kontakt z potrzebującym człowiekiem...
 
 
___________________
 
 reklama