logo
Środa, 05 sierpnia 2020 r.
imieniny:

Emila, Karoliny, Kary, Oswalda, Marii – wyślij kartkę

Szukaj w
 
Posłuchaj Radyjka
kanał czerwony
kanał zielony
 
 
 
Facebook
 
Drukuj
A
A
A
 
Beata Kołodziej
Jak dzieci
Różaniec
 


„Jeśli się nie odmienicie i nie staniecie jak dzieci, nie wejdziecie do królestwa niebieskiego”
(Mt 18, 3)

Wiele razy czytałam ten fragment Biblii, ale nigdy nie zastanawiałam się nad nim dłużej. Myślałam, że prawdopodobnie Jezus wskazywał na niewinność dzieci i ta interpretacja wydawała mi się wystarczająca. Teraz mam własne dzieci i to zmusiło mnie do głębszej refleksji. Przede wszystkim przekonałam się, że nie są one tak niewinne i anielskie, jak głoszą stereotypowe opinie na ten temat. Nie przypuszczam również, żeby Jezus proponował nam jako wzór wszystkie typowo dziecięce zachowania, jak na przykład: bicie kogoś po głowie łopatką, plucie zupką, wyrywanie zabawek itp. A jednak dziecięca osobowość jest tak bogata, pełna tajemnic i niespodzianek, że wśród codziennych trosk przypominam sobie słowa psalmu, które mówią, że dzieci są darem Pana, a owoc łona nagrodą (por. Ps 127, 3). Moje dzieci czasem zawstydzają mnie samą, gdy wydarzenia na pozór błahe, czasem komiczne, nagle otwierają przede mną nieoczekiwane horyzonty, wtedy dostrzegam, jak wiele mogę się od nich nauczyć. Wówczas wracają jak echo słowa Jezusa: „Jeśli się nie odmienicie i nie staniecie jak dzieci…”. O takich właśnie chwilach z mojego życia chciałabym opowiedzieć – o zaskakujących odkryciach, które zawdzięczam dzieciom…

I nie budź nas na pokuszenie

Okazało się, że nauczenie dziecka modlitwy Ojcze nasz lub Zdrowaś Maryjo wcale nie jest takie łatwe, jak sądziłam. Dla nikogo chyba nie będzie zaskoczeniem, że różnorodność przekręceń stosowanych przez nasze pociechy jest spora. Moje dzieci mówiły np.: Chleba naszego poprzedniego, i nie budź nas na pokuszenie, módl się za nami grzecznymi – i broniły swojej wersji z uporem godnym lepszej sprawy. Musiałam czynić karkołomne wysiłki, żeby wytłumaczyć im trudną przecież treść obu modlitw, co wiązało się z opowieściami o całej historii zbawienia, wprowadzaniem nowych słów i powtarzaniem wszystkiego od nowa po kilka razy.

Zmusiło mnie to również do refleksji. Dzieci nauczone były wcześniej bezpośredniego zwracania się do Boga w modlitwie, np.: Panie Boże, dziękuję Ci za wesoły dzień i proszę Cię o zdrowie dla babci. Nie chciały używać słów zupełnie niezrozumiałych i obcych ich doświadczeniu. Po prostu przystosowały tekst do swoich możliwości, wprowadzając bliższe im sformułowania. Potraktowały modlitwę poważniej niż ja. Dzieci, które nie znają jeszcze żadnych form modlitwy, często reagują bardzo podobnie. Próbują przerobić nielogiczny ich zdaniem potok słów w coś swojego, prawdziwszego. Zawstydza mnie to podwójnie – jako matkę, która chciała swym pociechom coś narzucić bez dostatecznego przemyślenia i przygotowania, a także – jako chrześcijanina. No cóż, niestety zdarza mi się odmawiać litanię lub niektóre modlitwy podczas Mszy świętej bezmyślnie, nie wnikając w ich treść i nie wkładając w nie serca. Przypuszczam, że nie tylko ja mam takie problemy. Czy nie oznacza to, że zbyt szybko gubimy gdzieś nasze dziecięce cechy? Już w dzieciństwie uczymy się je porzucać, bo nie pasują do świata dorosłych, który często bywa światem pośpiechu i kompromisów…

Czy jednak postawa poważnego traktowania modlitwy, podejmowania stale i na nowo wysiłku zrozumienia form będących przecież bogactwem Kościoła od setek lat i przetwarzania ich w swoim sercu w coś bliskiego, co pozwala spotkać się z Bogiem w nowy sposób – czy taka postawa, taki wysiłek nie byłby godny naśladowania?

Jak wygląda Pan Bóg?

