logo
Środa, 26 września 2018 r.
imieniny:
Kosmy, Damiana, Justyny, Łucji – wyślij kartkę
Szukaj w
 
Posłuchaj Radyjka
kanał czerwony
kanał zielony
 
 
Facebook
 
Drukuj
A
A
A
 
ks. Mariusz Rosik
Kochać jak siebie samego (Łk 10,27) - czy to wystarczy?
Zeszyty Karmelitańskie
 


„Po co w ogóle zaczynałem tę rozmowę?” – pomyślał pewnie skryba, spoglądając niepewnie spod grubych szkieł swych okularów. Problem nie tkwi w tym, kto jest moim bliźnim, ale dla kogo ja mogę okazać się znakiem miłosierdzia.
 
Jezus stawia skrybę w dość kłopotliwej sytuacji. Sugeruje mu, że bliźni nie jest przedmiotem działania, nie jest obiektem wymagającym troski – jest osobą. Jezus przesuwa punkt ciężkości – to nie ja stoję w centrum, lecz bliźni. To nie ja jestem miernikiem rzeczy, lecz potrzeby drugiego. To nie wokół mnie toczy się świat, lecz ja mam obracać się wokół spraw innych.
 
Poprzez przypowieść, która ma naprowadzić skrybę na właściwą odpowiedź, Jezus uczy, że człowiek, zamiast pytać, kto jest jego bliźnim, winien raczej sam okazać się bliźnim dla innych. Bliźni bowiem nie jest przedmiotem definicji, ale dynamicznej relacji, którą należy podjąć.
 
Bliźni przybywa niespodziewanie. I nie zawsze jest to miła niespodzianka. Bliźni jest często mało taktowny. Nie dość, że nie zapowiada swego przybycia, że nie umawia się wcześniej, to jeszcze chce, bym poświęcił mu więcej czasu, niż mogę dać. I to czasu, który najchętniej zachowałbym dla siebie.
 
Najpopularniejszą formą komunikacji jest dialog. Właśnie dialog stanowi łożysko, w które wpleciona została – jak drogocenna złota nić w atłasowy materiał – Jezusowa przypowieść o miłosiernym Samarytaninie (Łk 10,25-37). Jezus rozmawia z uczonym w Piśmie, który jest zatroskany o osiągnięcie życia wiecznego. Najpewniejsza droga – tłumaczy Jezus – to zachowanie przykazania miłości Boga i bliźniego: „Będziesz miłował Pana, Boga swego, całym swoim sercem, całą swoją duszą i całym swoim umysłem, a bliźniego swego jak siebie samego” (Łk 10,27). Najbardziej kłopotliwy okazuje się ostatni nakaz tego przykazania, gdyż pojawia się problem z definicją „bliźniego”. „Kto jest moim bliźnim?” (Łk 10,29) – pyta skryba Jezusa. Cała scena skonstruowana została w mistrzowski sposób, typowo po żydowsku – „pytanie za pytanie”. Mamy ich aż cztery: pytanie skryby („Co mam czynić, aby osiągnąć życie wieczne?”) i w odpowiedzi pytanie Jezusa („Co jest napisane w Prawie?”), znów pytanie uczonego w Piśmie („Kto jest moim bliźnim?) i znów pytanie Jezusa („Który z tych trzech, według twego zdania, okazał się bliźnim tego, który wpadł w ręce zbójców?”). Ta prosta metoda służy Jezusowi zmianie kierunku myślenia Jego rozmówcy. Bo pytania człowieka są często wąskie, a Boże odpowiedzi szerokie jak otwarta przestrzeń nad oceanem.

Nieudana prowokacja
 
Uczony w Piśmie, przypuszczalnie o proweniencji faryzejskiej, wypytuje Jezusa o życie wieczne i o to, kogo uważać za bliźniego. Jezus nie odpowiada wprost. Posługuje się obrazem – przypowieścią o miłosiernym Samarytaninie. Alojzy Henel mawiał, że prawdę można mówić tylko mądrym ludziom, dla innych trzeba mieć dobre słowo. Jeśli skryba należał do ludzi mądrych, doskonale odczytał znaczenie owego obrazu. Z całą pewnością uczeni w Prawie nie lubili Samarytan, a więc dobór bohatera przypowieści jest jawną prowokacją ze strony Jezusa. Zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę, że wcześniej kapłan i lewita – osoby publicznie szanowane – którzy minęli poszkodowanego leżącego przy drodze, nie okazując mu żadnej pomocy, ukazani zostali jako bohaterowie negatywni. Zresztą tak prowokacyjna odpowiedź jest tylko dostosowaniem się do konwencji narzuconej przez pytającego. Ewangelista notuje, że chciał on wystawić Jezusa na próbę.
 
