logo
Piątek, 29 maja 2020 r.
imieniny:
Benity, Maksymiliana, Teodozji, Urszuli, Bogusławy – wyślij kartkę
Szukaj w
 
Posłuchaj Radyjka
kanał czerwony
kanał zielony
 
 
 
Facebook
 
Drukuj
A
A
A
 
Dariusz Piórkowski SJ
Jesteśmy chodzącymi lustrami
Mateusz.pl
 


„Miłujcie waszych nieprzyjaciół” (Mt 5,44)!
 
Kiedy czytam ten fragment Ewangelii, często ogarnia mnie zakłopotanie. Przede wszystkim nie bardzo wiem, kto tak naprawdę jest moim nieprzyjacielem. Zazwyczaj wyobrażam sobie, że przykazanie miłości nieprzyjaciół obowiązuje tylko w wyjątkowych sytuacjach, jak prześladowania, wojna czy jawnie okazywana nienawiść. Większość z nas prawdopodobnie nigdy nie znajdzie się w takich okolicznościach. Wobec powyższego łatwo stwierdzić, że nie mam żadnych nieprzyjaciół, więc to przykazanie mnie nie dotyczy.
 
Na tym trudności się nie kończą. Przypuśćmy jednak, że na swojej drodze spotykamy ludzi, którzy nas nienawidzą i chcą nam zaszkodzić. Jezus wzywa do okazywania im najwyższej i najdoskonalszej formy miłości, czyli agape, co w Biblii oznacza miłość boską, pełną poświęcenia i wyrzeczenia siebie. Nie chodzi zatem o tolerowanie kogoś, co jeszcze można jakoś przełknąć, lecz o miłość, którą kocha sam Bóg. Cóż jednak miałoby mnie skłonić do poświęcenia się dla kogoś, kto mnie nie znosi lub czyha na moje życie? Wszystko to wydaje się jakieś nienaturalne.

Wróg daleki czy bliski

  
Jezus stawia nam za wzór samego Ojca, który wyświadcza dobroć wszystkim, bez względu na to, czy na to zasługują, czy nie. Bóg jest we wspólnocie z każdym człowiekiem bez wyjątku. Wydaje się więc, że Jezus nie myśli wyłącznie o tych nieprzyjaciołach, którzy przypominają nam nieproszonych gości, gdyż w zasadzie nic nas z nimi nie łączy. Myślę, że nie poradzimy sobie z tymi dylematami dopóty, dopóki będziemy dostrzegali nieprzyjaciół jedynie wśród tych, z którymi co dzień nie utrzymujemy żadnych kontaktów. Nasi wrogowie nie pojawiają się w naszym życiu sporadycznie i tylko w nadzwyczajnych sytuacjach. Oni żyją pośród nas i w nas.
 
Do takiego wniosku dochodzi Jean Vanier w swojej książce „Community and growth”, która jest wspaniałym, chociaż miejscami szokującym, komentarzem do dzisiejszej Ewangelii. Chrystus zauważa oczywistą prawdę. Bardzo szybko zaprzyjaźniamy się z tymi, którzy nas lubią, podziwiają, schlebiają nam, nie czepiają się, nie krytykują, niemal we wszystkim się z nami zgadzają, mają zbliżone zapatrywania i gusta czy tryskają podobnym poczuciem humoru. W takich relacjach odruchowo odwzajemniamy życzliwość, co jest sprawą naturalną. Wszyscy kierujemy się naszymi upodobaniami. Mamy określone oczekiwania. Szukamy potwierdzenia i jakiejś formy akceptacji.

Co nam w nich przeszkadza?
  