Kiedy moje dzieci były małe, to proste pytanie wracało jak bumerang co jakiś czas i przyprawiało mnie o lekką nerwicę. Mogłam oczywiście bez trudu przedstawić obraz sympatycznego dziadzia z brodą, niemniej jednak nie pomogłoby to w rozwiązaniu podstawowego problemu: dlaczego Pana Boga nie widać? Mój synek, który praktycznie od urodzenia zdradzał zacięcie filozoficzne, przypierał mnie do muru z nieubłaganą logiką: Jeśli Bóg jest, to powinien przecież jakoś wyglądać, a skoro Go nie widać, to skąd wiadomo, że jest? Po godzinach opowiadań o stworzeniu świata i historii zbawienia, które na moim Michałku nie zrobiły większego wrażenia i nie zdołały zniechęcić go do upierania się przy swoim pytaniu, wreszcie doznałam olśnienia.

– Tak! – powiedziałam. – Kiedyś ludzie widzieli Boga twarzą w twarz. Adam i Ewa rozmawiali z nim jak z własnym tatusiem, ale wtedy ich serca były czyste. Kiedy odwrócili się od Niego i zgrzeszyli, musieli opuścić raj. Od tej pory serca ludzi są zranione, na ziemi pojawiły się choroby i śmierć, a nasze oczy już nie widzą Pana Boga. Kiedy będziemy w niebie, Bóg „naprawi” nasze oczy i wtedy znowu Go zobaczymy.

O cudowna logiko! Wyjaśnienie zostało przez Michałka zaakceptowane, ale skutków tej teologii w amatorskim wydaniu nie przewidziałam do końca. Po kilku minutach usłyszałam entuzjastyczne okrzyki i mój synek wkroczył do pokoju, dzierżąc w dłoni okulary babci!

– Teraz zobaczę Pana Boga! – ogłosił tryumfalnie i założył okulary na nos. Niestety, rozczarowanie przyszło natychmiast. Potem były łzy i tłumaczenie wszystkiego jeszcze raz i jeszcze pięć razy, kolejne nieudane eksperymenty z okularami słonecznymi taty i starą lornetką dziadka, aż wreszcie Michałek dał za wygraną i zaakceptował tę smutną prawdę: Pana Boga nie widać. Musimy przenieść naszą tęsknotę do tego przyszłego „twarzą w twarz”. O ciernista drogo ku dojrzałości…

Kiedy zastanawiałam się głębiej nad tą sytuacją, pozazdrościłam jednak mojemu synowi ciekawości, tęsknoty za Bogiem, pasji, z jaką dążył do poznania prawdy; odwagi, z jaką zadawał trudne pytania. Może to właśnie my, dorośli, nie mamy racji i czasami tłumaczymy słowem „dojrzałość” zwykły konformizm i duchowe lenistwo… Czy ja sama nie poprzestaję na zbyt łatwych odpowiedziach i czy nie uchylam się od stawiania sobie niektórych pytań? Nieoczekiwanie to wydarzenie zapoczątkowało gruntowny rachunek sumienia, na końcu którego pojawiło się pytanie chyba najważniejsze: czy ja naprawdę chcę poznawać Boga? Mam na myśli tego prawdziwego, realnego Boga Abrahama, Izaaka i Jakuba, a nie tego z moich wyobrażeń i przyzwyczajeń. Co ten prawdziwy Bóg chce mi powiedzieć? Jak On patrzy na moje życie? Czy jestem gotowa przyjąć prawdę?

Pomyślałam, że trzeba rzeczywiście dziecięcego spojrzenia, żeby nie zapomnieć o tym, że tak naprawdę nadal nie wiemy, jak wygląda Pan Bóg. Nie na próżno Jezus zachęca nas, abyśmy się stali jak dzieci…

Beata Kołodziej

 
Zobacz także
Fr. Justin
W starych katechizmach często spotykałem się ze słowem "łaska". Dlaczego dzisiaj mniej się używa tego wyrazu?
 
Krzysztof Osuch SJ
Wielka Historia Zbawienia, związana z Paschą – z Przejściem przez Ziemię Syna Bożego, potoczy się dalej. Rozciągnie się na wiele wieków i na miliardy osób w wielu pokoleniach. Sam Zmartwychwstały Pan, cudowny i zwyczajny, zjawia się kolejny raz, by pokierować biegiem ważnych wydarzeń. Krok po kroku stwarza warunki do wielkiej misji Kościoła, która trwać będzie aż do skończenia świata.
 
Wojciech Kowalski SJ

W kontekście towarzyszenia młodym przychodzi mi na myśl pew­na sytuacja w jednej z sądeckich szkół średnich, w której rok temu rozpocząłem pracę w charakterze katechety. Na pierwszej lekcji w drugiej klasie technikum (młodzież w wieku szesnastu lat) za­proponowałem uczniom tematy i wizję naszej pracy na najbliższy rok, po czym zapytałem: „Czy nam się to uda?”. Ktoś odpowiedział: „To zależy”. „Od czego?” – zapytałem. „Od tego, czy księdza polubimy”. 

 
 
___________________
 
 reklama
 
 
 

 

 
グッチバッグコピー グッチ財布コピー