Jezus stawia jasne pytanie: „Kto okazał się bliźnim?”. Odpowiedź narzuca się sama: Samarytanin! Jednak takie słowo w ustach uczonego w Piśmie brzmiałoby niczym bluźnierstwo. Jezus prowokuje do wypowiedzenia go, jednak rezolutny skryba skrzętnie unika wypowiedzenia tak strasznego słowa. „Ten, który mu okazał miłosierdzie” (Łk 10,37) – mówi. Definicja opisowa wydaje się właściwsza niż słowo brudzące usta. Prowokacja się nie udała. Nie padło to plugawe słowo, które nie mogło przejść przez gardło rozmówcy Jezusa. Ale pewnie w tym momencie na ustach Jezusa pojawił się uśmiech. To najbardziej naturalna i spontaniczna reakcja na widok wijącego się w umizgach skryby, który nie potrafi wyzbyć się uprzedzeń. A później, jakby gwóźdź do trumny, pada nakaz naśladowania tego zaprzańca: „Idź i czyń podobnie!” (Łk 10,37).
 
Nie wystarczy wzruszyć się historią niesprawiedliwie pobitego człowieka. Nie wystarczy też uronić łzę nad jego losem. Nie wystarczy wsłuchać się w szelest kartek, na których zapisano „będziesz miłował bliźniego”. Nie wystarczy spojrzenie trafnie oceniające sytuację rannego – właściwym jej rozwiązaniem jest dopiero dźwięk kroków w jego kierunku. Rozmówca Jezusa chciał wiedzieć, kto jest jego bliźnim. Jezus powiedział mu, dokąd ma iść, by wiedzę tę zyskać. I nie wskazał wcale na pobliską bibliotekę.

Kto jest moim bliźnim?
 
Kleryków nowojorskiego seminarium poproszono pewnego razu o przygotowanie rozważań na temat przypowieści o miłosiernym Samarytaninie. Z iście amerykańskim zapałem zabrali się do pracy. Kiedy rozważania były gotowe, prowadzący poprosił ich o wejście do budynku, w którym mieści się studio telewizyjne. Ich wystąpienia miały zostać zarejestrowane. Na drodze łączącej oba budynki leżał ucharakteryzowany aktor – żebrak, który błagał o pomoc. Cztery piąte seminarzystów widząc go, nie okazało żadnej reakcji. Kto więc jest bliźnim?
 
Poprzez przypowieść, która ma naprowadzić skrybę na właściwą odpowiedź, Jezus uczy, że człowiek, zamiast pytać, kto jest jego bliźnim, winien raczej sam okazać się bliźnim dla innych. Bliźni bowiem nie jest przedmiotem definicji, ale dynamicznej relacji, którą należy podjąć. Warto jednak określić dokładniej znaczenie terminu „bliźni” (gr. plesion), pojawiającego się w omawianej przypowieści. Na 225 wystąpień tego rzeczownika w Septuagincie sto czterdzieści razy jest on ekwiwalentem hebrajskiego rea. Termin ten pochodzi od czasownika oznaczającego „być z kimś związanym”, „mieć z kimś do czynienia”. Odcienie znaczeniowe rzeczownika mogą więc być następujące: „przyjaciel”, „kochający”, „towarzysz” czy „sąsiad”. Przykazanie miłości bliźniego zapisane w Starym Testamencie obejmuje jednak tylko członków zgromadzenia Jahwe, a nie wszystkich ludzi. Nakaz  obejmuje także obcych mieszkających wśród Izraelitów, a więc rozszerza nieco zasięg przykazania miłości wobec bliźniego.
 