Założyciel „Wiary i Światła” zauważa jednak, że obok tych, z którymi dobrze się czujemy, żyją ci, których nie lubimy. I to z różnych powodów. Często bardzo niejasnych, bo nie zawsze są to ludzie, którzy nas krzywdzą lub uprzykrzają życie złym zachowaniem. A jednak spotykamy osoby, których sama obecność nas irytuje. Kontakt z nimi uruchamia w nas wewnętrzne blokady. Denerwuje nas nie tylko to, co mówią, ale czasem ich sposób bycia czy odmienność charakteru. Nie potrafimy być wtedy sobą. Mamy opory w swobodnym wyrażeniu tego, co rzeczywiście myślimy. Czujemy się nieswojo i nie wiemy jak się zachować. Dlatego unikamy ich jak diabeł święconej wody. A jeśli już musimy przebywać w ich towarzystwie, zakładamy maski, by nie okazać naszej ukrytej niechęci. Udajemy, że w zasadzie wszystko jest w porządku. Jesteśmy sztuczni i napompowani jak balon, który za chwilę pęknie. Takie reakcje można jeszcze wytłumaczyć w stosunku do osób, od których doznaliśmy krzywdy. Ale jak wyjaśnić podobne zachowania wobec osób, które nie wyrządziły nam jakiegoś szczególnego zła? Co nam w nich przeszkadza?
 
Jean Vanier twierdzi, że obecność „drażniących” nas osób budzi drzemiące w nas ubóstwo, poczucie winy i wewnętrzne rany. Chodzi tutaj zarówno o tych, którzy przejawiają jakieś uciążliwe dla otoczenia wady, jak i o tych, którzy po prostu są inni. Tego typu nieprzyjaciele przypominają nam o naszych brakach, o których wolimy nie myśleć. Wywołują z naszej nieświadomości niechciane demony zazdrości i wszelkiego rodzaju kompleksy. Zauważamy bowiem w innych nieprzeciętną inteligencję, talenty, ciekawe spostrzeżenia, błyskotliwość, elokwencję, co może doprowadzić nas do pasji. Takie osoby są dla nas chodzącym wyrzutem sumienia lub stawiają nam przed oczy to, kim moglibyśmy być, a nie jesteśmy. Chcielibyśmy, aby zapadły się pod ziemię. Stąd, w zależności od charakteru i usposobienia, jedni reagują wobec nielubianych osób uciekając się do agresji, inni przyjmują służalczą pozę, chociaż za plecami są w stanie zmieszać „wrogów” z błotem. Jeszcze innych opanowuje paraliżujący lęk, tak że nie mogą spojrzeć im prosto w twarz. Każdy pięlęgnuje własny sposób radzenia sobie z innością lub „niewygodnymi” osobami.
 
1 2  następna
Zobacz także
S. Cécile
"Wciąż w siłę wzrastać będą, Boga nad bogami ujrzą na Syjonie" (Ps 84,8) – śpiewa psalmista, streszczając w tym krótkim wersecie duchową przygodę, która jest wielką przygodą człowieka. Wraz z nim ogarniamy spojrzeniem całą ludzkość, która, przez wzloty i upadki swej pomimo wszystko świętej historii, podąża z trudem ku spełnieniu, ku przemieniającemu "Twarzą w twarz" na Syjonie. Cały Psałterz jest echem długiej drogi z ciemności do światła...
 
Józef Majewski
To, co istotne w Kościele, jest święte, media zaś z istoty są obrazoburcze – z reguły kierują się zasadą good news no news (dobre wiadomości to żadne wiadomości). Kościół głosi to, co stare (objawione przed wiekami), media szukają tego, co nowe, nowinkarskie. Przesłanie Kościoła promuje harmonię i pokój, a media interesują się konfliktami, walką i niezgodą – bad news good news (złe wiadomości są dobrymi wiadomościami). Kościół żyje tym, co niewidzialne i duchowe, media zaś tym, co widzialne i zjawiskowe, sensacyjne. Ergo: mass media informacyjne – z natury rzeczy – nie są w stanie przekazywać pełnej prawdy o religii, a nawet są skazane na jej zniekształcanie.
 
 
Jacek Filek
Idea wieczności, która zaprząta głowy nie tylko filozofów i teologów, ale i człowieka przytomnego, pozostaje w związku z naszą niezgodą na przemijanie i niezgodą na śmierć jako ostateczny kres naszego istnienia. Ta wieczność jest dla wielu przedmiotem nadziei, wzmacnianej obietnicą religii, jak i argumentowaniem niektórych filozofów.
 
 
___________________
 
 reklama
 
 
 

 

 
グッチバッグコピー グッチ財布コピー