Pytanie o bliźniego w czasach Jezusa często powracało. Jego treść ograniczała się zazwyczaj do zagadnienia, czy bliźnim może być ktoś wyłączony przez Prawo ze wspólnoty Izraela. Jezus w antytezach daje klarowną odpowiedź na tak postawione pytanie: „Słyszeliście, że powiedziano: Będziesz miłował swego bliźniego, a nieprzyjaciela swego będziesz nienawidził. A Ja wam powiadam: miłujcie waszych nieprzyjaciół i módlcie się za tych, którzy was prześladują” (Mt 5,43). Choć nigdzie w Starym Testamencie nie zapisano nakazu nienawiści wobec nieprzyjaciół, to znajduje się on w poleceniach gminy qumrańskiej, a także w rabinackiej interpretacji tekstów.
 
Biorąc pod uwagę fakt, że pytanie uczonego w Piśmie zrodziło się na kanwie przykazania miłości Boga i bliźniego oraz znamiennej wręcz wrogości pomiędzy Samarytanami a Żydami, wybór postaci Samarytanina na bohatera przypowieści jest w ustach Jezusa jednocześnie interpretacją wspomnianego przykazania. Nie można ograniczać miłości do bliźnich tego samego kultu czy narodowości, miłość bowiem przekracza granice religijne i etniczne. Jezus stawia skrybę w dość kłopotliwej sytuacji. Sugeruje mu, że bliźni nie jest przedmiotem działania, nie jest obiektem wymagającym troski – jest osobą. Jezus przesuwa punkt ciężkości – to nie ja stoję w centrum, lecz bliźni. To nie ja jestem miernikiem rzeczy, lecz potrzeby drugiego. To nie wokół mnie toczy się świat, lecz ja mam obracać się wokół spraw innych. „Po co w ogóle zaczynałem tę rozmowę?” – pomyślał pewnie skryba, spoglądając niepewnie spod grubych szkieł swych okularów. Problem nie tkwi w tym, kto jest moim bliźnim, ale dla kogo ja mogę okazać się znakiem miłosierdzia. Nie chodzi o to, by jak najmniejszym kosztem, przy jak najmniejszym wysiłku zdobyć jak największą pewność zbawienia. Chodzi o coś wręcz odwrotnego, o coś niemal szalonego: by – jakby zapominając zupełnie o swoim zbawieniu – rzucić się w wir niesienia pomocy innym. Chodzi o to, by spalać się dla innych, zupełnie nie myśląc o sobie. Taką intuicję miała Simone Weil, gdy pisała, że umrzeć dla Boga wcale nie jest dowodem, że się w Niego wierzy. Umrzeć za odrażającego człowieka, zupełnie o Bogu nie myśląc, oto dowód największej miłości. Czyż Paweł nie zapewniał, iż chciałby być sam odłączony od Chrystusa, byleby tylko zapewnić zbawienie jego braciom – Żydom?
 
1 2  następna
Zobacz także
ks. prof. dr hab. Waldemar Chrostowski
Ofiarowanie przez Niego własnego życia na Golgocie, nieopodal miejsca, gdzie wznosiła się świątynia jerozolimska, nasuwa nieuchronne skojarzenia z barankami, które w tej świątyni składano w ofierze, zwłaszcza z doroczną ofiarą baranka paschalnego. Ten motyw dominuje także w sprawowanej przez chrześcijan liturgii paschalnej. 
 
Ks. Janusz Królikowski
Życie chrześcijańskie w swoim podstawowym znaczeniu jest syntezą łaski Bożej i działania ludzkiego, za pośrednictwem którego człowiek przyjmuje darmowy Boży dar, który - z kolei - uzdalnia go do odnowionych i uświęconych działań. To ludzkie działanie często nazywamy po prostu życiem moralnym, które jest specyficzne dla człowieka jako istoty duchowej...
 
ks. Tomasz Jaklewicz
Skojarzenie św. Walentego ze świętem zakochanych jest właściwie dziełem przypadku. Dziś trudno dociec, kim był naprawdę. Jest kilka wersji jego dziejów, kilka miejsc w Europie szczyci się posiadaniem jego relikwii, także w Polsce (Lublin, Kraków, Chełmno). Najsłynniejszym włoskim miastem związanym ze św. Walentym jest Terni, oddalone o 100 km od Rzymu, w prowincji Umbria. Legenda mówi, że Walenty pobłogosławił miłość między pogańskim legionistą a młodą chrześcijanką... 
 
 

ISMCH

___________________
 
 reklama